piątek, 24 listopada 2017 r.

Magazyn

W ekstraklasie
nie ma już klubu, który nie miałby w swoim składzie zagranicznego zawodnika. Przyjeżdżają różni: raz lepsi, raz gorsi. Jedni są zdziwieni, drudzy wprawiają w zdziwienie.
Do Górnika Zabrze trafił nawet Japończyk - Kimitoshi Nogawa. Zakochał się w... PKP i zamiast trenować jeździł pociągami po całym kraju

Na Lubelszczyźnie najliczniejszą gwardię zagranicznych piłkarzy ma Górnik Łęczna. Aktualnie sześciu: dwóch Serbów, dwóch Chorwatów, Macedończyka i Ukraińca. A kapitańska opaska przynależy do Serba Velijko Nikitovicia. Nie wszyscy odnaleźli się tutaj tak dobrze jak on. Chorwat Ronald Siklić tęsknił za Adriatykiem. Do życia potrzebował wina, kobiet i śpiewu, a z Łęcznej do morza było tak daleko... Na dodatek lubił paradować po mieście w okazałym kabriolecie i za żadne skarby świata nie mógł zrozumieć, jak ktoś mógł mu go porysować przed nocnym lokalem.
Walerij Sokolenko też miał problemy: zdobył przepiękną bramkę z rzutu wolnego, a parę godzin później wyczyn skopiował i strzelił cegłą w okno, bo zapomniał kluczy. Przyjechała policja i zrobiła się afera.
Nieudany początek w Polsce miał Vladimir Sandulović. Po kilku minutach sparingu z Mazowszem Grójec zszedł z boiska ze złamanymi żebrami. Do tej pory nie gra, ale rozkład pomieszczeń w lubelskim szpitalu przy ul. Jaczewskiego zna już na pamięć.

Trochę za stary
Wszystko zaczęło się 17 lat temu, kiedy pod siedzibę białostockiej Jagiellonii z piskiem opon zajechała zdezelowana łada. Na tablicy rejestracyjnej lśniła czerwona gwiazda. Jej pasażerowie zostali pierwszymi obcokrajowcami w ekstraklasie. Valdas Kasperavicius i Algis Mackievicius furory nie zrobili. Zwłaszcza że ten ostatni miał blisko 40 lat.
Na następców nie trzeba było długo czekać. Coraz więcej Polaków wyjeżdżało do zagranicznych klubów, a do nas trafiało coraz więcej piłkarzy. Głównie zza wschodniej granicy.

A filmy są?
Pierwszoligowemu wówczas Motorowi Lublin swoje usługi zaoferował Ukrainiec Siergiej Omeliusik. Jednak ciekawsze od jego gry były kulisy transferu zawodnika z Dynama Mińsk. Jak głosi klubowa anegdota, oprócz pieniędzy działacze z Białorusi zażyczyli sobie... kilkunastu kaset wideo z filmami. Niekoniecznie dla dzieci.
Piłkarz jadł głównie cebulę ze słoniną, a do mieszkania... - Wystarczał mu mały pokoik w budynku klubowym i był zadowolony. Za Bugiem była wtedy taka bieda, że aż piszczało. Długo mu dokuczali za tę cebulę. Czuć było w całym klubie. A jak grał? Nie był to jakiś wirtuoz. Pamiętam, że strzelił bramkę w meczu z GKS Katowice - wspomina trener Waldemar Wiater.
Po Omeliusiku pojawili się kolejni. Borys Biełoszapka posadził na ławce rezerwowych zdobywcę "Złotych Butów” katowickiego "Sportu” - Dariusza Opolskiego. Siergiej Michaiłow związał się z Lublinem i do dziś pracuje w Motorze.

Najgorsza strona
- Benny, jak ty te nogi ustawiasz. Nie wykręcaj tak stóp bo sobie krzywdę zrobisz - Ryszard Kuźma strofuje Bernarda Ocholeche.
19-latek miał zostać piłkarzem Wisły Kraków, trafił w końcu do Lublina; do Motoru. - Mieszkałem z nim przez kilka dni w pokoju, zrobił na mnie niesamowite wrażenie. Jest bardzo religijny, po treningu idzie do domu i czyta Biblię. Później bierze się za słownik polsko-angielski i uczy się. W wolnych chwilach śpi - mówi trener Kuźma.
Niestety, Ocholeche zdążył już poznać Lublin od najgorszej strony: kilka miesięcy temu miasto zostało oblepione rasistowskimi plakatami ze zdjęciem Bernarda. - Nie wiem, czego oni chcą. Przecież nie jestem kosmitą, nie spadłem tu z nieba. W Lagos mieszka wielu białych i nikt nie robi im przykrości. Dlaczego mi dokuczają? To jest nienormalne, nie rozumiem - dziwi się Ocholeche.

Uchatka
Transfery zagranicznych gwiazd do wielkich klubów nikogo nie dziwią. Piłkarze z Ghany, z Senegalu zarabiają miliony, a kosztują dziesiątki milionów dolarów. Ale co w zamojskiej okręgówce robią piłkarze z Nigerii, a w Łukowie sportowcy z Konga?
- Przyjechali w maju. Było bardzo zimno, a oni w krótkich spodenkach i podkoszulkach. W hotelu skombinowali sobie cieplejszą odzież. Jeden czapkę uchatkę, drugi wełniane rękawice i tak paradowali po Łukowie, w tych krótkich spodenkach - Andrzej Suchodolski, trener Orląt wspomina przyjazd swoich podopiecznych z Konga. - Wysłałem ich po zakupy. Otrzymali 50 zł i polecenie zdobycia pożywienia. I to było najdroższe śniadanie w moim życiu. Kupili chleb, a spytani o resztę popatrzyli na siebie ze zdziwieniem. Ale powoli uczą się życia w Polsce - śmieje się szkoleniowiec.
Massiki Lukeba i Bajikira Kibeboka porozumiewają się jedynie po francusku. - A szkopuł w tym, że u nas Francuzów brak. Stworzyliśmy język migowy i jakoś się komunikujemy. Są bardzo pojętni. Z polskim jeszcze im nie idzie, ale zanim przyjechali, już umieli przeklinać po naszemu - dziwi się Suchodolski. - Jakim cudem?

Z nożem w ręku
Tymczasem w Tomaszowie Lubelskim furorę zrobił Franky Egharevba. - To był ciekawy chłopak. Zagrał dwa mecze i od razu przybiegał po podwyżkę. Kiedy udało się go doprowadzić do stanu równowagi, historia się powtarzała. Prowadził sportowy tryb życia, więc zastanawiało nas dlaczego Franky ma ciągle pustą kieszeń i ciągle jest w potrzebie - wspomina Stanisław Pryciuk, dyrektor Tomasovii.
Odpowiedź okazała się banalnie prosta: dziewczyny. - Leciały na niego, a on nie potrafił się oprzeć - mówią byli koledzy klubowi.
Franky trafił w końcu do II-ligowego Śląska Wrocław. Tam zrobiło się o nim głośno dopiero, gdy został zatrzymany przez policję... półnagi, z nożem w ręku, w czasie pogoni za innym piłkarzem.
Podobno poszło o kobietę.
  Edytuj ten wpis
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!