czwartek, 27 lipca 2017 r.

Magazyn

Miss bazy 2006

Dodano: 29 grudnia 2006, 15:46

Rozmowa z Martyną Wojciechowską, dziennikarka, podróżniczką i redkator naczelna polskiej edycji "National Geographic”

Martyna Wojciechowska, podróżniczka, dziennikarka i pisarka. Właśnie promuje swoją nową książkę "Przesunąć horyzont”. Gwiazda telewizji, choć tego określenia Martyna unika. Na wywiad przychodzi w dżinsach i za dużej kurtce, a po zejściu z najwyższej góry świata od razu iodzie do Szeprów, którzy chlodza dla niej piwo.
- Lubię luz, a na dodatek ostatnio żyję w szalonym tempie. Z powodu mgieł samoloty nie mogły lądować na lotnisku we Frankfurcie, więc z ogromnym opóźnieniem przyleciałam z USA do Frankfurtu, a następnie do Polski. Na dodatek po drodze zginął mój bagaż. Ubrana jestem w kurtkę mojego chłopaka.
• Chłopaka? Przecież pani ma męża, właściciela sieci kwiaciarni, i rzuciła pani dla niego jednego z najbogatszych Polaków! Wiedza to wszyscy, którzy czytaja kolorowa prasę!
- Nie wyszłam za mąż i nie było ślubu we wrześniu, jak podawano.
• To wróćmy do wojaży. W Stanach Zjednoczonych nie była pani w celach podróżniczych, tylko po ostateczne "nmaszczenie” na naczelną polskiej redakcji "National Geographic”.
- Dokładnie. Byłam w centrali "NG”, zobaczyłam, jak tam wygląda praca dziennikarsko-wydawnicza. Obawiam się, że o takich warunkach najlepsze polskie redakcje nie mogą nawet śnić. Kilkunastu researcherów sprawdza teksty, dziennikarze mają nawet i pół roku na napisanie artykułu...

• W maju zdobyła pani Mount Everest. Weszła pani na szczyt jako trzeci członek wyprawy. Panowie nie puścili pani pierwszej?
- Nie jest ważne, czy pierwsza czy ostatnia weszłam na szczyt. Ważne, że wszyscy tam weszliśmy, i to w dobrym stylu. Wchodziliśmy dwójkami, ja w parze z Darkiem Załuskim. Proszę pamiętać, że poza wspinaczką miałam tam jeszcze trochę roboty: kręciłam film, robiłam zdjęcia. Poza tym miałam spore problemy z zalodzoną maską, w czasie ataku szczytowego straciłam ze dwie godziny na doprowadzanie tej maski do porządku.
• Coraz częściej mówi się, że na Everest można sobie wejść turystycznie. Jak się odpowiednio zapłaci, to helikopter posadzi człowieka niemal na sam szczyt.
- Helikopter może dolecieć najwyżej do poziomu sześciu tysięcy metrów; to jest poziom bazy pod Everestem. Zresztą, jeśli jest zła pogoda, a taka jest przez większość czasu, to helikopter nie przylatuje nawet wtedy, gdy ludzie umierają. Mieliśmy taką sytuację, że jeden ze wspinaczy leżał niemal umierający i czekał cztery dni na maszynę. Miał odmrożenia tak poważne, że w efekcie skończyło się na amputacji stóp i dłoni. Tak więc historie o helikopterach wlatujących na szczyt to bzdura. Zdarzyło się to jeden raz, kiedy rząd Nepalu chciał się popisać i wysłał na najwyższy szczyt świata specjalny model helikoptera, odchudzony, z pilotem, który ryzykując życiem, raz przysiadł na szczycie. W tak wysokich górach wejść turystycznych nie ma. Są za to wejścia komercyjne.

