poniedziałek, 18 grudnia 2017 r.

Magazyn

Dobrze, że Wałęsa nie dotrzymał słowa

  Edytuj ten wpis
Dodano: 6 sierpnia 2004, 08:23



d – Wtedy, w połowie studiów, jeden z profesorów powiedział: – Po magisterium może się okazać, że wasze wykształcenie to takie fajne hobby. Tylko 2 osoby z dyplomem mają szansę dostać pracę – wspomina Dorota Hałasa.

Wielki taras jednorodzinnego domu w Nałęczowie wybiega w zieleń. Pod nim, na stoku, kłębią się korony drzew. Na tarasie, bardzo grzecznie i cicho, bawi się czteroletni chłopiec Adam. Adam Takahashi.
We wnętrzu, urządzonym z elegancką niedbałością, gdzie kuszą stare wygodne fotele, a olbrzymi, okrągły stół przykryto serwetą ręcznej roboty, wśród obrazów po przodkach zaskakuje kolorowa fotografia – mężczyzny w tradycyjnym stroju japońskim i młodej blondynki w krakowskim. To zdjęcie ślubne Doroty Hałasy i Kazufumi Takahashi.
– To były lata osiemdziesiąte, chodziłam do lubelskiego liceum Staszica do klasy z rozszerzonym angielskim – wspomina Dorota. – Lubiłyśmy uczyć się obcych języków i razem z koleżanką zaczęłyśmy korespondować z ludźmi z zagranicy. Postanowiłyśmy iść na japonistykę. Ona poszła na stomatologię – śmieje się.
Fascynacja tym językiem zaczęła się nieoczekiwanie. To był impuls, ciekawość, próba znalezienia odpowiedzi na pytanie
– Kto po japońsku czyta „Popioły”? – pomyślałam, widząc stronę prozy Żeromskiego przetłumaczoną na ten język. Zdumiało mnie to i chciałam wiedzieć. Zafascynowały mnie znaki graficzne – to słowo czy litera? – zastanawiałam się.
Japoński cud
Mama Doroty wnosi na stół prawdziwie polski tort z bitą śmietaną i malinami, i pachnącą herbatę w porcelanowym imbryku.
– Nie, to nie japońska. Parzona po polsku – wyjaśnia ze śmiechem.
– Ta ceremonia parzenia herbaty, jaką nieraz oglądamy w telewizji, nie ma nic wspólnego z życiem domowym – mówi Dorota. – Uczestniczy w niej bardzo ścisłe grono w specjalnym pawilonie. To tradycyjna celebra, nie mająca nic wspólnego z życiem, a nawet z chęcią ugoszczenia kogoś. W domu herbatę parzy się normalnie, jak w Polsce.
Adaś podchodzi do babci i szepce jej coś na ucho.
– Małym dzieciom w Japonii wolno wszystko, ale są bardzo grzeczne.
To widać. Chłopiec mówi cicho, nie psoci, nie stara się zwrócić na siebie uwagi.
– Poszłam więc na japonistykę – kontynuuje Dorota po pierwszej filiżance herbaty. – Wałęsa obiecywał drugą Japonię, cud gospodarczy Kraju Kwitnącej Wiśni był ekscytujący. Później często myślałam: dlaczego mama wspominała studia jako najpiękniejszy okres w życiu? Przez tydzień wkuwaliśmy 20 znaków japońskich i test, dwadzieścia znaków japońskich i test, każdy znak ma 4 czytania, każda kreseczka postawiona inaczej zmienia jego znaczenie. 20 znaków i test... Po morderczym pierwszym roku zostało nas 14 osób.
Zięć z Japonii
– To ojciec ją wspierał. Ja byłam przeciwna – wzdycha mama Doroty. – Może przeczuwałam, że tak się stanie?
– Och, mamo... Przecież przyjeżdżam, kiedy tylko mogę...
– Jak pojechała tam do pracy, to oszukała mnie, że tylko na trzy lata – zauważa z goryczą mama. – Jeszcze wtedy nie miałam przeczucia, że córka jest stracona. Nie chciałam chyba w to wierzyć.
– To była ogromna szansa – legalna praca w japońskiej firmie. Faktycznie, kontrakt był na czas nieograniczony, ale nie chciałam mamy denerwować – wyjaśnia Dorota.
– A później przyjechała z nim – kontynuuje starsza pani. – Jak zięć przyjechał do Polski się oświadczyć, to też powiedzieli mi co chcieli. Ja nie znam języka, nie wiem, co mówił. Ale zrozumiałam, że chcą zamieszkać w Europie, a ślub będzie za rok. Stało się inaczej – nie ukrywa goryczy. Przecież ona jest zupełnie z innego kręgu kulturowego, są ogromne różnice. U nas rodzina to prawdziwa rodzina. Zawsze można znaleźć oparcie w matce, choć czasem gdera... – mówi z wyraźną troską o córkę, choć ta w Japonii jest już 14 lat. – On się nawet polskiego nie uczy – dodaje. – To znaczy, że w ogóle nie miał zamiaru tu przyjeżdżać.
– Mamo, kiedy ma się uczyć, jak pracuje do pierwszej w nocy? Ma dobra pracę, stanowisko. Nie może tego rzucić – oponuje Dorota.
Zawisły w powietrzu żal opada, bo do babci przytula się mały Adam i o coś cichutko prosi. Wychodzą obydwoje z salonu, a Dorota dalej snuje opowieść.
Ta biedaczka synowa
