sobota, 25 listopada 2017 r.

Magazyn

Nawet w szambie szukaliśmy

  Edytuj ten wpis
Dodano: 15 marca 2006, 20:23

Mała igła na pięć dni postawiła na nogi wszystkie służby porządkowe w Lublinie. Nie dlatego, że igła była platynowa, ale dlatego, że wypełniona promieniotwórczym radem. Poszukiwania prowadzono z nieznanym wcześniej rozmachem. Przesłuchano dziesiątki świadków, ale w końcu milicja znalazła trefną igłę

A tak, milicja. Bo wydarzenie, o którym codziennie pisały lubelskie gazety, miało miejsce dokładnie 45 lat temu; w marcu 1961 roku. Tymczasem w Centrum Onkologii im. Ziemi Lubelskiej wciąż pracują lekarze, którzy pamiętają tamte zaskakujące dni.

Igła z dratwą

- Igła z irydoplatyny wyglądała podobnie jak igła do iniekcji - wyjaśnia dr Ryszard Patyra. - Z jednej strony zaostrzona jak ta do zastrzyków. Na drugim końcu uszko, w które nawlekano dratwę. A wewnątrz tamtej igły znajdował się Rad 226.
- Były igły dłuższe i krótsze - precyzuje lek. med. Maria Kalasiewicz. - Te dłuższe miały 2 cm, krótsze 1cm. Były niewygodne w aplikacji, ale skuteczne.
Doktor Patyra chce być jeszcze dokładniejszy i rysuje schemat. W zależności od zlecenia wkłuwano w chore miejsce dwie albo trzy igły równolegle i mocowano razem dratwą.
- Pamiętacie? Igły się tępiły i "chałupniczo” ostrzył je doktor Krzysztof Niedźwiecki - wspomina lek. med. Jadwiga Machnicka. - Nie mieliśmy wtedy możliwości stwierdzenia, czy igła się nie rozszczelniła.
Patyra dobrze pamięta, co się wtedy działo. - Wytwarzał się gaz radon, który wydostawał się na zewnątrz i w kolejnych procesach chemicznych odkładał się w organizmie ludzi.
I pewnego marcowego dnia taka igła zniknęła.

Poszukiwania w ubikacji

Igieł z radem używano do leczenia raka języka, warg, jamy ustnej i skóry. - Pacjent, który miał igły wkłute do dna jamy ustnej bardzo się ślinił. Wszystko wchłaniała gaza lub lignina - bardzo obrazowo opisuje ówczesne zabiegi doktor Machnicka.
- Pamiętam, że raz przy sprawdzaniu okazało się, że jednej igły nie ma. Chorego pod rentgen i wyszło, że niechcący ją połknął. Cóż - trzeba było czekać, aż załatwi pewne sprawy w ubikacji i potem poszukać igły - śmieje się Maria Kalasiewicz.
Ale 45 lat temu było inaczej.
Wszystkie aplikatory z igłami trzymano w specjalnym sejfie. Dwa razy dziennie były przeliczane i sprawdzane. I nagle jednej nie było.

Igła w piecu

(...) Milicja przesłuchała wszystkich pracowników szpitala mających dostęp do radu, a jednocześnie odwiedziła wszystkie inne osoby, które w tym czasie były w szpitalu. W mieszkaniu jednej z byłych pacjentek licznik Geigera wykazał radioaktywność. W popielniku pieca znaleziono poszukiwany przedmiot. (...)Kiedy pacjentka po powrocie do domu zmieniała opatrunek, stary bandaż wyrzuciła do pieca. Ogień nie uszkodził jej. Po pięciu dniach igła wróciła do szpitala...” - donosiła prasa o postępach śledztwa.
- Pisali, że pacjentka nie wzięła tej igły. Cóż, można jej wierzyć. A z drugiej strony nikt przecież chorego z igłą do domu nie wypuszcza. Wcześniej się przelicza... - zastanawiają się po latach lekarze.
- Procedura zawsze była taka sama: zgłaszało się brak do przełożonego, do dyrektora, a ten zawiadamiał na ogół wojsko, które miało liczniki. Wtedy szukała milicja.
- O igłach istniał mit, że są drogocenne. Oczywiście były bardzo drogie, ale nie w sensie handlowym. Dziś nawet trudno powiedzieć, ile kosztowały. Myśmy je po prostu dostawali z Warszawy.
No proszę: taka mała igła, a tyle wspomnień. - Najważniejsze, że się znalazła. Bo jedna igła służyła pacjentom wiele lat, a i zagrożenie promieniowaniem było bardzo realne.

I na wysypisku

Właściwie to te igły nawet często ginęły. - Raz trafiło na mój dyżur - przyznaje Maria Kalasiewicz. - Szukamy w koszu na śmieci: nie ma. Szukamy w całym szpitalu: nie ma.
To może w pojemnikach z odpadami? Wówczas wywożono je na wysypisko na Helenowie. Szpital zawiadamia wojsko, bo żołnierzom liczników Geigera nie brakowało. - Zapada noc, a my jedziemy na ten gigantyczny śmietnik - wspomina Kalasiewicz. - Wojsko oświetliło wysypisko reflektorami. Szukamy, grzebiemy w odpadkach. W pewnym momencie zauważyłam wrony, które siedziały na opatrunkach z ligniny. Mówię, że to może być tam. Brniemy w tym kierunku, wojskowi z "geigerami”. Mnie tylko nie daje spokoju jedna myśl: a jak jakaś wrona igłę połknęła i z nią odfrunie?
Na szczęście zagrzechotały wtedy liczniki. - Rzuciliśmy się z gołymi rękami na te opatrunki. I znaleźliśmy! Dyrektor Śliżewski był najpierw taki zdenerwowany, że zapomniał pojemnika na igłę, a później taki szczęśliwy, że schował ją do pudełka z zapałkami i tak zawiózł do szpitala - dodaje Kalasiewicz.

Promieniotwórczy korek

Grzebanie w śmieciach wcale nie było najgorsze. - Nowotwór narządu rodnego leczyło się wówczas korkami radowymi, które wsuwano do pochwy - Jadwiga Machnicka nie oszczędza nam żadnych szczegółów. - Jednej z pacjentek wypadł taki korek "na basenie” i nie poczuła tego. Salowa miała obowiązek zawsze sprawdzać basen licznikiem Geigera, ale to zaniedbała i wylała zawartość do sedesu.
I rozpoczęła się kolejna akcja poszukiwawcza. Licznik wskazuje, że korek spłynął rurami kanalizacyjnymi. - Idziemy na dół do odstojnika. Ku naszej uldze okazało się, że jest jeszcze w szambie - śmieje się dr Machnicka.
Nie wszyscy poczuli taką "ulgę”. - Pamiętacie, kto go wyciągnął? - pyta Kalasiewicz. - Chyba Żurawska, bo ona była mała. Przebrała się za "szambonurka” i z poświęceniem wyłowiła promieniotwórczy korek. •
  Edytuj ten wpis
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!