poniedziałek, 11 grudnia 2017 r.

Magazyn

Nie chodzę na skróty

  Edytuj ten wpis
Dodano: 20 grudnia 2007, 16:56

Rozmowa z Ewą Bem, popularną piosenkarką i wybitną wokalistką jazzową

• Pani Ewo, w pani życiu ostatnio jest chyba dużo miłości?

- Chyba zawsze było, tak mi się wydaje. To jest uczucie dla mnie bardzo ważne. I zawsze próbuję być kochana albo zakochana. Ale z czego pan wnioskuje to nasycenie miłością?

• Bo teksty, które pani napisała na swój nowy album, są nią przepojone.

- Widać tak mnie nastroiły kompozycje Joachima Mencla. Kiedy je przesłuchałam, doszłam do wniosku, że idealnie zabrzmią ze słowami o byciu razem dwojga osób, o miłości w różnych jej odcieniach.

• W pani przypadku to są odcienie jasne i ciepłe. Miłość i lubienie.

- Celna analiza. Rzeczywiście, my się z mężem nie tylko kochamy, ale też najzwyczajniej lubimy. Nie u wszystkich te rzeczy idą w parze. A ja mam to szczęście, że mój mężczyzna jest dla mnie także niezawodnym przyjacielem i wspaniałym rozmówcą. Lubimy ze sobą być, pomagać sobie, rozgrzeszać się z jakichś drobnych grzeszków.

• Czy także wspólnie muzykujecie w domu?

- Nie, mój mąż ma rozliczne talenty, ale akurat nie do muzyki.

• W pani śpiewaniu jest coś z domowego muzykowania - taka naturalność, lekkość. To brzmi jak przedłużenie rozśpiewanego wieczorku przy kominku.

- Może dlatego że ja się wychowywałam w muzykalnej i muzykującej rodzinie. Dom śpiewał, grał i tańczył. Takie było moje naturalne środowisko. Teraz moja najbliższa rodzina występuje w stosunku do mnie raczej w rolach kibiców czy też fanów.

• Nagrywanie, a potem premiera i promocja kolejnego albumu to pewnie dla nich duże przeżycie?

- Myślę, że tak. Moja młodsza córka, trzynastoletnia Gabrysia, towarzyszyła mi w tym nowym przedsięwzięciu niemal od pierwszych chwil. Słuchała ze mną pierwszych demówek, które mi przysyłał Joachim Mencel. Kiedy pisałam teksty, niejednokrotnie wtrącała się. Starała się coś podpowiedzieć, poprawić. Słyszała pierwsze międzyzgrania, pierwsze nakładki wokali. Towarzyszyła mi w całym procesie, etap po etapie. Mąż też bardzo interesował się moją pracą przy albumie. Tak więc wsparcie rodzinne miałam z różnych stron.

• A rodzina nie grymasi, że po paru latach względnego spokoju, znowu wpadła pani w zawodowy wir? Że nie ma pani w domu całymi dniami?

- Spodziewali się, że taka sytuacja wcześniej czy później nastąpi. Ale są do tego przyzwyczajeni, więc nie przeżywają tego zbyt dramatycznie. Są raczej dumni, że coś robię. A już na pewno ciekawi. Kiedyś niespodziewanie wróciłam wcześniej do domu i nakryłam rodzinkę na zabawie przy moich nagraniach.

• Czyli w rodzinie \"Kakadu” zbiera dobre recenzje?

- O, tak. Obie córki lubią klimaty starego Bemibeka. I cieszą się, że na nowym longplayu znalazło się ich sporo, łącznie z wokalami wujaszka, który specjalnie przyjechał z Niemiec, żeby je zarejestrować. Podobają im się też moje teksty, zwłaszcza Gabrysi. Tak więc moje akcje poszły w domu w górę.

• Często jest tak, że piosenkarze, którzy decydują się na samodzielne pisanie słów, ponoszą porażkę. W pani przypadku, po latach współpracy z najlepszymi autorami, każdy nietrafiony tekst byłby dodatkowo źle odbierany. Nie bała się pani tego?

