wtorek, 24 października 2017 r.

Magazyn



• Czy był pan zakochany?
- Tak.
• Jak bardzo?
- Gdy usłyszałem od niej to jedno słowo, na które czekałem, ziemia — jak u Hemingwaya — zadrżała mi pod nogami... Ale, właściwie dlaczego pan pyta?
• Przygotowuje się pan do roli don Juana, najbardziej słynnego kochanka i wszetecznika. Interesują mnie więc ... pana kwalifikacje. Jest pan bowiem młodym człowiekiem, a postać tę grywają zazwyczaj doświadczeni aktorzy. Przykładem Andrzej Seweryn z goszczącym właśnie w Polsce legendarnym paryskim teatrem Comedie Francaise.
- W życiu nie jestem don Juanem. Lubię kobiety, dobrze się czuję w ich towarzystwie, ale związałem się z jedną. Można więc powiedzieć, że takich "kwalifikacji” mi brak. Ale, jak dowodzi praktyka aktorska, łatwiej zagrać postać będącą naszym przeciwstawieniem, aniżeli pokazać samego siebie.
• Będzie więc pan uwodzić, czarować?
- Tak! I to nie tylko kobiety, lecz świat cały. Przypomnę, że pod niebywałym urokiem Molierowskiego don Juana są wszyscy, którzy mają z nim jakikolwiek kontakt. Ale autor lubelskiego przedstawienia Marek Wojtyszka odnosi się przede wszystkim do dwóch kwestii — Boga i moralności. Pragnęlibyśmy, reżyser i aktorzy, aby na widowni pojawiło się pytanie o granice tego, co moralne i niemoralne. Dziś przesunęły się one znacznie. A bywa też, że Pan Bóg kogoś, kogo cechuje wątpliwa moralność, obdarzy urodą, czarem i rozumem. Stąd pod koniec monolog o obłudzie. Z pytaniem, czy nie dotyczy on także nas, a nie tylko "pewnych, powszechnie znanych obłudników”.
• Kiedy premiera?
- Na walentynki, 14 lutego.
• Jak pan został aktorem?
Gdy chodziłem do szkoły średniej - było to Liceum Ogólnokształcące im. Komisji Edukacji Narodowej w Puławach - znalazła się grupka kolegów z którymi postanowiliśmy pobawić się w teatr. Dość szybko trafiliśmy pod opiekuńcze skrzydła znanej w ruchu amatorskim pani Renaty Siedlaczek z puławskiego "Domu Chemika”. Po różnych aktorskich wprawkach mieliśmy przystąpić do wystawienia "Króla Ubu”. Nadeszły jednak ferie zimowe i wyjazd na obóz integracyjny w góry. Ja nie mogłem pojechać, w wyniku czego poniosłem podwójną stratę. Integracja przebiegała na tyle pomyślnie, że z obozu powróciły same pary. Dla mnie już zabrakło dziewczyny. A i sam teatr się rozpadł, bo zbliżała się matura. Połknąłem już jednak bakcyla. Dlatego, gdy nadszedł czas zgłaszania uczelni do których zamierza się zdawać, podałem łódzką szkołę aktorską. Ale, wiedząc o olbrzymiej konkurencji (na jedno miejsce przypadało 25 osób) złożyłem też podanie na prawo w UMCS.
• Jest właśnie czas wyboru studiów. Z pewnością i w tym roku pewne grono maturzystów z Lubelszczyzny postanowi pójść w pana ślady. Proszę więc opowiedzieć, jak zdawać, aby zostać przyjętym.
- Sprawa pierwsza: chłopcy mają łatwiej. Egzamin odbywa się w trzech etapach. Na pierwszym etapie, kiedy należy zaprezentować zarówno klasyczną, jak i współczesną poezję i prozę oraz piosenkę, ma miejsce klasyczny odsiew. Trzeba się czymś wyróżnić, aby nie znaleźć się za burtą. Spośród naszej pięćsetki zostało około 60 osób. W drugim etapie dowieść należy profesjonalnych umiejętności i predyspozycji, tańcząc, mówiąc monolog, wykazując się sprawnością fizyczną. Podobnie w trzecim — na przykład ucząc się tekstu na pamięć w warunkach stresu, by za chwilę powiedzieć go w zaimprowizowanej scence. Ja zagrałem faceta przywiązanego do cyrkowej tarczy, do której rzuca nożami piękna kobieta. Trzeba było również zaprezentować scenkę mimiczną. Ja wymyśliłem sobie perypetie, których doświadczam w budce telefonicznej. No i na koniec był egzamin teoretyczny, z historii literatury i dramatu oraz języka. Należało także dokonać pisemnej analizy obejrzanego filmu, pod kątem warsztatu reżyserskiego, gry aktorskiej albo przedstawionego problemu.
• A gdy nadeszła z Łodzi wiadomość, że znalazł się pan wśród dwudziestki przyjętych ...
- Mój stan porównać można z szokiem powypadkowym. Trząsłem się, nie mogłem jeść.
• Porozmawiajmy teraz o szkole teatralnej. Czy były to cztery lata orki, czy przyjemności?
