niedziela, 17 grudnia 2017 r.

Magazyn

Pęknięte dusze

  Edytuj ten wpis
Dodano: 12 kwietnia 2006, 21:27

Do tego domu prowadzą lekkie, drewniane drzwi. Mają klamki z obu stron. Są w nim duże okna. Bez krat. Nie ma tu lekarzy, ani sanitariuszy. Jest za to kominek, dużo kwiatów i przestronny taras. Tutaj swoje życie budują na nowo ci, którzy trochę się w nim pogubili. Przez schizofrenię

Grażyna podaje malinową herbatę w filiżankach, które sama kupiła. Ustawia je na koronkowej serwecie. - Lubię, żeby w domu było ładnie. Zawsze lubiłam.
Za takimi kobietami mężczyźni oglądają się na ulicy. Zgrabna sylwetka. Jasne, falujące włosy i staranny makijaż. Miły uśmiech.
Tylko smutne oczy zdradzają, że Grażyna od kilkunastu lat zmaga się z chorobą.

Kto by słyszał o takiej chorobie?...

- Pewnego dnia straciłam pamięć. Tak po prostu. A potem był jeden wielki smutek. Nie wiedziałam, co się ze mną dzieje, bo kto by słyszał o takiej dziwnej chorobie? Wcześniej byłam wesoła, cieszyłam się z życia. A pewnego dnia to wszystko zwyczajnie się skończyło.
Grażyna pracowała wtedy jako kelnerka "Pod Basztą”. Lubiła swoją szefową, klientów, koleżanki. Znakomicie czuła się wśród ludzi.
- Szkoda mi tej pracy.... - zamyśla się Grażyna. - Ale jak przyszła choroba, musiałam odejść z kawiarni. Gubiłam się w pieniądzach, chodziłam smutna, nieswoja. Nie radziłam sobie po prostu.
Grażyna choruje od 18 lat. 11 razy była w szpitalu. Ma dwoje dzieci, ale kiedy zachorowała, nie była w stanie się nimi zajmować. Rozstała się z mężem. Z jej poprzedniego życia - poza wspomnieniami - nie zostało już nic.
Od prawie dwóch lat Grażyna mieszka w hostelu i, jak mówią inni mieszkańcy, jest jego dobrą duszą. - To teraz mój dom - mówi Grażyna. - Nie mam innego.

Wstęp do normalności

Hostel powstał w Lublinie w lutym 2004 roku. Tutaj mieszkają osoby, które wyszły ze szpitala psychiatrycznego, ale z różnych powodów nie mogą lub nie powinny jeszcze wracać do swoich rodzinnych domów. Bo na przykład nie mają tam szansy na terapię psychiatryczną.
- Jest po to, żeby chorzy mogli przebywać z innymi ludźmi w tzw. normalnych warunkach. Nauczyli się samodzielnie żyć, brać za siebie odpowiedzialność. To bezpieczny wstęp do dalszego życia - wyjaśnia dr Artur Kochański, prezes Lubelskiego Stowarzyszenia Ochrony Zdrowia Psychicznego.
Hostel, w którym mieszka 8 osób i Ośrodek Wsparcia "Serce”, przez które w ciągu miesiąca przewija się ok. 100 chorych prowadzone są w ramach tego właśnie stowarzyszenia. Działają w duchu psychiatrii środowiskowej: poza szpitalem, ale w ścisłym związku z lekarzami i terapeutami. Bez izolacji od życia

Dzień jak co dzień

Tutaj samemu trzeba dbać o porządek. Gotować, robić zakupy i naprawiać kran, jak się zepsuje. Jeśli ktoś pracuje - codziennie idzie do pracy. Jeśli się uczy - wychodzi do szkoły. Inni chorzy uczęszczają na terapię do oddziału dziennego lub środowiskowego domu samopomocy. Tu nie ma czasu na nudę, rozpamiętywanie swojej choroby. Trzeba zadbać o siebie, a jeśli zajdzie taka potrzeba, to i o innych. - Widzimy, kiedy ktoś ma słabszy dzień. Przypominamy o lekach. Jak trzeba, dzwonimy po naszego pana doktora - mówi Grażyna.
Raz w tygodniu mieszkańcy spotykają się na tzw. zebraniu społeczności, które prowadzi psycholog Anna Zaborska. - Rok mieszkałam w hostelu i opiekowałam się jego pierwszymi mieszkańcami. Dzięki temu, że razem prowadziliśmy nasz dom, powstała między nami wyjątkowa partnerska więź. Wracam tu z przyjemnością.

