niedziela, 22 października 2017 r.

Magazyn

Trenerski nos, szczęśliwa data i 81 lat czekania

  Edytuj ten wpis

72 godziny, w trakcie których pokonaliśmy Niemców i zremisowaliśmy ze Szkotami wystarczyły, żeby Polacy zmienili zdanie na temat piłkarzy i zakochali się w jedenastu facetach ubranych w biało-czerwone stroje, ganiających za piłką.

Maciej Rybus nie powinien się wstydzić wywiadu, jakiego udzielił Przeglądowi Sportowemu. Słowa: "zepchnęliśmy siatkarzy z piedestału”, za które został skrytykowany przez opinię publiczną, w kontekście w jakim zostały użyte, zostały użyte właściwie. Pomocnikowi Tereka Grozny i reprezentacji Polski nie chodziło przecież o to, że piłkarze osiągnęli większy sukces niż siatkarze, ale o to, że wystarczyło jedno zwycięstwo, a krytykowana do tej pory reprezentacja Adama Nawałki stała się medialnym tematem numer jeden.

Polowanie na piłkarzy

Nagle wszyscy zmienili zdanie odnośnie piłkarzy. Na temat kadry narodowej zaczęli wypowiadać się wszelkiej maści celebryci, a dziennikarze - nawet ci, nie mający do tej pory ze sportem wiele wspólnego - rozpoczęli wielkie polowanie. Czyhali na zawodników w hotelu i szukali ich podczas treningu w lesie. Każdy chciał mieć wywiad nie tylko z Robertem Lewandowskim, ale też z Sebastianem Milą czy Jakubem Wawrzyniakiem, dowiedzieć się co jedli na obiad, jakiej muzyki słuchali przed meczem. Piłkarska reprezentacja stała się modna. I pewnie gdyby Stadion Narodowy liczył nie 55 a 200 tysięcy miejsc to podczas meczu ze Szkocją i tak wszystkie by się wypełniły.

Najciekawsze, że mówimy przecież o wielkim roku dla polskiego sportu. Roku, w którym wywalczyliśmy sześć medali igrzysk olimpijskich, kilkadziesiąt medali mistrzostw świata i Europy w konkurencjach olimpijskich. Roku, w którym zdobyliśmy mistrzostwo świata siatkarzy, emocjonowaliśmy się występami Rafała Majki w Tour de France oraz Tour de Pologne i gratulowaliśmy Michałowi Kwiatkowskiemu złota mistrzostw świata. To jednak piłkarze, przez lata krytykowani, odsądzani od czci, z zarzutami o brak zaangażowania i serca do gry, i zbyt wysokie zarobki okazali się tą grupą sportowców, na której sukces najbardziej czekaliśmy. Oszaleliśmy już po małym sukcesiku, a właściwie pojedynczym zwycięstwie.

Czekaliśmy 81 lat

Zgoda, nie było to byle jakie zwycięstwo, czekaliśmy na nie 81 lat, od 1933 roku, gdy reprezentacja Polski po raz pierwszy zmierzyła się z Niemcami. Wówczas bramkę, która zadecydowała o naszej porażce straciliśmy dopiero w 89 minucie. W kolejnych 17 spotkaniach jeszcze kilkukrotnie zdarzało się, że korzystny wynik wymykał się nam przez chwilę nieuwagi w końcówce.

Tak było na mistrzostwach świata w 2006 roku i na otwarcie gdańskiej PGE Areny pięć lat później, gdy w ostatniej akcji meczu poślizgnął się Wawrzyniak. Tym razem udało się zachować koncentrację do ostatniego gwizdka sędziego i nikt nie popełnił głupiego błędu. To w połączeniu z ponadprzeciętną skutecznością, olbrzymią walecznością, ambicją i determinacją, wystarczyło, żeby po raz pierwszy w historii pokonać Niemców.

Dokonaliśmy tego w najmniej spodziewanym momencie, kilka miesięcy po tym, jak Bastian Schweinstanger i spółka wrócili na tron, zostając po raz czwarty w historii mistrzami świata. Zrobiła to krytykowana kadra Adama Nawałki z Wawrzyniakiem i Tomaszem Jodłowcem w składzie.

Zgoda, w zespole, który z nami zagrał z powodu kontuzji i zawieszenia butów na kołku zabrakło kilku kluczowych piłkarzy, ale to wciąż byli mistrzowie świata, Niemcy. Drużyna, której pokonanie nie udało się wielu pokoleniom znacznie wybitniejszych piłkarzy. Orłom Górskiego z Grzegorzem Latą, Janem Tomaszewskim, Kazimierzem Dyną i Nawałką w składzie czy fantastycznej drużynie Antoniego Piechniczka z wybitnymi Zbigniewem Bońkiem i Józefem Młynarczykiem.

