niedziela, 20 sierpnia 2017 r.

Magazyn

Kanadyjski szok

Dodano: 22 listopada 2007, 20:03

W kanadyjskim porcie lotniczym w Vancouver od porażenia prądem zginął 40-letni Polak.

Prądem - w postaci 50.000-woltowego łuku elektrycznego z paralizatora - porazili go kanadyjscy policjanci. Jak tłumaczyli, Polak dziwnie się zachowywał i chcieli go obezwładnić. Chwilę później Robert Dziekański konał wydając z siebie, jak pisała lokalna prasa, "zwierzęce okrzyki”.

Krzysztof Lada z Toronto: Tutejszą policję określają trzy litery: KKK, bo jest ona królewska, kanadyjska i konna. Po wyczynie w Vancouver jawi mi się, jako KKK w tradycyjnym rozumieniu tego skrótu. Tak, jak z Robertem Dziekańskim, Ku-Klux-Klan poczynał sobie z Murzynami.
Royal Canadian Monuted Police (RCMP) to dla każdego Kanadyjczyka powód do dumy. Jednak po obejrzeniu w telewizji horroru z lotniska, gdzie policjanci rażą prądem polskiego imigranta, aż 80 procent widzów jest tym wyczynem zbulwersowanych.

Sorry, pani Cisowska

Że coś jest "nie tak” , to przyznają nawet władze kanadyjskie.

"Chciałbym przeprosić za to, co miało miejsce. To wydarzenie dotknęło Panią Zofię Cisowski, matkę zmarłego na wiele więcej sposobów niż jestem sobie w stanie wyobrazić. Jestem pewien, że policja również przeprosi. Ja czynię to dziś. W imieniu wszystkich mieszkańców Kolumbii Brytyjskiej, przepraszam” - mówił w miniony poniedziałek premier rządu prowincjonalnego Gordon Campbell.

Zaraz potem John Les, minister sprawiedliwości, wydał oświadczenie: rząd prowincji wdraża publiczne dochodzenie w sprawie śmierci Roberta Dziekańskiego i użycia przez policję urządzenia obezwładniającego o nazwie: taser. Dochodzenie publiczne to bardzo rzadko spotykana w Kanadzie procedura.

Znajomy kolega dziennikarz z Toronto nie był mi w stanie powiedzieć, czy dochodzenie publiczne w sprawie poczynań RCMP było w ogóle kiedyś prowadzone.
W sprawie tragicznych wydarzeń na lotnisku w Vancouver toczy się już "intensywne śledztwo” samej RCMP, a oddzielne prowadzą jeszcze służba medycyny sądowej oraz komisja ds. skarg przeciwko policji.

14 października

To widziała na ekranach telewizyjnych cała Polska i świat. Przypadkowo. Wracający z Chin, 25-letni Richard Pritchard miał przy sobie kamerę. I kręcił.

Zaczął, jak tylko za szklanymi drzwiami hali odbioru bagażu zobaczył człowieka ze stołkiem w rękach. Znamy ten film. Polak stara się zwrócić na siebie uwagę i nawiązać kontakt. Po prostu chce uzyskać pomoc w opuszczeniu lotniska, na którym jest już 10 godzin i nigdzie nie może znaleźć matki. Ma za sobą kilkanaście godzin podróży. Najpierw ze Śląska autobusem do Frankfurtu, potem samolotem do Vancouver. Przybywa z papierami imigracyjnymi sponsorowanymi przez matkę, która w tym czasie krąży po lotnisku, nie mogąc doczekać się syna.

Robert nie zna żadnego obcego języka, pierwszy raz leciał samolotem. Obsługa lotniska nie umie się z nim porozumieć.

Mówi Maciej Krych konsul generalny w Vancouver: Nie rozumiem, jak na międzynarodowym lotnisku w rejonie Kanady, gdzie zamieszkuje wielu imigrantów z Europy Wschodniej, nie poproszono o pomoc kogoś z obsługi, znającego jeżeli nie polski to bardzo popularny tu ukraiński czy rosyjski. Gdyby tylko obsługa wykręciła numer naszego konsulatu, uzyskałaby pomoc bezpośrednią lub nagraną informację, jak z takiej szybko skorzystać.

25 sekund

Dosłownie o kilkanaście metrów od centrum operacyjnego lotniska znajdował się wtedy Karol Vrba, słowacki pracownik obsługi. Nikt go nie poprosił o pomoc. Wyszedł na pół godziny do obowiązków na zewnątrz budynku. - Gdy wróciłem, zapytałem, co się stało. Powiedzieli mi, że jakiś Polak albo Rosjanin sprawiał problemy. Odpowiedziałem, że przecież mówię w tych językach. Mogłem pomóc. Dlaczego mnie nie wezwaliście?

Dociekliwy Vrba już nie... pracuje. Został zwolniony. Nie ma wątpliwości, że dlatego, iż gadał o śmierci Polaka "za dużo”.

Personel nie wezwał do Polaka swoich służb ochrony, tylko od razu policję. "Konni” przyjechali, wkroczyli do sali lotniska. Nie pytając nikogo z obsługi, ruszyli na Polaka.
Pritchard znowu włączył kamerę. Policjanci, idąc do Dziekańskiego, sięgnęli po paralizatory. Pierwsze porażenie Polak otrzymał w 25 sekund po wkroczeniu policjantów. Potem, gdy już w konwulsjach miotał się po ziemi, kolejne. "Mounties” nie użyli przedtem ani pałek, ani gazu pieprzowego, do czego zobowiązują ich przepisy.

