sobota, 21 października 2017 r.

Magazyn

Na śniegu leżała martwa wilczyca. Przy jej zwłokach czuwał basior San. - Był w takiej depresji, że nie przestraszył go nawet widok ludzi - mówi Wojciech Śmietana, badacz bieszczadzkich wilków. San siedział skulony pod świerkami, kilka metrów od wadery. Czuł zapach zbliżających się obcych, słyszał ich ciężkie oddechy i kroki. I ani drgnął. Dopiero po chwili odwrócił głowę i spojrzał im w oczy...

2 listopada, Lutowiska. Dr Wojciech Śmietana, pracownik Instytutu Ochrony Przyrody PAN w Krakowie, śledzi na monitorze komputera ruchy badanego telemetrycznie wilka. Zauważa, że bardzo zazwyczaj aktywny San, od kilku dni nie zmienia lokalizacji. Naukowiec ma złe przeczucie: San wpadł w sidła.
Śmietana wskakuje do swojej nivy i jedzie go szukać.

Gdzie jest wilk?

- Wiedziałem, że dwa dni wcześniej wataha przeszła spod Suchych Rzek na grzbiet Otrytu - opowiada. - 1 listopada wieczorem wilki stamtąd odeszły, jednak w pobliżu Sękowca San się zatrzymał.
Pierwszego dnia poszukiwań Śmietana dotarł w rejon, z którego nadawał sygnały wilk. Chciał iść dalej, lecz padający gesty śnieg uniemożliwiał tropienia. Przy drodze do Zatwarnicy odnalazł resztki zabitej przez watahę łani.
Nazajutrz jeszcze raz sprawdził lokalizację basiora: nie zmieniła się. Po południu wraz ze swoim asystentem Olivierem Kintsem, belgijskim leśnikiem, ponownie ruszył w teren. Tuż przed zmrokiem, dwa kilometry od Sękowca, dostrzegli skulonego pod świerkami Sana. Wpatrywał się w jeden punkt, niemal bez ruchu.
- Byłem tym mocno zdziwiony - opowiada Śmietana. - Zobaczyłem leżącą nieopodal martwą wilczycę, zrozumiałem: czekał, aż ona wstanie...
San przez chwilę patrzył na ludzi. Potem ze spuszczonym łbem odszedł w głąb lasu. - 18 lat zajmuję się wilkami, ale coś takiego widziałem pierwszy raz.

Złapani w sidła

Doktor podchodzi do wilczycy. Wykonuje serię zdjęć, robi wstępne oględziny. Zwierzę nie ma śladów po kuli ani innych okaleczeń. Lekarz weterynarii Szymon Skiba przeprowadza sekcję zwłok. Wynik: opuchlizna płuc. Śmietanę zastanawiają jednak okoliczności, w jakich zginęła wadera. Wraca do lasu.
- Ostatnie dni były ciepłe, śnieg stopniał, więc wzrosła szansa na szczegółowe zbadanie miejsca, w którym natrafiłem na obydwa wilki - tłumaczy. - Chciałem się przekonać, czy czegoś nie przeoczyłem.
20 metrów od miejsca śmierci wadery biolog odnalazł zabitą łanię. Była przykryta jedliną, leżała co najmniej kilkanaście dni. Na szyi miała ślad po stalowej lince. - Pomyślałem, że skoro łania wpadła w sidła zastawione przez kłusownika, to mogła w nie złapać się także wilczyca i stąd ta opuchlizna płuc - opowiada.
Wrócił do Lutowisk; ponownie obejrzał zdjęcia wadery. Na jej karku dostrzegł ślad po lince. Następnego dnia jeszcze raz przeczesał zagajnik. Nieopodal miejsca znalezienia martwych zwierząt dostrzegł krąg wydeptanej ziemi, połamane i zgryzione gałęzie drzew, wilczą sierść i krew. - To tam wilczyca szarpała się na wnyku - twierdzi Śmietana. - Umierała godzinami.
Nie miała szans zerwać z karku stalowej linki. Zdjął ją dopiero kłusownik i odciągnął zwierzę w zarośla. Z jakichś powodów zostawił również łanię. - Może ktoś go spłoszył? - przypuszcza biolog.