• Na czym one polegają?
- Na tym, że masz wokół siebie całą armię Szerpów i przewodników, którzy myślą za ciebie. Kiedy w bazie przedstawialiśmy się, kolejne ekipy prezentowały się: dwunastu wspinaczy, dwudziestu Szerpów; dwóch wspinaczy, sześciu Szerpów. Ja wstałam i powiedziałam: siedmiu wspinaczy, dwóch Szerpów, trzeci chyba dojdzie.
• Doszedł?
- Tak, po jakimś czasie.
• A technologie nie ułatwiają wejścia? Satelitarne komórki, prognozy pogody z satelity?
- Owszem, mamy wiele ułatwień. Ale wie pani, że w 1996 roku najlepszy przewodnik na świecie, leżąc na Przełęczy Południowej i umierając, zadzwonił z telefonu satelitarnego do swojej żony w zaawansowanej ciąży. Taki miał pożytek z telefonu satelitarnego w najwyższych górach świata. Pogoda w górach jest nieprzewidywalna, o czym przekonaliśmy się podczas kwietniowej kilkudniowej śnieżycy.
• Jak Szerpowie przyjmowali kobietę, na dodatek liderkę zespołu wspinaczy?
- Przede wszystkim zdumiewało ich, że kobieta może tak dużo mówić. Chyba mnie jednak lubili, bo wybrali na miss bazy. inna rzecz, że nie miałam za dużej konkurencji. Był kundelek i może ze dwie inne kobiety, Niemki. Szerpowie są specyficzni. Kasują od wyprawy 5 tysięcy dolarów, a w zamian starają się nic nie robić. O przeniesienie prowiantu trzeba ładnie poprosić. Całymi dniami pili piwo ryżowe i ledwo trzymali się na nogach. Raz się nawet pobili: jeden drugiemu wybił ząb, obrazili się na cały świat i zagrozili, że nigdzie już nie pójdą. Trzeba było ich godzić.

• Jakie kosmetyki bierze się na taką wyprawę?
- Krem, krem i jeszcze raz krem przeciw odmrożeniom.
• Pomógł?
- Nie. Mam odmrożoną twarz, leczenie potrwa pewnie jeszcze półtora roku. To odmrożenie twarzy, z powodów oczywistych, jest dla mnie przykrą sprawą. Rany i blizny skrywam pod makijażem.
• Donoszono, że pierwsze, co pani zrobiła po powrocie z Mount Everest, to wymyła włosy.
- Nie, pierwsze, co zrobiłam, to wypiłam piwo. I to nie grzańca, ale schłodzone specjalnie dla mnie przez Szerpów. Z Darkiem Załuskim zeszliśmy ze szczytu jako pierwsi i czekaliśmy ze świętowaniem na zejście reszty ekipy. To właśnie wtedy umyłam włosy.
• A co pani zabrała na wyprawę, żeby było raźniej na sercu i duszy?
- Ja miałam ze sobą flagę biało-czerwoną, tę samą, którą miałam podczas rajdu Paryż-Dakar i wszystkich swoich wypraw wysokogórskich. Kiedyś ją pewnie zlicytuję na cele charytatywne. Poza tym miałam ze sobą różaniec z Pierwszej Komunii Świętej, który mama dała mi przed wylotem, na lotnisku. I małą maskotkę od przyjaciółki.
• Pomogło nie zwariować w środowisku, gdzie jest minus 30 stopni, ciśnienie 200 hektopaskali, a tlenu jak na lekarstwo?
- Podczas ataku szczytowego czułam się niezwykle dobrze. Wcześniej cierpiałam na chorobę ciśnieniową, ale przeszło. A gdzie mi myśli uciekały? Do książki. W czasie dwumiesięcznej aklimatyzacji, podczas wejść i zejść z kolejnych obozów, ułożyłam w myślach i przelałam na papier niemal całą swoją książkę "Przesunąć horyzont”. Po przepisaniu notatek wyszło 148 stron maszynopisu. W kraju dodałam tylko wstęp i zrobiłam korektę.

• To pierwsza pani książka?
- Pierwsza wydana. Przedtem napisałam trzy, ale nie miałam odwagi ich wydać.
• Stanowisko redaktor naczelnej, autorka książek... To koniec awanturniczo-bigbrotherowskiego etapu życia?
- "Big Brother” nie był moim życiem ani jego etapem, tylko epizodem zawodowym, podczas którego dostałam szansę szlifowania warsztatu pracy na żywo z ogromną anglojęzyczną ekipą. Mam zaledwie 32 lata, nie planuję się ustatkować. Jest jeszcze mnóstwo miejsc na świecie do zobaczenia. Mount Everest zdobyłam w maju - osiemnastego, o godzinie 9.02. Od tego czasu wciąż gdzieś jeżdżę. Niedawno byłam w Afryce, gdzie obserwowałam i fotografowałam goryle górskie. Byłam tak blisko tych zwierząt, jak blisko siedzę obok pani. W styczniu planuję wyprawę na Antarktydę. Wielkim wyzwaniem jest też praca w "National Geographic”. To pismo ikona w świecie wielkich podróży i nauki, wydawane od 1888 roku, a to zobowiązuje.
• A życie prywatne?
- O planach matrymonialnych nie rozmawiam z prasą, chociażby dlatego, że tych planów nie mam.
Ewa Bilicka
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!