– Mąż jest dziennikarzem. Poznaliśmy się w 90. roku już w Japonii, kiedy tam pracowałam. Ojciec mojego męża w piatym pokoleniu trudni się odbijaniem drzeworytów – to bardzo szanowany zawód, jest ceniony w środowisku twórców, artystów. Ale to świat hermetyczny. Dopóki chodziłam do jego rodziców jako znajoma z Europy, było miło. Gdy Kazufumi oświadczył, że się pobieramy, teściów zmroziło. Nie o takim mariażu myśleli dla najstarszego syna, który dziedziczy nazwisko i zachowuje ród.
Dorota zamyśla się chwilę, uśmiecha, wreszcie zdobywa na szczerość
– Powiedzieli mi: ty jesteś biedaczką, nic nie masz, nasz syn dziedziczy wszystko. „Ach tak...” – pomyślałam sobie. „Zobaczymy!” Zamówiłam wspaniały ślub w Nałęczowie i wesele w Pałacu Małachowskich. Rodzice męża z rodziną przyjechali, pierwszy raz do Europy i do Polski, akurat, na szczęście, otwarte zostało nowe lotnisko w Warszawie. Przywieźli ze sobą ryż i ... wodę! A tu: park, pałac, sala balowa. Jak zobaczyli nasze piękne budowle, zabytki – przecież u nich jest zupełnie inne budownictwo – zmienili zdanie o Polsce. No i o mnie. Po urodzeniu syna, jedynego w rodzinie, mój status wzrósł bardzo.
Tęsknoty i zwyczaje
– Bardzo za nią tęsknię – mówi mama. – szczególnie w święta.
– Tak, w Boże Narodzenie jest najbardziej tęskno – potwierdza Dorota. – Tam traktowane jest trochę jak festyn handlowy. Ja obchodzę je po polsku, ale w gronie rodaków, misjonarzy, obcokrajowców. Japończycy nie rozumieją wymowy tego święta.
Mama Doroty sięga po figurkę gejszy stojącą na kredensie. Dorota tłumaczy:
– W Tokio jest mało gejsz, więcej w Kioto. Poznać ją można po tym, że nosi rozchylone krawędzie kimona. Mają na biało pomalowane twarze i odchylony z tyłu kołnierz – to dla Japończyków jest bardzo podniecające. Jeśli gejsza jest dziewicą, rękawy jej kimona sięgają do kostek.
Mały Adam bawi się grzecznie samochodzikami, babcia patrzy na niego z rozczuleniem. Myśli, że wkrótce czarnooki wnuczek wyjedzie z jej córką na inny kontynent.
– Przez tyle lat już poznałam zwyczaje, do niektórych zdążyłam się przyzwyczaić – ciągnie Dorota. – Na przykład status kobiety. Nawet wobec prawa jest niższy. Kobieta nie uczestniczy np. w weselach, spotykać się może jedynie z kobietami. Wesele zresztą trwa dwie godziny – i do domu. Jak masz doła, radź sobie sama. Nie ma przyjaciółek, którym można wypłakać się na piersi. Dlatego w Japonii widzi się tak duzo pijanych kobiet. Nie ma przyjęć w naszym pojęciu, nie zaprasza się nikogo do domu. Jeśli chce się kogoś ugościć, idzie się do restauracji. Niedopuszczalne jest „puk, puk, wpadliśmy na herbatkę”.
Plusy i minusy
Mama Doroty nakłada drugi kawał ciasta na talerzyk, nalewa herbatę. Ech, gdzie tam w Japonii takie pyszności.
– Za to jest bardzo bezpiecznie – uśmiecha się Dorota, dodając, że przynajmniej o to mama może być spokojna. – Można nocą spacerować po ulicach, jest ogromne poszanowanie dla prywatnej własności. Natomiast bardzo mi się nie podoba długie siedzenie w pracy. Uważam, że część czasu Japończycy spędzają nieproduktywnie. Kiedy zaczynałam pracę, wszyscy byli zgorszeni, że wychodzę do domu o 18,30. To było źle widziane. Wszędzie sterylnie czysto. Szczególnie w domach. Nie wchodzi się do mieszkania w butach – przecież śpi się na podłodze! Z czasem można się rozsmakować w ich kuchni i uznać, że jest ona znakomita.
Adaś kroi tort widelczykiem, ale nie opycha się słodyczami jak polskie dzieci.
– Pałeczkami też je – wyjaśnia jego mama. – Adaś jest trzyjęzyczny. Mąż nie umie po polsku, synek mówi do niego po japońsku. Do mnie po polsku, A gdy zobaczy „białą twarz” – zwraca się po angielsku. Chodził jakiś czas do przedszkola angielskiego. Byłam jedyną matką z Zachodu. Więcej – byłam matką pracującą, co nie jest mile widziane. Kobieta po urodzeniu dziecka powinna siedzieć w domu i zajmować się nim, czekać na męża. A mężowie wracają po pracy w nocy, albo, jeśli nie zdążą przyjechać, nocują w hotelach lub w kapsułach – pomieszczeniach o długości łóżka z telewizorem.
– To dobrze, że Wałęsa nie dotrzymał słowa i nie zrobił z Polski Japonii – dodaje Dorota. – Nie zrobiliśmy błędu zaprzepaszczenia tradycji, jak to się dzieje na Wschodzie.
Rozstania i powroty
– Jak tylko przyjedzie, już się martwię, że znów tam wróci – szepce mama.
– Mamusiu, dziś te kilkanaście tysięcy to żadna odległość. Wiesz, że przyjeżdżam, jak tylko mogę.
– Ja się do Japonii nie wybieram – zdecydowanie mówi mama. – Tu, w Nałęczowie, jest pięknie, tu jest mój dom... Ale będę bardzo tęsknić.




  Edytuj ten wpis
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!