sobota, 10 grudnia 2016 r.

Magazyn

Po drugiej stronie radia

Dodano: 20 czerwca 2002, 17:48

Wojciech Kanadys, Edyta Łysiak i Małgorzata Żurakowska (na drugim planie) w R2, czyli reżyserce
Wojciech Kanadys, Edyta Łysiak i Małgorzata Żurakowska (na drugim planie) w R2, czyli reżyserce

Dla radiosłuchacza dziennikarz to przede wszystkim głos. Zwykle spokojny i rzeczowy, ale czasem łamiący się z emocji. Na przykład wtedy, gdy trzeba przekazać informację o tragedii w Nowym Jorku, a na Manhattanie mieszka ktoś bliski. Albo gdy dziecko ginie
w wypadku. Albo gdy powodzianie czekają na ratunek. Głos dziennikarza radiowego gra w wyobraźni słuchacza. Reszta może ukryć się w komforcie anonimowości

Kto pamięta, że w tym samym roku, w kamienicy przy ul. Chopina w Lublinie pojawiło się radio "Pszczółka”? Stanisław Fornal opisuje tę rozgłośnię bez szczególnego entuzjazmu. Czego się jednak można było spodziewać w owych czasach?

Jaka demokracja - takie radio

Historię lubelskiej radiofonii przyjęto więc rozpoczynać od pojawienia się Adama Tomanka. W "Antenach nad Bystrzycą” przedstawiono to tak: Radiowęzeł miejski ulokowano w piwnicy budynku przy Krakowskim Przedmieściu 30. Poziom audycji trwających godzinę dziennie odpowiadał podobno poziomowi umiejscowienia bazy nadawczej. Rozpoczęto więc poszukiwania kogoś odpowiedniego do mikrofonu. Znaleziono go w osobie smukłego, ciemnowłosego studenta UMCS, który miał już za sobą pewne doświadczenia z pracy w kółku radiowym Liceum Handlowego im. Vetterów, a ponadto po amatorsku muzykował i recytował. 15 maja 1949 roku dano mu na piśmie angaż na stanowisko spikera-biuralisty. Młodzieniec ów nazywał się Adam Tomanek.
Jednak dopiero 20 września 1952 roku mógł wygłosić inauguracyjne "Tu Polskie Radio Lublin”. Później były przemówienia, muzyka, a wszystko z taśmy. Nic na żywo. Jaka demokracja - takie radio. Każde słowo musi być rozważone, autoryzowane, ocenzurowane. Takie były czasy.
I takie anegdotki:
1 maja, galówka na placu Litewskim, reporter rozpoczyna relację: - Piękną mamy dziś pogodę, wokół świeżą zieleń, ulice wspaniale udekorowane. Na frontonie poczty głównej wiszą przywódcy ludowego państwa... Nie kończy relacji, ponieważ podchodzą doń obywatele w charakterystycznych prochowcach. Prawda - nieprawda, ale zabawne. I wyjaśnia bezpieczną zasadę emitowania programów nagranych wcześniej na taśmę.

Radiowcy pielęgnują tradycję

- To magnetofon Mistrza - mówi Magda Grydniewska, z atencją pokazując zabytkowe urządzenie, bo wiadomo, że Mistrz to Adam Tomanek. - Jeszcze go używa, on jeden, reszta dziennikarzy korzysta z elektronicznego zapisu dźwięku na dyskietkach i przetwarzania go na komputerach.
Bezpieczny status stacji państwowej i jedynej minął. Teraz

trzeba powalczyć o słuchacza.

Wie o tym i prezes, i młodzi reporterzy. Muszą być nowocześni, muszą działać szybko, a przy tym sprostać oczekiwaniom słuchaczy i reklamodawców. Chcą muzyki rodem z "barachołki” - no to ją mają. Budka Suflera odeszła ze "Snów o dolinie” w stronę dyskoteki. Co i rusz słychać piosenkę: "To ja, to dla ciebie gram, Radio Lublin.” Każdemu według potrzeb. Dzieciom - "Jasiek”, kibicom - sport, intelektualistom - wyrafinowana muzyka i literatura, wszystkim - informacje.
- I ile można się w naszej pracy nauczyć! - cieszy się Magda Grydniewska. - Ja, na przykład, dowiedziałam się ostatnio, że zwykły chrabąszcz majowy nosi naukową, pięknie brzmiącą nazwę Melalontha-melalontha.
Jak mówią jej koleżanki, nie jest sztuką zrobienie dobrej informacji z wielkiego wydarzenia. Wystarczy być w odpowiednim czasie w odpowiednim miejscu. Sztuką jest interesujące przedstawienie spraw nie mieszczących się w kręgu wielkich zdarzeń. Takich jak ta, że w puławskich "Azotach” pojawiły się gęsi gęgawy i inne ptaki, co oznacza, że zakład rzeczywiście nie zanieczyszcza środowiska. Do tego jednak trzeba mieć zaprzyjaźnionego inżyniera z wykształcenia i ornitologa z zamiłowania - Stanisława Iwańczuka.
- Ratuje nas to, że jesteśmy prowincją, radiem regionalnym, na które nie ma politycznych nacisków - twierdzi Ania Strycharzewska. - I nie ma tu takiej wielkiej presji jak w innych, większych ośrodkach, gdzie konkurencja wyzwala wrogość między dziennikarzami.

U nas jest jeszcze spokojnie.

Być może rodzinna atmosfera bierze się stąd, że w rozgłośni lubelskiej pracowali dziennikarze połączeni nie tylko węzłami zawodowymi: Bieniaszkiewiczowie, Borowikowie, Brzezińscy, Chromcewiczowie, Frycowie, Gołofitowie, Kanadysowie, Olkowie, Rogowscy, Stypułowie, Tyzyńcowie, Wierzchoniowie i Wolscy.
A może ta atmosfera trwa dlatego, że - jak każdy porządny dom - rozgłośnię również otacza piękny ogród, dowodzący swą urodą, że poprzedni prezes, Janusz Winiarski, ma duszę nie tylko radiową, ale i ogrodniczą? A może dlatego, że radio, mimo różnych historycznych okoliczności, potrafi pielęgnować tradycję i szanować Mistrzów?
Adam Tomanek wciąż ma swój, zabytkowy już, magnetofon. Może nawet zachowały się gdzieś kable, po które na kraniec Polski leciał samolotem we mgle radiowiec i pilot Tadeusz Tłuczkiewicz...
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24

CENEO