poniedziałek, 21 sierpnia 2017 r.

Magazyn

Opowieść o dobrym człowieku

Dodano: 15 marca 2006, 20:20

Imię i nazwisko: Oleg Szymonowicz. Wiek: 52 lata. Narodowość: ukraińska. Miejsce zamieszkania: Stara Lisznia na Wołyniu. Wykształcenie: wyższe. Zawód: lekarz neurolog. Znaki szczególne: szlachetność i uczciwość.

– Nie zrobiłem nic nadzwyczajnego. Postępowałem zgodnie z sumieniem – mówi Szymonowicz, człowiek niezwykłej skromności.
Ale nie za skromność doceniło go dwóch polskich prezydentów. I nie za skromność został odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi.

Ja, Szymonowicz

Ojciec był górnikiem. Zginął w wypadku samochodowym, gdy Oleg miał 7, a jego brat 12 lat. Zostali tylko z matką. – Mama skazała: „Budte lud’my, robit’ dobro” – wspomina po latach.
Kazała się im też uczyć. – Na mamy plecach zdobywaliśmy wykształcenie – mówi Oleg, który, podobnie jak starszy brat, skończył medycynę. – Jesteśmy jej za to wdzięczni. Kochamy ją i szanujemy.
Na początku lat 90., gdy Ukraina stała się niepodległym krajem, Oleg postanowił wystartować w pierwszych demokratycznych wyborach samorządowych. Uzyskał świetny wynik i został przewodniczącym Rady Rejonowej w Iwaniczach.
W tym samym czasie w pierwszą po 50 latach podróż w rodzinne strony wybrał się z Zamościa Stanisław Filipowicz. Urodził się w Porycku (obecnie Pawliwka) na Wołyniu. 11 lipca 1943 r. banda UPA otoczyła tamtejszy kościół pw. Trójcy Świętej i Michała Archanioła i zamordowała ok. 200 Polaków. Wśród nich była matka, dwie siostry i siostrzenica Filipowicza. Jemu cudem udało się uniknąć rzezi.
Co zastał pół wieku później? – Zmieniło się wszystko – wspomina. – Zburzono wszystko co polskie: kościół, szkołę, pałace hrabiego Czackiego, nasze domy, nasze ulice...
Na całkowicie zniszczonym cmentarzu katolickim było wysypisko śmieci; właśnie zaczynały się prace budowlane przy nowym młynie. Filipowicz postanowił, że zrobi wszystko, by uratować cmentarz od całkowitej zagłady.

Pod jabłonką

Chciał uporządkować dawną nekropolię, ogrodzić, postawić krzyż i poświęcić. Ale przede wszystkim trzeba było powstrzymać budowę młyna. – Na moje prośby i protesty władze gminne były głuche – przyznaje Filipowicz.
W 1993 roku pan Stanisław pojawił się w Iwaniczach, w siedzibie władz rejonowych, którym podlegał Poryck. Urząd był zamknięty na cztery spusty, ale... – Nie miałem zamiaru rezygnować. Ustaliłem, gdzie mieszka Szymonowicz i ruszyłem do Starej Liszni.
A ten właśnie siedział sobie w sadzie. – Patrzę, a tu podjeżdża samochód na polskich numerach – opowiada ówczesny szef rady miejskiej. – Pytają o mnie, no to schodzę z jabłoni. Trochę mi głupio było, bo mam na sobie jakieś stare portki i soroczkę. Zaprosiłem ich do mieszkania.
Zrobił herbatę, zaczęli rozmawiać. – Mówię: „Panie Filipowicz to, panie Filipowicz tamto”. Mama to usłyszała. Podchodzi i pyta: „A kto dla pana bude Marysia Filipowicz?” Pan Stanisław natychmiast odstawił filiżankę: „A skąd pani zna moją rodzoną siostrę?”.

Trzy krzyże

Okazało się, że przed wojną były najlepszymi przyjaciółkami, chodziły do jednej klasy i prawie się nie rozstawały. Jak to przyjaciółki. Filipowicz i mama Szymonowicza długo wspominali stare, dobre – bo sprzed 1943 roku – czasy.
Lepiej być nie mogło. Filipowicz i Szymonowicz wsiedli w samochód i pojechali do Porycka. Tu szef rady miejskiej natychmiast kazał zlikwidować wysypisko śmieci i wstrzymać budowę młyna, o którego lokalizacji zadecydowały jeszcze władze sowieckie.
Cmentarz ogrodzono. Na środku stanęły trzy duże krzyże. Szymonowicz przekonał też prokuratora do wydania pozwolenia na ekshumację szczątków Polaków zamordowanych w Porycku i okolicach. Spoczęły na poryckim cmentarzu.

Pionierzy pojednania

Na wniosek Filipowicza prezydent RP nadał Szymonowiczowi Złoty Krzyż Zasługi. Oznaczenie wręczył mu 7 marca w Iwaniczach konsul generalny RP w Łucku. – Wielką sztuką jest zrobić coś dobrego, ale jeszcze większą jest zrobić to po raz pierwszy – powiedział konsul Wojciech Gałązka i nazwał Filipowicza oraz Szymonowicza pionierami polsko-ukraińskiego pojednania.
Ale władze rejonowe Iwanicz nie zaprzątały sobie zbytnio głowy całą uroczystością. Dla nich ważniejsze było święto kobiet i akademia w domu kultury.
Ale dzięki temu Szymonowicz mógł zaprosić wszystkich na obiad. Bo dla niego była to wielka chwila. – Tę koszulę zakładam tylko na wyjątkowe okazje – to „ukraińska wyszywanka”, pełna biało-czerwonych wzorów. – Jeszcze mama mi ja wyszyła...
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!