poniedziałek, 21 sierpnia 2017 r.

Magazyn

Ludzie i psy

Dodano: 16 sierpnia 2007, 15:51

Z historii Ewy i Wojtka powstałby niezły romans. Szczepan, Szura i Olo to niepokorni wojownicy. W "Psach” sprawdziliby się jak ulał.

Wiera mogłaby być filmową "Nianią”, bo odchowała już niejedno małe, niańcząc jak swoje własne. Już niedługo zagrają w prawdziwym filmie. O życiu, które napisało im najbardziej dramatyczne scenariusze. I o Krzesimowie, miejscu, gdzie znalazły swój dom

Pan Mariusz przestępuje z nogi na nogę. Czeka. Czekanie dłuży się niemiłosiernie, a on już chciałby wiedzieć: Czy to na pewno ona?
- Kama, Kamusia, śliczna moja! - mężczyzna rzuca się do młodziutkiej wilczurki, która wskakuje łapami na jego ramiona, oblizuje policzki, tuli się do nóg. - To ona - mówi głosem zmienionym ze wzruszenia.
Kama zaginęła miesiąc wcześniej. Wieczorem jeszcze pilnowała domu w Świdniku, a rano już jej nie było. - Ktoś ją ukradł - nie ma wątpliwości żona pana Mariusza. - Nawet nie było sensu jej szukać.
Do Krzesimowa pan Mariusz przyjechał nie w poszukiwaniu Kamy, ale po nowego psa. Przy okazji opowiedział historię zaginięcia ukochanej suczki. I tak od słowa do słowa okazało się, że młoda wilczurka z czerwoną obrożą od kilku dni jest w schronisku. - Ta historia ma happy end. Ale to, niestety, nie jest reguła - uśmiecha się smutno Maria Ferens, opiekunka zwierząt ze schroniska w Krzesimowie.
Dlatego, gdy ktoś przyjeżdża i mówi, że chce wziąć psa, pani Maria najpierw sobie z nim rozmawia przez siatkę. Sprawdza, ile człowieka jest w człowieku. Żeby znowu nie zgotować psu piekła. Takiego samego, z jakiego tutaj trafił.

Łatka i Antek

Każdy pies to inna historia: głodu, samotności, poniewierki. Cierpienia, którego sprawcą staje się najczęściej człowiek. W Krzesimowie jest takich historii dokładnie 143. Większość z nich już na zawsze pozostanie tajemnicą. Ich ślady widać na ciele zwierząt; rany powoli się zabliźniają. Te w psychice pozostaną do końca. - Dopiero po pewnym czasie widać, jaką krzywdę człowiek wyrządził psu - mówi Alfred Matyjaszczyk, opiekun ze schroniska. - Gdy czuje się już bezpieczny, to otwiera się na ludzi, zaczyna się normalnie zachowywać. Choć nie wszystkie odzyskują wiarę w człowieka. Proszę spojrzeć na Łatkę.
Łatka to biało-ruda kundelka. Boi się gwałtownych ruchów, podniesionego głosu. Kiedyś pilnowała niewielkiego zakładu produkcyjnego w Świdniku. Zakład padł, a ona ze swoim synkiem została sama. Bez wody i jedzenia. - Podjeżdżaliśmy tam samochodem i karmiliśmy je - wspomina Matyjaszczyk. - Któregoś dnia syn Łatki pobiegł za nami aż do samego schroniska. Kilka dni później Łatka przyszła za nim. I zaraz urodziła
5 ślicznych szczeniaków. - Pamiętasz, w kim się zakochała Łatka? - pyta pan Alfred.
- W Antosiu - przypomina sobie pani Maria. - Razem zamieszkali w budzie, a z nimi gromadka dzieci. Wspólnie je wychowali.
Szczeniaki znalazły dom, a Antek, mieszaniec collie, który do schroniska trafił cały popalony papierosami, został adoptowany. Łatka została sama. Przez tydzień siedziała pod siatką. Smutna, stęskniona, nieszczęśliwa. - Któregoś dnia i po nią zgłosili się ludzie. Łatka wysłuchała, co mieli do powiedzenia i biegiem uciekła. Żeby jej tylko nie oddawać - opowiada Grażyna Śliwińska, wolontariuszka, która zaprzyjaźniła się z Łatką.

Robak

Czasem jest gorzej. W Łuszczowie miejscowi wskazali Alfredowi dół, w którym od dłuższego czasu leżał pies. - Podszedłem, patrzę, a tu kupa robaków. Pies leżał bez ruchu, a one jadły go żywcem. Na głowie i szyi Robaka, jak go pan Alfred od razu ochrzcił, było 7 głębokich dziur po widłach. - Stamtąd wyczesywałem robaki, setki ich było, tysiące...
Pirat miał świeżo obciętą łapę. Równiutko, siekierą. - To była tygodniowa rana. Pies cierpiał strasznie, ale się nie poddawał. Dziś Pirat wodzi rej w całej grupie krzesimowskich psów. Na 3 łapkach pędzi do furtki, obszczekuje gości. Pilnuje swojego domu.
Miluś przyjechał z wielką blizną na szyi. - Któregoś dnia wziąłem kosę, a Miluś z potwornym skowytem uciekł do budy. Mało jej nie rozniósł. Było jasne, co go wcześniej spotkało.
- Na wsi jest taki zwyczaj, żeby dorosłemu psu podciąć ogon szpadlem, żeby głośniej szczekał. Takie bestialstwo - dodaje pani Maria.

