poniedziałek, 21 sierpnia 2017 r.

Magazyn

Słyszę oczami

Dodano: 1 marca 2006, 19:46

Skończyła podstawówkę, potem "Żeromszczaka” w Nałęczowie. Po maturze miała dylemat: Akademia Sztuk Pięknych czy ekonomia? Tata doradził, że najpierw trzeba zarobić na buty, a potem malować dla przyjemności. Skończyła ekonomię na UMCS
i jeszcze bibliotekoznawstwo w Krakowie. Dziś pracuje w bibliotece, jeździ samochodem i, tak jak marzyła, maluje. I o wszystkim opowiada. Ale trochę niewyraźnie, bo nie słyszy...

Za oknem zimowy poranek, a w przytulnym mieszkaniu już lato. Na ścianach wiejskie pejzaże, słomiane dachy, zieleń drzew i nadmorskie plaże namalowane przez Teresę Poniatowską.
Elegancka szatynka w okularach wkłada biały fartuch i maluje żółte tulipany, nim stracą świeżość. Gdy pochyla się nad sztalugą i dotyka pędzlem płótna, zaczyna zapisywać kolorowymi plamami farb swój świat.

Okrutna diagnoza

Teresa urodziła się zdrowa.
- Gdy przywieźliśmy ją ze szpitala do domu słyszała. Była czujna, reagowała na dźwięki. Potem, po szczepionce przeciwko gruźlicy wdało się zakażenie: ropowica. Szpital, operacja, leczenie i streptomycyna; antybiotyk - wspomina dramatyczne wydarzenia sprzed 50 lat Anna, mama Teresy. - Doszło jeszcze zapalenie ucha. Po powrocie do domu zauważyliśmy z mężem, że nie reaguje tak, jak wcześniej na dźwięki. Okazało się, że nie słyszy...
Nieuleczalna choroba dziecka. Diagnoza brzmiąca jak wyrok. Zostaje bezradność, żal, złość, rozpacz, płacz w poduszkę i myśl niespokojna: "Co dalej?”. Matka Teresy zaczęła walkę.
Początki były trudne. Jak u dziecka, które nie słyszy mowy, obudzić potrzebę mówienia? Jeździły do Warszawy na lekcje mówienia. Po nich systematyczne ćwiczenia w domu. Było ciężko, ale ćwiczenia i niezwykły upór z czasem dawały efekty. Pierwsze wypowiedziane samogłoski. Potem upragnione "ma-ma”. I ciągła walka o każdą nową głoskę, nowe słowo.
- Pamiętam zeszyt, w którym mama naklejała różne obrazki i podpisywała je, początkowo jednym wyrazem. - opowiada o tamtych dniach Teresa. - Przedmioty codziennego użytku, ubrania, rośliny, zwierzęta, kolory... tak poznawałam słowa. Później w rehabilitacji mowy przerabiałam elementarz.

Czytam ludzi

Rodzice byli wymagający i traktowali ją jak zdrowe dziecko. Teresa miała słyszące koleżanki. Teresa nauczyła się pływać, jeździć na łyżwach, wrotkach i tańczyć: - Lubię tańczyć. Muzykę wyczuwam dzięki wibracji powietrza i podłogi. Gdy gra głośna muzyka, podłoga drży. Podobnie, gdy przejeżdża duży samochód, dotykając szyby czuję drżenie.
Ale najważniejszy jest wzrok. Oczy to jej źródło poznania i zrozumienia.
Jej pogodne, bystre oczy śledzą każdy ruch ust. Każda głoska jest błyskawicznie rozpoznawana, składana w wyraz, a wyrazy w zdania. Czyta z ust. Nauczyła się tego spontanicznie. Rodzice dużo do niej mówili, pokazywali narysowane odpowiedniki słów. - Terenia "słyszy oczami”. To nasz domowy detektyw - mówi mama. - Czasem, gdy przez telefon skarżę się na zdrowie, muszę się dobrze zasłonić, by nie widziała, co mówię. Ale przed nią i tak nic nie da się ukryć - uśmiecha się wpatrzona w córkę.
Teresa potrzebuje tylko dobrego miejsca do "czytania” człowieka: - Twarz rozmówcy musi być odpowiednio oświetlona. Światło nie może padać za człowiekiem, bo rysy twarzy i ruchy ust są zacienione. Trudno też mi czytać z ust osoby, która ma wąsy albo zbyt duże zęby, czy braki w uzębieniu. Wtedy jest trudno. Lubię, gdy mówi się do mnie normalnie, nie za wolno, ale i nie za szybko.

Terenia nie słyszy?!