Tylko chory

Ta choroba potrafi zabrać wszystko, mówią ci, którzy jej doświadczyli. Rodzinę, pracę, najdrobniejszą przyjemność, jaką daje życie. Wspomnienia i marzenia. Burzy najpiękniejszą miłość. Niszczy karierę.
Nieważne, czy jesteś kelnerką, lekarzem, czy nauczycielem.
Nagle, z dnia na dzień, jesteś już tylko chory. A razem z tobą choruje cała twoja rodzina.
Do Ośrodka Wsparcia "Serce” często ze swoimi dorosłymi dziećmi przychodzą ich rodzice.
Ręka w rękę; skurczeni bólem, strachem i wstydem.
Przepełnieni monstrualnym poczuciem winy. Bezsilni z niewiedzy i niezrozumienia. - Im też trzeba pomóc - mówi dr Kochański. - Uspokoić, wesprzeć, poradzić. Nauczyć ich żyć z tą chorobą.

Nigdy tego nie pojmiemy

Zofia i Jan nie spotykają się z przyjaciółmi. Rodzina rzadko u nich bywa. Od kiedy ich córka zachorowała (choć starają się nie wymawiać tego słowa; wolą mówić od kiedy TO się stało) odcięli się od świata. Żeby nikt się nie dowiedział.
- Na początku, jak z Martą zaczęło się niedobrze dziać, wszyscy pytali: co ona taka smutna, nie ta sama dziewczyna. Mówiliśmy, że to zmęczenie, kłopoty w szkole. A potem już nikt nie pytał, bo gołym okiem było widać, że to coś dużo poważniejszego... - opowiada Zofia.
Marta była w klasie maturalnej. Wzorowa uczennica. Wesoła, ciekawa świata. I nagle: jakby zawalił się na nią stalowy dach. - Włóczyłam się po ulicach. Przestałam jeść. Przestałam się myć. Wydawało mi się, że w ogóle przestałam żyć - wspomina Marta.
Teraz dziewczyna wyszła ze szpitala, bierze leki. Miewa lepsze i gorsze dni. - Ale nigdy nie będzie już tak, jak kiedyś... - szepcze Jan. - To jakaś kara dla nas, czy co?!...
Takim rodzicom, jak Jan i Zofia dr Kochański tłumaczy, że nikt tu nie jest winien: ani oni, ani ich dziecko. I że z tym można normalnie żyć. O ile da się choremu taką możliwość.

Odbudować więź

Hostel kilka miesięcy temu opuściła Urszula, która na schizofrenię zachorowała nagle 14 lat temu. Miała już wtedy męża i troje dzieci. Przebieg choroby był bardzo gwałtowny i Urszula raz po raz wracała do szpitala. Nie chciała widzieć swoich bliskich.
Po kolejnym pobycie w szpitalu trafiła do lubelskiego hostelu. - Po 2 miesiącach pobytu tutaj pierwszy raz pojechała do swojej rodziny - wspomina dr Kochański. - Po roku odważyła się u nich przenocować. Coraz częściej bywała w domu, gotowała, sprzątała, zajmowała się dziećmi. To odnawianie więzi trwało rok. Do domu wróciła najpierw na próbę; trzymaliśmy jej miejsce. Ale udało się. Od trzech miesięcy Urszula jest ze swoją rodziną.
Miejsce Urszuli zajął Michał. Kilka miesięcy temu wyszedł ze szpitala i nikt, kto nie zna jego historii, nie powiedziałby, że Michał miał problemy ze swoją psychiką. - Co mi było? Coś jak z "Truman Show”. Wydawało mi się, że jestem obserwowany i takie tam... - opowiada niechętnie.
Michał ma 23 lata. Jest ślusarzem. Marzy o tym, żeby się ożenić, mieć dzieci i zobaczyć kawałek świata. Zwykłe marzenia młodego mężczyzny. - Ale czy ja w ogóle znajdę pracę? Kto mnie zatrudni? - pyta retorycznie Michał.

Marzę o takim hotelu

W Krakowie jest już takie szczególne miejsce, gdzie chorzy na schizofrenię mogą żyć i pracować z innymi ludźmi. To trzygwiazdkowy hotel „U pana Cogito”. Prowadzą go ludzie po kryzysach psychicznych. Ten hotel to ich miejsce pracy, które daje poczucie przynależności do świata tzw. zdrowych ludzi. Uczy zaradności, daje pewność siebie. – Pewnie, że marzę o takim hotelu w Lublinie – podchwytuje dr Kochański. – Chciałbym, żeby był na Starówce. Jestem przekonany, że miałby komplet gości.
Na razie jest hostel – i to już coś. Milowy krok w porównaniu z tym, co było jeszcze kilkanaście lat temu. Kiedy schizofrenia była jak wyrok dożywotniej samotności.
Jutro mieszkańcy hostelu rozjadą się na święta do swoich domów. Tych rodzinnych. To będzie kolejny krok, który ma im pomóc wrócić tam, skąd choroba wyprowadziła ich w trudne, bolesne rejony. Niedostępne dla innych.
Mówią o sobie: popękane dusze. Każde pękniecie to nawrót choroby. Ale te pęknięcia zrastają się, czasem znikają na zawsze. Od tego jest medycyna. Oraz inne piękne i mądre dusze.
Oby tylko były blisko, na wyciągnięcie ręki.
Magdalena Bożko
  Edytuj ten wpis
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!