- Na przemian. Na początku była fascynacja, do czego przyczyniali się koledzy ze starszych lat, uważani przez nas przez pół-bogów, mówiący o nas — "fuksy”. Oznaczało to, że do tej legendarnej szkoły dostaliśmy się fuksem. Warsztatu uczyli nas wychowawcy aktorskich pokoleń: Zofia Petri i Michał Pawlicki. Nie przepadałem za obowiązkowym tańcem baletowym z wygibasami przy poręczy, co innego gdy przyszedł czas na tango i bolero z dziewczynami. Wręcz fantastyczne były zajęcia z nauki walk scenicznych. Jak już usłyszeliśmy nazwisko prowadzącego — Mogiła, wiedzieliśmy, że będzie fajnie. I rzeczywiście, pojawił się olbrzymi i milczący facet, postury Rambo, niesamowicie sprawny, który obalał nas dotknięciem jednego palca.
• Ponoć bardzo kocha się szermierkę.
- Nie mogliśmy się jej doczekać, bo była dopiero na drugim roku. Dlatego podbieraliśmy kolegom szpady i praliśmy się na całego. A że nie znaliśmy jeszcze sposobów jak ciąć, by szkody partnerowi nie zrobić, jak się zasłonić przed ciosem, niejednokrotnie popłynęła krew, a sińców to nikt nie liczył.
• Są filmy, które dowodzą, że w siodle trzyma się pan całkiem chwacko.
- Jazdy konnej nauczyłem się jeszcze w Puławach. Dlatego miałem okazję zagrać m.in. w dokumencie o życiu Adama Mickiewicza "Litwo, ojczyzno moja”.
• Jak trafił pan do Lublina?
- Od Anity Sokołowskiej, koleżanki, która rok przede mną skończyła łódzką szkołę i już zaangażowana została do Teatru im. Osterwy, dowiedziałem się, że dyrekcja poszukuje młodzieży. Na początek otrzymałem niewielką rólkę porucznika Edmunda w "Damach i huzarach”. A potem miałem coraz więcej powodów do satysfakcji.
• Nie żałuje pan dziś, że wybrał pan szkołę aktorską, a nie prawo?
- Nie! Zawód prawnika jest trochę podobny do tego, który uprawiam. Ostatnio poszedłem na rozprawę, którą prowadziła moja siostra, by zobaczyć jak sobie radzi. I zobaczyłem... niezły teatr.
• Jak powodzi się dziś aktorom?
- Jesteśmy dżentelmenami, nie będziemy więc rozmawiać o pieniądzach. Powiem tyle, że jakoś sobie radzimy. Nie żyję o chlebie z musztardą, potrafię odłożyć na niezłe wakacje.
• Gdzie i jak pan mieszka?
- W Lublinie, na Czubach, w mieszkaniu, które zostawili mi rodzice.
• Czym pan jeździ?
- W mojej rodzinie jest taki przechodni peugeot 405. Najpierw jeździł nim tato, później mama, następnie siostra. Jako że z teatru wychodzę, gdy nie kursują już miejskie autobusy, zwróciłem się do rodziny z prośbą o przyznanie mi tego auta. Moja prośba spotkała się ze zrozumieniem.
• Proszę dokończyć zdanie: Szymon Sędrowski, najpopularniejszy dziś aktor Teatru im. J. Osterwy w Lublinie, nie kupuje nowego samochodu, bo ...
- ... jest utracjuszem.
• Przyjmijmy. Próbuje pan współpracy z filmem, telewizją?
- Pewien dorobek już mam. Grałem w "Syzyfowych pracach”, a także w serialach telewizyjnych "M jak miłość”, "Na dobre i na złe”. Jednak mieszkając i pracując w Lublinie, należy dokonać wyboru: udział w castingach w Warszawie, gdzie znajduje się centrum filmowe i telewizyjne, czy macierzysty teatr. Ja postawiłem na teatr, tym bardziej, że otrzymuję wspaniałe role i ciągle się uczę. Nie rezygnuję jednak z castingów, być może coś wyjdzie na czas wakacji.
• Czy jest rola, o jakiej pan marzy?
- Tak, to legendarny czarny charakter Ryszard III. Rola mroczna, a więc wspaniała do zmierzenia się z nią, świetnie przez Szekspira napisana.
• I musi jeszcze paść pytanie o damę pańskiego serca, inaczej Drogie Czytelniczki nie darowałby mi.
- Też jest aktorką, pracuje w jednym z łódzkich teatrów. Daleko więc.
• Proszę przyrzec, że nie wyprowadzi się pan do Łodzi ani gdziekolwiek.
- Przyrzekam.



Szymon Sędrowski

ur. się w 1977 r. w Biłgoraju, gdzie mieszkał przez dwa tygodnie, po czym został przewieziony do Puław. Tu ukończył "podstawówkę” i LO im. KEN. Jest absolwentem Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej im. L. Schillera w Łodzi. Od 1991 r. pracuje jako aktor w Teatrze im. J. Osterwy. Kawaler.
  Edytuj ten wpis
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!