Szczęśliwa data

11 października już na zawsze będzie zapamiętany jako data historycznego zwycięstwa nad Niemcami, ale 11 października to w ogóle szczęśliwa data dla polskiego futbolu. Siedem lat temu ograliśmy Portugalię, cztery lata temu Czechów. Może wszystkie ważne mecze powinniśmy rozgrywać tego dnia?
W tej chwili najważniejsze jest pytanie czy 2:0 z Niemcami ma dla nas jeszcze jakieś, oprócz historycznego, znaczenie. Odpowiedzi póki co nie ma, poznamy ją dopiero za kilkanaście miesięcy. Obecnie wiemy, że dzięki tej wygranej zdobyliśmy trzy niezwykle istotne punkty, które mogą okazać się bardzo cenne w kontekście walki o awans do finałów mistrzostw Europy. Robert Lewandowski i Wojciech Szczęsny bezpośrednio po zakończeniu tego spotkania mówili o tym, że te trzy punkty będą cieszyły ich bardzo mocno tylko jeśli we wtorek dołożą kolejne trzy i ograją Szkocję. Nie udało się, z Wyspiarzami zremisowaliśmy 2:2. To jednak nie znaczy, że mamy nie radować się z wygranej nad naszymi zachodnimi sąsiadami.

Jak Orły Górskiego

Wiele wskazuje na to, że dla reprezentacji Polski było to przełomowe spotkanie. Takie, po którym piłkarze uwierzyli w swoje umiejętności, zyskali wsparcie kibiców, a przede wszystkim zaczęli stanowić drużynę.

Takie przełomowe spotkania są nierozłącznie związane z historią polskiej piłki. Każda z reprezentacji, która osiągnęła coś wielkiego, musiała taki mecz rozegrać. Kadra Kazimierza Górskiego miała mecz na Wembley, zespół Jerzego Engela wyjazdowe zwycięstwo z Norwegią, a drużyna Leo Beenhakkera domową wygraną z Portugalią.

- Tamto spotkanie w Oslo scaliło nas jako drużynę. W trakcie 90 minut, gdy jeden walczył za drugiego i nikt nie odstawiał nogi, polubiliśmy się na tyle, że do tej pory po latach chętnie się spotykamy w swoim gronie - wspomina lublinianin Jacek Bąk, długoletni kapitan reprezentacji.

- To nie jest tak, że przed Wembley graliśmy gorzej w piłkę. Nie, już wcześniej graliśmy dobrze, ale nie bardzo w to wierzyliśmy. Dopiero ten mecz natchnął nas taką wiarą we własne umiejętności, że na mundialu byliśmy równorzędnym przeciwnikiem dla największych światowych potęg - dodaje Jan Tomaszewski, legendarny bramkarz, który zatrzymał Anglię.

Czy tu powstaje drużyna?

Ciężko jednoznacznie stwierdzić, czy takim samym przełomem dla kadry Nawałki będzie mecz z Niemcami, ale pewne jest, że w sobotę po raz pierwszy od lat widzieliśmy nasz narodowy zespół nie jako zlepek indywidualności, ale jako jedność. Cała jedenastka zostawiła serce na boisku, wszyscy walczyli bez wytchnienia, grali bardzo blisko siebie, wzajemnie się asekurowali. Tylko w ten sposób możliwe było pokonanie mistrzów świata.

Mentalność się zmienia

Pierwszym testem dla tego, co zmieniło się w reprezentacji miało być wtorkowe spotkanie ze Szkocją. Wbrew oczekiwaniom nie zobaczyliśmy biało-czerwonych prowadzących grę, dominujących nad rywalem od pierwszej do ostatniej minuty. To nadal był jednak zespół walczący zgodnie z zasadą jeden za wszystkich, wszyscy za jednego.

Kluczowym momentem był pierwszy kwadrans po stracie drugiej bramki. Piłkarze nie załamali się, nie odpuścili, ale jeszcze mocniej zaatakowali, jakby z pewnością, że odwrócą losy tego spotkania. Tą pewność mogło dać im tylko zwycięstwo nad Niemcami i ta pewność zaprocentowała golem Arkadiusza Milika. Do wygranej zabrakło kilku centymetrów. Kamil Grosicki w dogodnej sytuacji trafił słupek, a uderzenie Lewandowskiego końcami palców na rzut rożny sparował David Marshall.

- Wydaje mi się, że z każdym zgrupowaniem lepiej się rozumiemy. Lepiej wykonujemy filozofię trenera. I tak, jak przed rozpoczęciem eliminacji wierzyliśmy, że jesteśmy w stanie z tej grupy wyjść, tak teraz to wiemy. To, że czujemy niedosyt po zremisowanym meczu ze Szkocją jest w pewnym sensie tego potwierdzeniem. Ten niedosyt z powodu czterech punktów pokazuje też, że nasza mentalność powoli się zmienia - ocenia Wojciech Szczęsny.