Test DNA

San mógł wszystko widzieć. Mógł też obserwować poczynania kłusownika. Ale dlaczego przez trzy doby siedział niemal bez ruchu i nie połakomił się na mięso łani? - Wydaje mi się, że z powodu utraty towarzyszki z watahy popadł w depresję - uważa Wojciech Śmietana. - Wadera mogła być jego młodszą siostrą lub córką. Pewny będę dopiero po analizie DNA. Próbki materiału wysłałem do laboratorium genetycznego w Krakowie.
San jest dla naukowca skarbem. Ma cztery lata, od pół roku nosi obrożę z odbiornikiem GPS i modemem GSM (telefonem komórkowym). Dzięki sms-om wysyłanym do stacji odbiorczej w Lutowiskach, Śmietana zawsze wie, gdzie wilk jest i ile kilometrów przeszedł w ciągu doby. I nagle 19 listopada basior znika z pola "widzenia”. Obroża nie emituje sygnału radiowego, przestaje wysyłać sms-y.
San poruszał się na przestrzeni 160 km kwadratowych. Od kiedy dr Śmietana zaczął stosować w badaniach technologię GPS/GSM, regularnie dostawał od basiora sms-y. - Do mojej stacji przychodziły wiadomości o miejscu pobytu wilka z dokładnością do 6 metrów - tłumaczy.

Pewności nie ma

Skoro ta komunikacja przestała działać, to albo San znalazł się poza zasięgiem odbiorników GSM, albo podzielił los wadery. W poszukiwaniu wilka bieszczadzki biolog przejechał setki kilometrów. Nie trafił choćby na szczątkowy ślad. - W końcu tknęło mnie, żeby jeszcze raz pójść w miejsce, gdzie pilnował zabitej wilczycy - opowiada. - Przeczesałem zarośla, obejrzałem każde drzewo i pobliskie wąwozy. W pewnym momencie zauważyłem coś, co wcześniej uszło mojej uwagi.
Przyrodnik odkrył, że w listopadzie nie tylko łania i wadera wpadły w zastawiony przez kłusownika wnyk, lecz prawdopodobnie także San. - Musiał długo się szarpać z zaciskającą się na jego karku linką, świadczy o tym sierść na krzakach i zdeptana roślinność - mówi. - Życie uratowała wilkowi obroża, która uchroniła go przed werżnięciem się linki w szyję. Ale w trakcie szamotaniny została najpewniej uszkodzona i dlatego przestała nadawać sygnały.
Czy to znaczy, że San żyje? - Pewności nie mam - przyznaje naukowiec. - Odpowiedź dadzą być może badania wilczych odchodów, które regularnie zbieram na swoim terenie. Trzeba w nich poszukać kodu DNA Sana.

Przekroczył granicę

Kim jest kłusownik? Jak go dopaść? Skoro ściągnął ze schwytanych zwierząt sidła, to zastawi je ponownie. Niemal na pewno wpadnie w nie kolejne zwierzę i zdechnie w męczarniach, bez szans na ratunek.
Tak jak inne wilki: - Łopienkę z pewnością zabił kłusownik, Siwarna i Hnat przepadły razem z obrożami po tym, jak wielokrotnie żerowały na padlinie wyłożonej pod myśliwską amboną. - mówi Śmietana. - Najdłużej śledzony był Dwernik, ale gdy utracił wszystkich kompanów z watahy, rozpoczął wędrówkę na południe, wzdłuż granicy ukraińsko-słowackiej i w końcu straciłem z nim kontakt.
  Edytuj ten wpis
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!