Lotnisko Polak opuszczał już w plastykowym worku na zwłoki. Matka szalała z rozpaczy.

Taśma prawdy

Po śmierci Polaka w lokalnej prasie ukazały się banalne informacje oparte na raportach RCMP. Ot, jakiś polski awanturnik rozrabiał, bił się z policją i trzeba go było jakoś poskromić. A paralizatora użyto zgodnie z przepisami.
Widząc, że Pritchard nagrywał akcję, "Konni” poprosili go o pożyczenie na dzień kamery. Oddali mu ją bez karty pamięci. Dodali tylko, że może ją otrzymać nawet po dwóch latach. Kanadyjczyk wynajął adwokata, zagroził procesem i natychmiastowym upublicznieniem faktu "kryminalnego zaboru mienia”. Na taką wojnę policja już nie poszła. Karta pamięci wróciła do właściciela, który zaraz udostępnił ją telewizji.

Film Pritcharda wywołał gigantyczny, międzynarodowy skandal.


Arytmetyka prochów

Zofia Cisowski jest ciężko doświadczoną kobietą. Najpierw nie udało jej się polskie życie u boku pierwszego męża i samotne wychowywanie jedynego syna Roberta. Potem zdecydowała się na poślubienie dwadzieścia lat starszego polonusa.

Pracując przy sprzątaniu domów, budowała roczny dochód, pozwalający na sprowadzenie Roberta do Kanady. Chciała go wyrwać z beznadziei losu bezrobotnego w cieszącej się złą sławą gliwickiej dzielnicy

Robert się wahał, bo w Gliwicach miał dziewczynę. Wreszcie matka go uprosiła.
Wysłała imigracyjne papiery i bilet na samolot.

Kobieta żegnała swoje jedyne dziecko dwukrotnie. Najpierw podczas uroczystości wystawienia zwłok. Potem, gdy już zostały spopielone. Prochy syna matka podzieliła na dwie urny. Jedna będzie razem z nią do jej śmierci i z nią pójdzie do grobu. Z drugą poleci do Polski pochować je w rodzinnej Bielawie.

Gdyby nie rodacy z miasteczka Kamloops, gdzie pracowała i ks. Waldemar Karciarz, proboszcz parafii św. Jana, Grzegorza Laski, a przede wszystkim Jerzy Bałtakis, Zofia Cisowski doświadczeń losu pewnie by nie przetrwała. Ma już dobrego adwokata. Jest nim Walter Kosteckyj, syn ukraińskich imigrantów. Zapowiada, że nie spocznie, nim sprawa śmierci Polaka nie zostanie rozliczona do samego końca. Bez względu na to, kto miałby w ostatecznym rachunku siąść na ławie oskarżonych.


Dyplomacja i łowy

Jak się dowiadujemy nieoficjalnie, do polskiego MSZ został już wezwany ambasador Kanady, któremu przekazano kategoryczne żądanie wyjaśnienia okoliczności śmierci Roberta Dziekańskiego. Kanada zadeklarowała niedawno gotowość zniesienia wiz dla Polaków. Ambasador RP w Ottawie Piotr Ogrodziński zabiega, by wizytę w Stanach Zjednoczonych premier Donald Tusk przedłużył także na Kanadę, aby sprawę wizową ostatecznie "załatwić”. Oczywiście, oficjalnie wzmożony krytycyzm polski wobec Kanadyjskiej Królewskiej Policji Konnej nie ma żadnego związku ze zniesieniem wiz. Ale ma znaczenie dla klimatu rozmów.

Waldemar Piasecki
Vancouver/Nowy Jork
Czytaj więcej o:
Toronto>>>Lublin
Kubica
GH
(5) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Toronto>>>Lublin
Toronto>>>Lublin (25 listopada 2007 o 14:08) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
WWW.ROBERTDZIEKANSKI.ORG
Rozwiń
Kubica
Kubica (24 listopada 2007 o 18:00) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
Rząd RP ma obiwiązek obrony obywateli RP, gdziekolwiek by się znaleźli. Dlatego ma się uwijać, żeby aferwyjasniono jak najszybciej i nie próbowali łba jej ukręcić. To ma do r z e c z y. Jak tego nie pojmujesz, totrudno. O uruchomienie mózgu nie będę cię upraszał. Pradopodobnie byloby to bezskuteczne.
Rozwiń
GH
GH (24 listopada 2007 o 17:55) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
Ciekawe co by się działo, gdyby polsscy policjanci zabili Kanadyjczyka na Okęciu?
Rozwiń
misiek
misiek (24 listopada 2007 o 14:52) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
Co ma do tej tragedii rząd Tuska .Kanadyjczycy to dobrzy ludzie życzliwi i bardzo uczynni.Kiedyś pewien kanadyjczyk ,którego nazwiska nie poznałem bezinteresownie z wielkim zaangażowaniem ratował polskie dziecko .Zatem złośliwe jęzory uprasza się o powściągliwość.
Rozwiń
Kubica
Kubica (23 listopada 2007 o 14:09) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
To megaskandal! Ciekawe jak się będzie uwijał rząd Tuska, żeby to wyjaśnić?
Rozwiń
Zobacz wszystkie komentarze (5)

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!