- Trochę tak, ale bardzo chciałam to zrobić. A że właśnie przez te lata nasiąkłam dobrą polszczyzną, chyba łatwiej mi to poszło. Tym bardziej że dążyłam do upraszczania, a nie komplikowania. Chciałam powiedzieć w najprostszy sposób, co myślę.

• Skoro rozmawiamy o warstwie literackiej albumu, to muszę zapytać o jego główną bohaterkę: kakadu.

- Może na potrzeby wywiadów powinnam przygotować na temat tytułu płyty jakaś fajną anegdotkę. Bo, niestety, fakty są banalne. Po prostu w jednym z utworów na swoim demo Joachim Mencel wykorzystał charakterystyczny skat "kakadu”. I to mi się tak spodobało, że słowo stało się tytułem piosenki i całego albumu. Co więcej, inspiracją dla tworzącego okładkę plastyka był także wygląd tego ptaka.

• Płyta została pięknie, wręcz luksusowo wydana w formie książeczki z grubymi, lakierowanymi okładkami. A jest sprzedawana w kioskach. Jakoś mi to nie pasuje.

- Ale można ją także kupić w Empikach. Więc nie widzę tu problemu.

• Wiele pani rówieśniczek, koleżanek z estrady odeszło już w cień. Pani wciąż ma swoją wielką publiczność. Pani płyty wydaje się z pietyzmem, garną się do pracy przy nich najlepsi młodzi zdolni. Czuje się pani wyróżniona przez los, czy to raczej efe

- Od początku swojej drogi artystycznej budowałam wszystko na prawdzie, uczciwości i solidności. Nie szłam na skróty, nie nagrywałam niczego, żeby się przypodobać, nie splamiłam się żadną nędzną produkcją, nie naśladowałam nikogo. Wywodzę się z zespołów, które cieszyły się, że ktoś chce ich słuchać i które grały nieraz za darmo, żeby tylko sprawdzić, jak odbierana jest ich muzyka. Człowiek musi budować się powolutku. Za wielkie buty, za szybkie kroki i można przeoczyć coś ważnego.

• Jakich miała pani idoli?

- Zawsze podziwiałam i szanowałam Astrud Gilberto. Bardzo skromną dziewczynę, która została wokalistką z przypadku. A potem była wierna swojej stylistyce, niezależnie od mód. Nie próbowała dla popularności zmieniać bajki. Bardzo lubię też Jamesa Taylora, który przez kilka dekad swojej kariery pozostał sobą, niezależnie od tego, jakie trendy dominowały na rynku. To jest wzruszające i warte najwyższego uznania.


• Pani sama jest mistrzynią dla wielu młodszych piosenkarzy. Kilkoro z nich pojawiło się w rolach autorów i współwykonawców na pani dwóch poprzednich longplayach z lat 90. Tym razem obeszło się bez gości i bez eksperymentów brzmieniowych.

- Miałam po prostu ochotę na coś bardziej tradycyjnego. Na klasyczne, ładne piosenki raczej do słuchania niż do tańczenia. Może następny album będzie bardziej nowoczesny.


• Ten, mimo że nie ma na nim utworów bożonarodzeniowych, jest w sam raz na święta.

- Też mam takie wrażenie, że można go wstawić do kominka i liczyć na to, że ogrzeje.

Ewa Bem

Zaczynała w 1969 w warszawskim klubie Stodoła z zespołem Blueselka. Na początku lat 70. dołączyła do grupy Bemibek, założonej przez Aleksandra Bema i Andrzeja Ibeka. Jej kariera nabrała tempa po zdobyciu w 1972 I nagrody na Spotkaniach Wokalistów Jazzowych w Lublinie. Występowała z najlepszymi jazzmenami. Nagrała album "Be a Man” do prestiżowej serii "Polish Jazz”. W latach '90 zaskoczyła słuchaczy bardzo nowoczesnymi longami "Mówię tak, myślę nie” i "ewa.ewa”. Jej największe przeboje to: "Żyj kolorowo”, "I co z tego dziś masz?”, "Wyszłam za mąż, zaraz wracam”, "Dzień dobry, Mr Blues”, "SMS-y” i "Moda na niemiłość”. Jest żoną Ryszarda Sibilskiego, szefa firmy Endemol Polska.
  Edytuj ten wpis
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!