Dobry początek

Bramkarz Arsenalu był jednym z bohaterów spotkania z Niemcami. Bronił perfekcyjnie, kilkukrotnie ratując zespół od utraty gola. We wtorek nie poszło mu już tak dobrze. Wpuścił dwie pierwsze bramki w eliminacjach, choć nie popełnił większego błędu. - To były dwa zupełnie inne spotkania, nie da się ich porównać. Dla mnie zdecydowanie lepszy był mecz z Niemcami, lubię kończyć zawody z czystym kontem - dodaje z uśmiechem.

Po trzech kolejkach mamy na koncie siedem punktów, tyle samo co druga w tabeli Irlandia, którą wyprzedzamy lepszym bilansem bezpośrednich spotkań. Nad mistrzami świata Niemcami i naszymi główny rywalami w walce o awans, Szkotami, mamy trzy "oczka” przewagi.

- To dobry dorobek i powinniśmy go szanować. Myślę, że przed rozpoczęciem eliminacji wzięlibyśmy te siedem punktów w ciemno. W trzech rozegranych meczach udowodniliśmy, że potrafimy grać z każdym, potrafimy walczyć, a to jest pewna baza, na której możemy zrobić coś fajnego - twierdzi Kamil Glik, który zebrał bardzo dobre noty po obu spotkaniach. To był Glik na jakiego czekaliśmy, prawdziwy szef obrony. Oglądając te spotkania można zrozumieć, za co pokochali go Włosi. Zresztą mecz ze Szkocją kapitan Torino przepłacił rozciętym łukiem brwiowym.

Wyprawa na Kaukaz

- Trochę się zdziwiłem w sytuacji, gdy sędzia odgwizdał mój faul w sytuacji, kiedy rozbito mi łuk brwiowy. Nie sądzę jednak, żeby rywal zrobił to celowo. Zresztą ja czułem się bardzo dobrze, ostra gra jeszcze bardziej mnie nakręcała. Lubię grać w takich meczach. Nie od dziś wiemy, że Szkoci czy Irlandczycy mają taki styl. Byliśmy na to gotowi. Piłka nożna to gra dla mężczyzn i trzeba być przynajmniej tak samo agresywnym. Zakrwawioną koszulkę musiałem zmieniać dwa razy. Za ostatnim razem była ona mokra, więc chyba została uprana. Nasz magazynier Paweł dobrze wywiązał się z zadania i to pokazuje, że na wynik reprezentacji pracuje wiele osób, których nie widać na pierwszych stronach gazet - dodaje Glik.

Po meczu ze Szkocją reprezentanci rozjechali się do klubów. Ponownie spotkają się już za niespełna miesiąc, na zgrupowaniu przed wyjazdowym spotkaniem z Gruzją.

- Jesteśmy przygotowani na ciężkie spotkanie. Gruzja to gorący teren. Myślę, że to może być podobny mecz jak z Mołdawią podczas ostatnich eliminacji, ale jeśli chcemy pojechać na mistrzostwa Europy do Francji, to musimy zdobyć tam trzy punkty. Musimy je wygryźć, wywalczyć. Innej opcji nie ma - przyznaje Robert Lewandowski.

Trenerski nos Nawałki

Napastnik Bayernu świetnie odnalazł się w roli kapitana. Zastępując Jakuba Błaszczykowskiego nie tylko poprowadził reprezentację do zwycięstw, ale przede wszystkim dał jej nową jakość. Lewandowski jako kapitan nie narzeka, nie macha rękoma, ale sam dodatkowo motywuje kolegów, a jeśli trzeba walczy za nich na boisku, wraca, gdy zapędzą się do ofensywy, jak podczas meczu z Niemcami.

Z perspektywy czasu trzeba ocenić, że powierzenie mu opaski było świetną decyzją Nawałki. Zresztą nie tylko to. Krytykowany do tej pory selekcjoner udowodnił, że ma nosa, decydując się na grę dwójką napastników z niedocenianym Arkadiuszem Milikiem, wpuszczając na zmiany skreślonego przez wielu Sebastiana Milę i wystawiając niedoświadczonego przeciętniaka z egzotycznej ligi chińskiej, Krzysztofa Mączyńskiego. Wszyscy odpłacili mu się najlepiej jak mogli, strzelając bramki w meczach z Niemcami oraz Szkocją. Panie trenerze, życzymy więcej takich decyzji!
  Edytuj ten wpis
Czytaj więcej o: piłka nożna
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!