sobota, 19 sierpnia 2017 r.

Magazyn

Jak u Pana Boga za piecem

Dodano: 4 września 2008, 14:38

Tak byłem zdumiony pszczołami, że nie zapomnę do końca życia.

Był maj. W środku pasieki jabłoń kwitła. Widzę, że z ula ani jedna pszczoła nie wychodzi. Wytruł mi te pszczoły kto, czy co? Dopiero za dwa dni dowiedzieliśmy się o skażeniu Czarnobylem. Pszczoły pierwsze wyczuły zagrożenie i nie wychodziły parę dni.

Skąd to wiedziały? - Pan Bóg dał - mówi Jan Kuna, pszczelarz z Kiełczewic Dolnych.

Żonę też kocham

Czterdzieści uli. Czterdzieści lat z pszczołami. - Kocha je bardziej niż mnie - śmieje się Zofia, żona Jana. W jej oczach zapalają się iskierki radości. Krząta się zadbanym domu, niesie pączki z różaną konfiturą. - To specjalność Zosi. Kocham pszczoły. Ale Zosię też. Może nawet bardziej - zastanawia się Jan. Prosty jak struna, smagły, przystojny. Dopiero co wrócił z pasieki. W ręku trzyma zapiski z życia pszczół.

- Jeszcze dzieckiem byłem, jak zobaczyłem pszczoły. Trzymał je mój sąsiad. Podchodziłem, przyglądałem się, ciągnęło mnie do pszczół. Użądliła mnie jedna, druga, nie zrażałem się. W końcu, w latach sześćdziesiątych naszła mnie chęć założyć pasiekę. Wtedy mieszkałem jeszcze w gęstej wsi na Kiełczewicach Dolnych. Zaraz za płotem sąsiad. Nie było gdzie pasieki ustawić. Dopiero jak przyszedłem tu, do żony, kupiłem dwa ule. I rozrosłem się. Mogłem mieć więcej uli, ale do pracy chodziłem, gospodarstwo trzeba było utrzymać. Teraz jak jestem na emeryturze, jeszcze powiększyłem.

Na ławeczce pod czereśnią

Gdzie poznał żonę? Jan zamyśla się, uśmiecha pod wąsem. - Jak się do jednego kościoła chodziło, to się widziało, raz, drugi, trzeci. Dlaczego zwróciłem na Zosię uwagę? Bo ja wiem, bo ja wiem...

- Nie spodziewał się takiego pytania - mówi Zofia.

- Nie fachowe pytanie, o pszczołach mamy rozmawiać - śmieje się Jan. - Trzeba było jakoś doprowadzić do spotkania. Była zabawa we wsi. To już miałem pole do popisu.

- Inny plan miał wymyślony - ripostuje Zosia. - Mój tatuś studnie robił. To mówi do mnie: Przyjdę, zobaczę, będę sobie studnię robił. Tak wymyślił.

Pierwsza randka?

- Ja wiem. Na ławeczce pod czereśnią. Po zabawie - dodaje żona. - To już tyle lat, ale nam się nie wydaje, że to już tyle - Podchodzi do regału. Wyciąga albumy ze zdjęciami. Tu jak się wnuki rodziły. Tu, na bryczce, w welonie jedziemy do ślubu pod kościół. Tu orkiestra gra. A to szkolne zdjęcie męża. On się wcale nie zmienił. Taki chudziutki.

Fałszywy nie stanie

- Udały mi się te pszczoły. Nie wiem, czy to moja zasługa, czy pszczół. Zimują mi dobrze, miodu przynoszą, nie ma żadnych zakładów, nic nie zatruwa powietrza, lasy dookoła, idealne warunki dla pszczół. Stąd ten mój miód bardzo mocno ludziom smakuje. Nawet był na degustacji w Niemczech. A z miodem to różnie bywa, dużo fałszowanego jest.

Jak poznać fałszowany? Prosto. Fałszywy nigdy nie stanie. Miód od pszczoły, bez podróbki, z czasem skrystalizuje się. Będzie w stanie stałym. Fałszywy będzie płynny.

- Wciąż się uczę pszczół. Jak pracowałem z Zakładzie Energetycznym, spotykałem pszczelarzy. Pytałem, chętnie udzielali rad. Wciąż czytam. Mam podręczną bibliotekę - zamyśla się. - Uczę się pracowitości, tego nigdy nie za wiele. Pokory.

Cierpliwości. Pszczoły mają swoje maniery, często złe są. Stary pszczelarz doradził mi, żeby wewnętrzne ścianki ula smarować melisą, to pokornieją. Często mnie pogryzą, ale jeszcze z pasieki nie uciekałem.

