wtorek, 12 grudnia 2017 r.

Magazyn

• Jaki miałeś wieczór kawalerski?
- Nie bardzo miałem na niego czas. Ze Szwajcarii przyleciałem późno w piątek, a ślub był w sobotę. Uznajmy, że taką imprezą mogło być przyjęcie, jakie urządził w Zurychu Henryk Gruth z okazji swoich 50 urodzin. To jedyny polski hokeista, jaki trafił do Hall of Fame-Międzynarodowej Federacji Hokeja na Lodzie. Kiedy ja zaczynałem w GKS Tychy, Henio był najbardziej znanym zawodnikiem drużyny, kapitanem reprezentacji narodowej. Wracając do jego "50”: impreza odbyła się w polskiej restauracji pod Zurychem. Zabawa była fajna, ale, niestety, trzeba było wracać do Raperswilu na trening ...

• Twoją wybranką jest Emilia Raszyńska, modelka, Wicemiss Polonia z 1999.
- Zgadza się.

• Podobno poznałeś ją na imprezie z udziałem prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego?
- To było pięć lat temu w Warszawie na przyjęciu urodzinowym mego przyjaciela, postaci znanej w Polsce, w której brało udziałem wielu ludzi publicznie znanych, celebrities. Był także, o ile dobrze pamiętam, także Aleksander Kwaśniewski. Ponieważ impreza miała topową oprawę, uczestniczyły w niej także hostessy, dbające, by goście się nie pogubili. Chciałem wyjść na taras i łyknąć świeżego powietrza. Nagle wpłynęła przede mnie piękna dziewczyna ze słowami: "Proszę nie wychodzić, za chwile będą toasty...”. Tak poznałem Emilkę.

• I?
- Byłem zupełnie oczarowany. Starałem się już do końca party trzymać niedaleko i coś tam do niej zagadywać. Wreszcie przy pożegnaniu zapytałem o telefon, którego nie chciała mi podać, a już w żadnym wypadku zapisać. Nieco szarżując, powiedziałem, że wystarczy, iż raz usłyszę, to zapamiętam. Na co usłyszałem, że to jest numer trudny do zapamiętania. Dziewczyna szybko go podyktowała, a ja oniemiałem: był łudząco podobny do mojej szwedzkiej komórki!

• Zadzwoniłeś?
- Na drugi dzień. Z radością stwierdziłem, że: 1) nie wpuściła mnie z numerem w maliny; 2) zrobiło na niej wrażenie, że "zapamiętałem”; 3) zechce się ze mną umówić na kawę.

• Co, sprawiło, że staliście się z Emilką tak... kompatybilni?
- Emilka jest dziewczyną pełną życia i akcji. Kocha podróże i towarzystwo ludzi. Gra w tenisa, siatkówkę, pływa, jeździ na skuterze wodnym. Nie jest typem domatorki przesiadującej w kuchni. Ta właśnie potrzeba akcji sprawia, że pasujemy do siebie.

• A jak trzeba coś zrobić
do jedzenia?
- Emilka umie i lubi gotować. Czy to będą polskie naleśniki czy włoskie spaghetti, czy amerykański stek wołowy. Zdecydowanie bardziej wolimy jednak iść do jakiejś dobrej restauracji. Gusty kulinarne mamy zresztą także takie same. Nie toczymy wojen dietetycznych, zmuszając się do jedzenia sałatek pod kilkunastoma postaciami. Wspólnota talerza bardzo łączy mężczyznę i kobietę.

• Emilka studiuje w Warszawie socjologię?
- Zawsze pociągały ją nauki związane z ludzkim zachowaniem. Jest studentką socjologii w Collegium Civitas, a na dodatek tak dobrą, że zaproponowano jej stypendium w wybranym kraju europejskim. Wybrała Szwajcarię, kameralny uniwersytet w Lucernie.

• Jakie obrączki was połączyły?
- Z białego złota z firmy jubilerskiej w Raperswilu. Suknia ślubna z pracowni naszego przyjaciela Dawida Wolińskiego z Warszawy. Pojazd też raczej "standardowy”, bo mercedes. To moja ulubiona marka i symbol profesjonalnej solidności. Tak ma być w życiu, a nie jakieś wygłupy na pokaz.

• Świadkowie?
- Nasi przyjaciele. Sylwia z Toronto i Jacek z Tychów. Wybór nie był łatwy.

• Ale na ślub się spóźniliście...
- Tak. Ksiądz powiedział, że należy mi się pobyt na ławce kar... Miał rację.