Rozmawiając z Teresą Poniatowską można zapomnieć, że nie słyszy. Znajomi też czasami zapominają.
- Kiedyś w pracy jedna z koleżanek córki z niedowierzaniem mówiła o niej: "To Terenia nie słyszy?! Nawet nie wiedziałam” - wspomina pani Anna. - Teraz to córka się nami opiekuje. Wozi samochodem na zakupy, pomaga... Warto było dla niej poświęcić tyle czasu i miłości. Teresa dostosowała świat do siebie. Zamiast sygnałów dźwiękowych używa świetlnych. Ma lampkę z dźwiękiem, którą w razie potrzeby alarmuje osobę w drugim pokoju. Samodzielne poranne wstawanie do pracy ułatwia jej elektroniczny budzik ze światełkiem. A zapalające się w pokoju czy kuchni lampki sygnalizują, że ktoś puka do drzwi. Dla bezpieczeństwa przydałby się jeszcze wideodomofon, bo nie wiadomo, kto jest po drugiej stronie.
- Nie mam większych problemów w porozumiewaniu się. Teraz tyle się zmieniło... Jest więcej samoobsługowych sklepów, więc z zakupami nie ma problemu. Od 25 lat jeżdżę samochodem. Mam trzy lusterka, więc widzę, co się dzieje. Piszę esemesy, maile i już nie czekam tygodniami na odpowiedź.
Nie tylko najnowsze technologie integrują Teresę ze światem słyszących. Praca w bibliotece też. - Każde spotkanie z nową osobą jest dla mnie jednocześnie nauką i dalszym ćwiczeniem w rozumieniu mowy z układu ust - tłumaczy pani Teresa. - Zdarzają się jednak takie sytuacje, że kogoś nie zrozumiem, wówczas w konwersacji pomaga mi przygotowany długopis i kolorowy papier.

Nie miga

Ale najdziwniejsze jest to, że pani Teresa... nie zna języka migowego. - Dopiero podczas wycieczki do Włoch uświadomiłam sobie, że przydałby mi się język migowy. Przewodniczka mówiła po polsku, a ja miałam migać niesłyszącym. Niestety, nie mogłam im pomóc - wspomina pani Teresa.
A skoro już o wycieczcie do Włoch mowa: Teresa Poniatowska przemierzyła wszerz i wzdłuż całą Europę. - Gdy miałam 11 lat, moi rodzice kupili skodę i postanowili pokazać mi najcenniejsze zabytki. Zwiedziłam znane wystawy i muzea w Krakowie, Lublinie, Poznaniu, Berlinie, Kolonii, Pradze, Wiedniu, Malmö, Kopenhadze, Paryżu, Rzymie, Watykanie, Wenecji, Atenach i Stambule - wylicza Teresa

N jak napisy

Podróże, książki, taniec... to nie wszystko, bo są jeszcze filmy, które Teresa ogląda pasjami. Na szczęście jest telegazeta z napisami, więc mama nie musi już streszczać wszystkiego. Chyba że chodzi o "M jak miłość”. - Pół roku temu napisałam do telewizji, dlaczego tak popularny serial nie jest wyświetlany z napisami? I czy się to zmieni? Nikt, niestety, nie odpowiedział.
A w wolnych chwilach Teresa Poniatowska maluje.
Zaczęło się - jakżeby inaczej - w dzieciństwie, kiedy nałęczowski malarz Jerzy Kursa pozwalał jej zaglądać do pracowni.
- Kilkanaście lat temu ciężko zachorowałam i otrzymałam roczny urlop dla podratowania zdrowia. Postanowiłam zrealizować swoje dawne marzenia. Potrzebowałam jeszcze wiedzy - opowiada nasza bohaterka. - Teorię przybliżył mi nałęczowski artysta plastyk Zbigniew Strzyżyński. Dzięki jego życzliwości znów wróciłam do prób operowania kreską i kolorem, nauczyłam się głębiej patrzeć na świat, wnikliwiej dostrzegać jego piękno.

Uśmiech

Za oknem już mrok. Herbata z sokiem malinowym wystygła, a pani Teresa cichutko mówi o kolejnym pomyśle. Cichutko, bo nie chce zapeszyć: Niebawem zaczynam nowy kurs; pszczelarski – zdradza wreszcie. – Tato ma pasiekę i chce, bym kontynuowała rodzinną tradycję. Pogodzę pszczoły i malowanie. Bo malarstwo jest dla mnie możliwością wyrażania własnych przeżyć i piękna otaczającego świata. Jest wypoczynkiem i odskocznią od problemów dnia codziennego. Żyję zgodnie z tym, co powiedział znany pisarz francuski, laureat Nagrody Nobla, Anatol France: „W naturze ludzkiej leży to, że odpoczynek po jednej pracy znajdujemy tylko w pracy innej” kończy opowieść Teresa Poniatowska z Nałęczowa. – A skąd czerpać siły? Z uśmiechu. On jest znakiem zwycięskiego górowania nad losem...
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!