Jest taka chemia, którą zaprawia się ziarno rzepaku przed siewem. To jest takie mocne, że jeżeli rzepak wyrośnie i zakwitnie, a pszczoły zbierają pyłek i nektar, to pszczoła tarci zmysł orientacji. Nie wie, jak wrócić do ula. Pszczoła jest mądra i dużo wie, ale w jednym jest bezradna. Jeśli poleci na kwiaty opryskane chemią, już do ula nie wróci. Powoli umiera.

Są jeszcze inne zagrożenia. Podobno promieniowanie telefonów komórkowych może być przyczyną tajemniczego zjawiska, jakim jest nagłe ginięcie pszczół. Kto to wie, co człowiek jeszcze pszczołom zgotuje.

Dzień pszczelarza

Oko trzeba mieć codziennie, bo jest takie przysłowie, że pańskie oko konia tuczy. Pszczołę też. - Ale nie wolno dłubać w ulu za często. Wtedy, kiedy jest potrzeba. Potrzeba jest, gdy trzeba ramek dołożyć, miód zabrać, przegląd zrobić, czy matka jest, czy nastroju rojowego nie ma - mówi Kuna.

- Pszczoły to są takie stworzenia, że nie do końca pozwalają sobą rządzić. Nie we wszystkim się posłuchają. Nie wolno ich zdenerwować. Jak się idzie do pszczół musi być pogoda ładna. Nie może być wiatru. Nie może zanosić się na deszcz. Jak idzie chmura, jeszcze daleko, to one już wiedzą i będą ciąć po rękach.

Jak się idzie do pszczół, pachnącym mydełkiem nie można się umyć, bo tną. A broń Boże po alkoholu.

- Czasem łatwiej uspokoić zdenerwowaną żonę niż pszczołę - śmieje się Jan Kuna.

- Z pszczół robotnic człowiek powinien brać przykład - tak też mówi Jan Kuna. - Najpierw są woszczarkami, produkują wosk. Następnie karmią młode. Są strażniczkami. Nie wpuszczą intruza do ula. Wylatują na robotę. Taka pszczoła, co już chodzi na robotę, długo nie pożyje.

Skrzydełka są bardzo delikatne i po pokonaniu setek kilometrów ulegają zniszczeniu. Z biegiem czasu pszczoła zostaje w polu. Już do rodziny nie wróci. Codziennie pewna ilość pszczół do domu nie wraca, codziennie rodzą się młode. Natura tak postanowiła.

Pszczoły mają sekrety. Jak taniec. Jego figury informują inne pszczoły o wystąpieniu różnych zjawisk. Jest taniec werbunkowy, informujący o odległości źródła pyłu od ula. Jest taniec alarmowy, kiedy któraś pszczoła przyniesie zanieczyszczony nektar. Jest taniec czyszczący i taniec radości.

- A wie pan, co jest najpiękniejsze? Często słychać z ula delikatny szum. Pszczoły poruszają skrzydełkami, żeby odparować nektar. Wokół ula roznosi się cudowny zapach. A ten szum, jak uspokaja. Człowiek zdrowieje od razu.

Jesteśmy szczęśliwi

- Jem dużo miodu, to czuje się młodo. Bo po zdrowiu młodość jest najważniejsza. Miłość jest ważna. Pięćdziesiąt lat przeżyłem z żoną. I ona uważa, że jej dobrze ze mną - patrzy na Zofię.

- Tak uważam, chociaż pszczoły bardziej kocha ode mnie. Ale godzę się na takie rywalki. Czy mieliśmy kryzys? Wie pan, w gospodarce nie ma czasu na kryzys.
Wychodzimy na podwórze, gdzie oboje pokazują na lipę zasadzoną przez dzieci na ich ślubie.

Mają tu pod tą lipą jak u Pana boga za piecem. - A że dzieci lekarze, to i umrzeć prędko nie pozwolą. Więc jesteśmy szczęśliwi...
Czytaj więcej o:
Waldek Sulisz
Aga
(2) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Waldek Sulisz
Waldek Sulisz (10 listopada 2008 o 11:08) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
Jan Kuna, bohater mojego reportażu umarł. Pełny kościól w Kiełczewicach na jego pogrzebie to dowód, że był dobrym człowiekiem i dobrze żył. W pewnym momencie do kościoła wleciały dwie pszczoły. Jaki dziwny znak. Panie Janie, niech Pan tam z góry dogląda domu, żony Zosi i nas wszystkich.
Rozwiń
Aga
Aga (5 września 2008 o 08:25) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
Cudowna historia, cudowne życie... Jak spokojnie i mądrze można żyć. Co z kolei oferuje nam współczesny świat? Na co godzimy się startując w wyścigu szczurów? Słów brak.
Rozwiń
Zobacz wszystkie komentarze (2)

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!