• Ślub braliście w kościele Świętego Krzyża, a bawili w Marriotcie. Też jakieś specjalne powody? Sentymenty?
- Obecny ślub, choć drugi, to jednak mój pierwszy ślub kościelny. Miał to dla nas duże znaczenie. Oboje pochodzimy z religijnych rodzin. Powaga przysięgi przed ołtarzem jest inna. To także część naszej polskiej rzeczywistości. Obojgu nam taki ślub był potrzebny. Kościół św. Krzyża nadawał się do tego znakomicie. Jest po prostu piękny i wspaniale wpisany w historię Warszawy. Marriott to poniekąd mój drugi adres warszawski. Tu zawsze mieszkałem sam, a potem z Emilką, nim nie kupiliśmy sobie mieszkania.

• A twoja córka Julka też się cieszyła ze ślubu?
- Dzisiaj właśnie z nią rozmawiałem przez telefon. Julka bardzo chciała być na moim ślubie z Emilką. Podobnie wszystkiego dobrego życzyła mi moja eksmałżonka. Przylot z Kalifornii nie był jedna możliwy czasowo. A ja już w niedzielę musiałem wracać do swojej drużyny.

• Czy można uznać, że twoja kariera sportowa dobiega końca?
- Kiedy ma się skończone 35 lat, trudno się upierać, że kariera w dowolnej dyscyplinie rozwija się, a nie... zwija. Gram w hokeja od ósmego roku życia. Teraz pora kończyć. Odejść, kiedy cię jeszcze pamiętają jako w pełni sprawnego zawodnika, a nie "emeryta”. Najprawdopodobniej obecny sezon będzie moim ostatnim.

• Co potem?
- Po pierwsze, ciągle leży mi na sercu przyszłość polskiego hokeja. Uważam, że nigdy nie osiągnie on poziomu światowego, bez profesjonalnego zaangażowania szkoleniowego i prawdziwego sponsoringu. Jeżeli nie przyjdą do polskiego hokeja poważne pieniądze, nic się w nim dobrego dziać nie będzie. Wydaje mi się, że coś może będę mógł dobrego zrobić i jakoś się przydać, ale potrzebni są sojusznicy. Po drugie, będę się starał intensywniej zająć największą siecią fitness clubów w Polsce "Gymnasion”, której jestem współwłaścicielem. Mamy już niemal dwadzieścia klubów w kraju i dosłownie zalew propozycji otwierania nowych. Chcemy się rozwijać, dlatego m.in. myślimy o wejściu na warszawską giełdę. Mam propozycje ze świata mediów. Wszystko to są dla mnie nowe, ciekawe, wyzwania, których nie będą na pewno unikał. Ale po kolei...

• Jesteś światowcem. Gdzie będziesz mieszkać?
- Mam dom w Tychach, w Raperswilu, mieszkanie w Warszawie. Dużo czasu spędzam w Nowym Jorku i na Florydzie, często bywam w Szwecji. Uwielbiam Hiszpanię. Przyznaję, że im dalej w lata, tym coraz bardziej odpowiada mi bliskość Polski. Praktycznie od moich drzwi w Raperswilu do moich drzwi w Warszawie czystej podróży są... trzy godziny.

• Czy jak dotąd więcej miałeś szczęścia w życiu czy na lodzie?
- Coż, jak się nie ma szczęścia, można zostać w życiu na lodzie. A na lodzie, jak w... życiu. Na szczęście, tak naprawdę na lodzie nigdy nie byłem.
  Edytuj ten wpis
Czytaj więcej o:
Zenobiusz
Zenobiusz
Zenobiusz
(4) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Zenobiusz
Zenobiusz (9 września 2007 o 16:00) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
Szkoda, że Mariusz nie brał ślubu w Kazimierzu, gdzie parę razy byłi miasteczko polubił...
Rozwiń
Zenobiusz
Zenobiusz (9 września 2007 o 16:00) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
Szkoda, że Mariusz nie brał ślubu w Kazimierzu, gdzie parę razy byłi miasteczko polubił...
Rozwiń
Zenobiusz
Zenobiusz (9 września 2007 o 16:00) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
Szkoda, że Mariusz nie brał ślubu w Kazimierzu, gdzie parę razy byłi miasteczko polubił...
Rozwiń
Zofia Borucka
Zofia Borucka (7 września 2007 o 07:25) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
Niech im się wiedzie, jak najlepiej!
Rozwiń
Zobacz wszystkie komentarze (4)

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!