Maria i Alfred

Pierwsze psy trafiły do Krzesimowa w maju 2003 roku. - Zaczynaliśmy pół roku wcześniej w Trawnikach, na 7 mkw. - opowiada Maria Ferens. - Mieliśmy 450 zł od dzieci ze szkoły nr 5 w Świdniku. I poczucie, że możemy zrobić dużo dobrego.
Wcześniej w księgarni, gdzie pracowała pani Maria, każdej niedzieli spotykali się ci, którzy nie mogli patrzeć na głodne, błąkające się po Świdniku i okolicach psy. - Braliśmy torby, gotowaliśmy jedzenie i ruszaliśmy na karmienie psów - wspomina pan Alfred. - Kilku nas było takich zapaleńców.
Krzesimów okazał się idealnym miejscem na założenie prawdziwego schroniska. - To za piękne, żeby było prawdziwe, pomyśleliśmy, widząc teren w środku lasu. Jak myśmy się cieszyli, że psy będą miały zieleń, przestrzeń... Będą mogły szczekać i biegać do woli.
Psy dostały swoje boksy. Teren schroniska ogrodzono, więc żadne zwierze nie musiało być przywiązane. Tak jest do dzisiaj. - Kiedy pies czuje się bezpiecznie, jest szczęśliwy - uważa pani Maria. - U nas psy nabierają ogłady, uczą się łagodności, normalnego życia. Można powiedzieć, że się resocjalizują.
- Nigdy nie usypiamy szczeniąt, wszystkie znajdują domy. Walczymy o życie każdego psa. Tak rozumiemy naszą pracę - dodaje Alfred.

Wiera

Teraz krzesimowskie psy grają w filmie dokumentalnym o... sobie.
- Zjeździłem właściwie wszystkie schroniska w Polsce. I powiem tyle: to jest wyjątkowe - mówi Piotr Dobosz, autor filmu, który TVP pokaże już we wrześniu. - Dlaczego? Tu psy mają imiona, a nie numerki. Miłość, a nie tylko opiekę. Po prostu, prawdziwy dom.
- Co ja się do nich ogadam... - śmieje się Matyjaszczyk. - Wchodzę do boksu, każdego muszę wymienić po imieniu, coś do niego zagadnąć. Każdy musi się poczuć ważny, wyróżniony.
Wiera, prywatna rottweilerka pana Alfreda, codziennie przyjeżdża z nim do schroniska. Ma boks z innymi psami, które za nią szaleją, bo jest wesoła, towarzyska i bardzo opiekuńcza. Wychowała wszystkie szczeniaki bez matek. - Telenowelę można by nakręcić o tym zastępczym rodzicielstwie - śmieje się pan Alfred. - Albo romans, choćby o miłości Ewy i Wojtka.

Ewa i Wojtek

Ewapole. Tak nazywała się miejscowość, w której pan Alfred znalazł pod sklepem czarną sukę, mieszańca wilka. - Już było wiadomo, że to będzie Ewa.
Ewa okazała się indywidualistką. Towarzystwo dobierała sobie starannie. Wszystko zmieniło się, gdy do schroniska przyjechał Wojtek. - Miłość od pierwszego wejrzenia. Jak u ludzi - wspomina Maria.
Psy zamieszkały razem. Dziś mają wspólną budę ufundowaną w ramach wirtualnej adopcji. - Wojtkowi nie wolno spojrzeć na inną sukę, bo Ewcia zaraz jest obrażona. Spuszcza mu nawet lanie, jak się za innymi ogląda. Kłócą się, a potem znowu jest zgoda. Stare dobre małżeństwo.
Kiedy Ewa w klinice leczyła chorą łapę, Wojtek nie spał, nie jadł, tylko na nią czekał. Był chory z tęsknoty. Gdy wróciła, oszalał z radości.

Diablo

Olga Czarnecka przyjechała do Krzesimowa, żeby zaadoptować bezdomnego szczeniaka. Natychmiast otoczyła ją gromadka zaciekawionych psów.
- Psy wyczuwają dobrych ludzi - uważa pani Maria. - Niektóre same wybierają sobie nowych właścicieli. Taki Diablo czekał przy furtce na starsze małżeństwo. Od razu przytulił się do pana. A on: łzy w oczach. I mówi do żony: "Mamy już swojego psa”.
Na takie chwile czekają psy i opiekunowie. - U nas jest im dobrze, ale wiemy, że mogą mieć jeszcze lepiej. Miłość na wyłączność.
Ale nie każdy, kto zgłasza się do schroniska, dostaje psa.
- Przychodzą ludzie z dziećmi, szukają dla nich pupilka. Dzieciaki szarpią psy, drażnią się z nimi, widać, że tak są nauczone; że to zabawka, przedmiot. Ja już wiem, że im nie dam psa. Zwierzęta też to czują, bo się chowają.

Bezimienne

Albo inaczej: na wieś, na łańcuch, do pilnowania. Bez jedzenia "żeby był ostry”. - Z takich nieludzkich warunków je zabieramy i nie zgotujemy im z powrotem piekła - zastrzegają opiekunowie.
Bo ludzie są podli - Przywiązują i wieszają psy na drzewach - wylicza pan Alfred. - Oddają, bo mówią, że jest stary i śmierdzi. Pies takiego rozstania nie jest w stanie przeżyć. Pan też będzie stary, mówię do takiego delikwenta. I co, dzieci oddadzą pana do domu starców albo wywiozą do lasu?
- Ostatnio przyjechała pani ze szczenną suką - dodaje pani Maria. - Nie dawała jej jeść, żeby ta się wreszcie od niej odczepiła. Coś się we mnie zagotowało. Tak jej powiedziałam: "Idź kobito do kościoła, jak to pewnie masz w zwyczaju, zmów różaniec i żebym cię tu już więcej nie widziała”.
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!