poniedziałek, 5 grudnia 2016 r.

Magazyn

Ludzie na bocznicy


– W lecie to jeszcze, jeszcze. Ale zimą straszna męka mieszkać w wagonie. Jak są mrozy, bardzo ciągnie przez ściany, dach i od podłogi. A ja tu sama urodziłam Angelikę. Mąż był w Izbicy, na torach pracował. O Boże, co ja przeszłam... – opowiada Zofia Szymczyk, mieszkanka wagonu.
Czesław Szymczyk przepracował 19 lat na kolei. Nie dostał, jak inni kolejarze, mieszkania. Dla pocieszenia sprzedano mu wagon. Mieszka w nim na terenie stacji kolejowej w Brodach Małych miedzy Szczebrzeszynem a Zwierzyńcem, utrzymując z 585 zł renty niepracującą żonę i trójkę dzieci. Najmłodsza Justynka ma półtora roku. Jaki mają adres?
– Mąż jest zameldowany w Izbicy, ja w Zamościu. W wagonie nikt mnie nie zamelduje. Teren jest kolejowy, nie nasz – mówi pani Zofia.
Czesław Szymczyk – jak z dumą podkreśla – pochodzi z Mazur. Młodość spędził na wyspie Wolin, gdzie pracował w PGR.
Pociągała go jednak praca w PKP. Złożył podanie i został kolejarzem.
Kolej to jest kolej
– powtarza co i raz. Zaczął pracować jako monter rozjazdów kolejowych, i zamieszkał w wagonie pełniącym rolę hotelu pracowniczego.
– Wymarzłem się na tej kolei. Bywało, że tylko raz w tygodniu do domu zaglądałem.
– Sprzedali mi dla pocieszenia ten zdezelowany wagon, za 400 zł. W przeliczeniu, bo wtedy były miliony. Pamiętam, że nie miałem tyle pieniędzy i musiałem wziąć pożyczkę. Nprawiłem ściany. Czternasty rok tak żyjemy. Inni powyprowadzali się do bloków. Rok temu mieliśmy jeszcze w sąsiedztwie koleżankę Baśkę z rodziną, ale przeniosła się z wagonu do mieszkania po zmarłej matce.
Ich wagon to „kiszka”.
– Ma 7 metrów długości i 2,5 metra szerokości. Sam go mierzyłem, bo chciałem wykładzinę kupić. Czym się różni blok od mojego mieszkania? Mam mieszkanko ciasne, ale własne. Rodzice wpadają tu co roku. Wtedy ja śpię na podłodze, a oni na łóżku. Mam psa, kota, wszystko... W pobliżu jest stacja PKP, prąd mamy od kolei podłączony. W tym roku założyłem centralne ogrzewanie, bo przedtem to na „kozie” się gotowało i grzało.
Centralne założyli wspólnie ze szwagrem, który jest hydraulikiem. Najważniejsza była „piaskownica” na dachu. Taka ogromna micha z piachem, przez którą przechodzi przewód kominowy. Piasek jest po to, żeby się wagon nie zapalił. Szymczyk bardzo tego pilnuje. Był w delegacji i widział na własne oczy, jak dwa wagony się spaliły od olejowego grzejnika. Jeden spłonął doszczętnie. Na szczęście ludzie zdążyli uciec.
Sąsiedzi są dobrzy, pomagają.
Przynoszą szmaty i inne rzeczy do spalenia. A ja mam krematorium, to spalam. Dla mnie, oprócz mieszkania, najważniejszy jest opał.
– Nam jest tu bardzo dobrze – zapewnia 12-letnia Angelika.
Angelika chodzi do piątej klasy, starsza od niej o dwa lata Renatka – do szóstej. Uczą się bardzo dobrze. Przez pięć lat chodziły do szkoły w Żurawnicy, teraz do Szczebrzeszyna. Jak mówi mama, przynoszą do domu same czwórki i piątki.
Kim chciałaby zostać w przyszłości?
– Kucharką – odpowiada Renatka.
– To żaden zawód – kwituje ojciec.
– A ja chcę w domu siedzieć – zdradza Angelika.
Pan Czesław, życiowy optymista, jest obrażony tylko na Radom. A dokładnie – na tamtejszy Zakład Infrastruktury PKP.
– Zwalniali ludzi, a odprawy nie dali – mówi z goryczą. – Mam zerwaną umowę z powodu choroby. Przyplątała mi się cukrzyca. Dali wypowiedzenie. Teraz dla mnie nie ma tam miejsca.
– Na kolei trzeba być w 100 proc. zdrowym – uzupełnia pani Zofia. – Od razu renty nie dali. Źle było. Błagałam w ZUS: dajcie tę rentę. W lipcu przyznali, tylko na rok, raptem 585 zł 59 groszy. Z tego trzeba odjąć 150 zł, jakie płaci na córkę z pierwszego małżeństwa.
Źle się tu mieszka
– kontynuuje pani Zofia. – W lecie jeszcze, jeszcze. Ale w zimie bardzo zimno, bo cała ściana to dwie deseczki i pięciocentymetrowa pusta szczelina. Jak są mrozy, okna zamarzają, choć w ogrzewalniku ciągle się pali. Straszna męka. Żeby przetrwać zimę, potrzeba 5,5 t. węgla. Po wodę trzeba chodzić na stację. Mąż chory, nie może wiadra dźwignąć.
Jak Justynkę miałam rodzić, to przyjechała karetka. Ale Angelikę urodziłam własnymi siłami, tu w wagonie. Mąż był w tym czasie w Izbicy, na torach pracował. O, Boże, co ja przeszłam! Nie życzyłabym nikomu... Co innego rodzić w szpitalu.
Sama zajmuję się dziećmi. Nie mam stałej pracy.
Chodzę po ludziach plewić kartofle czy buraki.
Dawali mi to mleka, to kartofli, czasem pieniądze. A mąż w tym czasie siedział z dziećmi. Mogłabym być krawcową, bo mam ukończoną szkołę krawiecką w Zamościu, ale brakuje mi maszyny.
Czy opieka społeczna pomaga? O, bardzo pomagają, inaczej byśmy wyginęli. Dzieci dostały darmowe obiady, książki. Dali mi nawet 300-złotowy zasiłek. Ma starczyć na czas od września do grudnia. Kupuję tylko w ciuchlandzie, bo nie stać mnie na odwiedzanie normalnych sklepów.
Uważa, że
matka powinna tulić, a ojciec czulić.
– Nie zaznałam w życiu ani jednego, ani drugiego. Od siódmego roku wychowywaliśmy się z bratem w domach dziecka. Najgorzej, gdy przyjdzie Boże Narodzenie. Moje dzieci snują marzenia, chcą mieć to, czy tamto...
Też miałam marzenia. A życie to co innego. Nie życzę im bogatego. Wyszłam za mąż mając dwadzieścia lat, za jedynaka. A on się okazał ni pies, ni sobaka. Cztery i pół roku z nim żyłam...
Dzięki obecnemu mężowi odetchnęłam. Na zdrowie swoje i dzieci nie narzekam, ale boję się o męża. On mówi, że mu tu dobrze.
W rzeczywistości to wstyd,
że po tylu latach jego pracy dziadami jesteśmy. Rówieśnicy śmieją się z moich dzieci, że mieszkają w budzie dla psa. Mnie życie sponiewierało. Dlatego chciałabym, żeby dzieci miały coś od nas. Dlatego marzę o mieszkaniu.

Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24

CENEO