poniedziałek, 18 grudnia 2017 r.

Magazyn

Najnowoczesniejszy zakład w Polsce. Jeden z najnowocześniejszych w Europie. Tysiące zatrudnionych i świetlana przyszłość - taki był początek Odlewni Ursus. Co z niej zostało? Największe złomowisko w Polsce! Dokładnie siedem lat temu zgasł ogień w piecach odlewni.

Kolos pełen stali i żeliwa straszy mieszkańców ul. Mełgiewskiej w Lublinie.
Z wielkiej fabryki pozostały sterczące kikuty stalowych słupów, na wpół rozebrany biurowiec i wycięta w pień hala. Codziennie z terenu odlewni wyjeżdżają ciężarówki ze złomem. A i lubelscy zbieracze często zapuszczają się za ogrodzenie. Tu najłatwiej o dobrze płatny w skupach złom.

Ruina psychiczna i fizyczna

Niektórzy z nich bardzo dokładnie wiedzą, gdzie szukać cennych metali. Kilkanaście lat temu stali przy taśmach produkcyjnych i nawet przez myśl im nie przeszło, że zostaną kiedyś bez środków do życia. Dokładnie siedem lat temu, we wrześniu, zgasł ogień w ogromnych piecach hutniczych.
Odlewnia umarła. A pracę straciło ponad 1100 pracowników.
Reszta pożegnała się z zakładem dużo wcześniej.
- Dobre czasy dla odlewni? Zależy co rozumieć pod pojęciem dobre - mówi inżynier Czesław Niedźwiedź. - Pracowałem tam 20 lat. Zaczynałem jako technolog, skończyłem jako prezes. Potem mnie wyrzucili. Skończyłem jako zrujnowany człowiek. Psychicznie, fizycznie i finansowo.

Ale wcześniej była euforia.
W 1972 roku ruszyła budowa największego w Polsce, najnowocześniejszego zakładu. Cztery lata później oficjalnie otwarto zakład.
Produkcja wystartowała w 1983 roku.
- A i tak nie zrealizowano nawet połowy inwestycji - kontynuuje Czesław Niedźwiedź. - Brakowało rąk do pracy. Do Lublina zaczęli zjeżdżać fachowcy z całego regionu i nie tylko. Napływali ludzie z całej Polski. Ludzie z różnych środowisk, różnych kultur. Razem ze swoimi rodzinami i swoimi historiami.
Produkcja ruszyła pełną parą. Żeby uruchomić odlewnię, polskie władze zaciągnęły ogromny kredyt w zachodnich bankach. Pożyczyli na ten cel prawie 80 000 000 dolarów!

Pół godziny do pracy

Na ponad 50 hektarach powierzchni postawiono budynki odlewni. Dwie gigantyczne hale produkcyjne połączono betonowym łącznikiem. Uruchomiono osiem pieców hutniczych. Cztery piece o pojemności 60 ton i cztery o połowę mniejsze. W olbrzymich halach wybudowano tory kolejowe. Normalne pociągi towarowe wjeżdżały na teren hali i dowoziły złom do przetapiania.
Z tego złomu powstawały silniki.
W halach pełno było stalowych konstrukcji: stempli, drabinek, korytarzy, schodów. Tamtędy codziennie poruszali się robotnicy. Niektórzy, żeby dojść do swojego stanowiska pracy, musieli iść nawet pół godziny! Nic dziwnego, skoro na wybudowanie odlewni zużyto ponad 110 tysięcy ton stali.
Dzisiaj znakomita część tych materiałów została wycięta i sprzedana.

Mogliśmy wszystko

Odlewnia działała 16 lat. Przez ten czas zatrudnienie w fabryce znalazło ponad 10 tysięcy pracowników.
- Na początku, kiedy ruszyła produkcja, zatrudnionych było ponad 1000 osób - opowiada Czesław Niedźwiedź. - Rozwijał się eksport odlewów. Produkowaliśmy oprzyrządowanie. Zachodnie firmy zamawiały wszystko u nas, bo tylko w Lublinie czekało się na zamówienia kilka miesięcy, a nie jak w innych fabrykach nawet półtora roku. Mieliśmy piękny park maszynowy: wielki, sprawny i nowoczesny. Mogliśmy wszystko. Kwitła produkcja i miasto. Ludzie mieli pracę. To naprawdę mogło istnieć. To miało rację bytu.
Okres świetności zakładu przypada na koniec lat osiemdziesiątych.
Już dwa lata później zaczęły się trudności. Brakowało pieniędzy, a produkcja dwa razy została wstrzymana. Kilka razy elektrownia odcięła prąd odlewni. A dostawa prądu do tej fabryki była porównywalna z dostawą prądu dla całego miasta.

Koniec

Aż przyszedł rok 1999.
W marcu odlewnię przejęła firma z Kielc: Centrostal. Odlewnia kosztowała 8 mln złotych, ale nic już nie pomogło; nawet 23-milionowa inwestycja. Sytuacja firmy była coraz bardziej dramatyczna.
We wrześniu ponownie odłączono prąd.
W grudniu zaczęto zwalniać pracowników. Rok później zakład został postawiony w stan likwidacji.
- To była tragedia. Rozdzieranie, niszczenie, degradacja - wspomina z żalem Czesław Niedźwiedź. - Ten zakład naprawdę nie powinien upaść. Komuś na tym musiało bardzo zależeć. I nikt nie pomyślał o ludziach. Teraz, kiedy ich spotykam, płaczą. Pracują w Holandii, albo w Norwegii u naszych dawnych kontrahentów. Warunki mają tam okropne: niedługo wróci jeden z nich - poparzony, bez nóg. W naszej odlewni takie wypadki się nie zdarzały.
Ale odlewni Ursus już nie ma
  Edytuj ten wpis
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!