czwartek, 23 listopada 2017 r.

Magazyn

Wciąż pytają, jak to się stało

  Edytuj ten wpis
Dodano: 4 sierpnia 2006, 11:22

- Dopiero po dwóch dniach zdecydowałam się otworzyć sklep. Do dziś budzę się na każdy dźwięk jadącego motocykla. A tu jeszcze ludzie przychodzą i pytają jak to było - nerwowo opowiada Barbara Rola. Przed jej sklepem zginął Mariusz

Czwartek, 27 lipca, godzina 9.50.
Pod hurtownię wędlin w Kraśniku na starym motocyklu podjeżdża dwóch mężczyzn. Nie ściągają czarnych kasków. Kierowca zostaje na parkingu. Drugi z mężczyzn wchodzi do pomieszczenia, w którym pracuje kasjerka.
Wyciąga karabin maszynowy i każe kobiecie ładować pieniądze do torby. 15 tys. zł.
Wybiega, wskakuje na motocykl i obaj odjeżdżają.
Kamera przemysłowa rejestruje przebieg całego zdarzenia.
Czwartek, 27 lipca, przed południem.
21-letni Marcin Kopeć wsiada na swoją ukochaną, niedawno kupioną yamahę. Żniwa w pełni i trzeba jechać do sklepu po brakującą część do kombajnu.
O 11.30 Marcin dojeżdża do ronda w Chodlu.
Zawsze go słyszę...
Pierwsza zobaczyła to Kasia. Zaraz zadzwoniła do siostry; do Asi, dziewczyny Marcina.
- Słyszałam go jak jechał, zawsze go słyszę. Wiedziałam, że jedzie do mnie - mówi ze łzami w oczach Asia.
A jeszcze niedawno planowali wspólną przyszłość. Chcieli się pobrać, Marcin skończył szkołę ochroniarską. Nawet podanie złożył do policji. Miał też przejąć gospodarstwo od przechodzącego na rentę ojca.
- Powiedzieli nam przez telefon, że miał wypadek. Jak przyjechaliśmy na miejsce, już nie żył. A miał tylko pojechać do sklepu - Janusz Kopeć, ojciec Marcina cały czas bierze silne leki. - Z najstarszym synem na zmianę wychodziliśmy do stodoły, żeby się wypłakać...

Pracownicy hurtowni dzwonią po policję, która natychmiast rozstawia blokady wokół Kraśnika.
Przed rondem w Chodlu stoi radiowóz z trzema policjantami. Ma polecenie sprawdzać podejrzanych młodych mężczyzn. Policjanci wiedzą, że bandyci uciekli na motocyklu.
I że są uzbrojeni.
Marcin Kopeć nie zatrzymuje się na znak policjanta. Nie ma jeszcze prawa jazdy. Skręca w prawo, w kierunku Ratoszyna. Radiowóz rusza za nim. Marcin zawraca; dojeżdża do ronda. Tu próbuje zatrzymać go policjant. Motocyklista jedzie dalej. Skręca w kierunku Chodla. Po przejechaniu kilkudziesięciu metrów otrzymuje śmiertelny strzał. Pocisk trafia go w kręgosłup.
Motocykl niesie chłopaka jeszcze kilkadziesiąt metrów. Wpada na rowerzystkę.
Motocykl przewraca się. Marcin uderza o stopień przed sklepem.
Policjanci zabezpieczają teren. Wokół zbiera się tłum mieszkańców Chodla. Obwiniają policję o tragedię.
Dlaczego?
Sytuacja była tak napięta, że na pogrzebie nie było umundurowanych policjantów. Porządku pilnowali strażacy.
- Dali broń automatyczną policjantom, którzy nie wiedzą jak z niej strzelać. Dlaczego nie próbowali go inaczej zatrzymać!? Dlaczego strzelał w plecy, a nie z przodu, skoro Marcin chciał rozjechać policjanta? Dlaczego ten motocykl chcieli zatrzymać, skoro wiedzieli że sprawcy napadu poruszają się innym? - przez łzy wyrzuca z siebie kolejne pytania Janusz Kopeć.
Dlaczego, dlaczego...
- Dlaczego strzelano w miejscu, gdzie chodzi się na spacery z dziećmi - pyta ekspedientka z kwiaciarni.
- Dlaczego nie próbowali zatrzymać go inaczej - pytają młodzi ludzie, którzy znali Marcina.

W czwartek wieczorem policja wydaje pierwsze oświadczenie: policjant miał prawo użyć borni, bo motocyklista usiłował go przejechać. Marcin nie miał nic wspólnego z napadem. Śledztwo w sprawie użycia broni wszczyna Prokuratura Okręgowa w Lublinie.
W sobotę, 29 lipca, policjanci zatrzymują Jarosława C., podejrzanego o dokonanie napadu na hurtownię w Kraśniku.
W niedzielę o 17.30 na pogrzeb Marcina przyjeżdża ponad stu motocyklistów. Ale już nie wszyscy o tragedię obwiniają policję.
Z podniesionym czołem
- Jak się nie zatrzymał do kontroli to tak, jakby umarł na własne życzenie. Ja nigdy bym nie uciekała - tłumaczy spokojnie pani Janina. Ona na całą sprawę patrzy inaczej. Może dlatego, że mieszka niedaleko policjanta, który strzelał. - Znam go. To dobry człowiek. A strzelając z takiej broni do pędzącego motocyklisty nie można przecież spokojnie wycelować.
W domu policjanta pusto. Policja zabrała go wraz z rodziną. Teraz sierżant sztabowy Sebastian O. znajduje się pod opieką psychologa. Trudno nawet sobie wyobrazić, co się dzieje w jego głowie.
Nie wiadomo czy wróci do policji.
Nie wiadomo, czy wróci do Chodla.
- To dopiero tragedia... Prawie z jednej miejscowości, chyba nawet znał tego motocyklistę. Ja nie mam do niego pretensji: jest policjantem, był na akcji, bronił się - dodaje sąsiadka. - Myślę, że powinien wrócić do Chodla i chodzić z podniesionym czołem.
Dobry człowiek
Sebastian O. wprowadził się do Chodla kilka miesięcy temu, w grudniu 2005 roku. Cieszył się nienaganną opinią.
Spokojny, grzeczny, uczynny - wyliczają jego zalety sąsiedzi. Uczył dzieci karate w pobliskiej szkole.
Miał niezwykłe hobby: we własnej kuźni wykuwał miecze samurajskie.
Barbara Rola pracuje w sklepie, pod którym zginął Marcin. Do dziś nie może się po tym pozbierać. - Dopiero po dwóch dniach zdecydowałam się otworzyć sklep. Bałam się, że znowu coś się stanie. Budzę się na każdy dźwięk jadącego motocykla. A tu jeszcze ludzie przychodzą i pytają jak to było.
Tylko co dalej?
Przyjaciele założyli już stronę internetową poświęconą Marcinowi (marcinkopec.go.pl).
Elżbieta Żyszkiewicz, mama Asi, mówi, że jeszcze się trzyma. - Tak naprawdę nikt z nas nie wierzy, że Marcina wśród nas już nie ma.
- Ja to tak sobie myślę, że jak już umrę, to Marcin będzie na mnie tam czekał - kończy Janusz Kopeć. - Tylko teraz nie wiem, co dalej?


  Edytuj ten wpis
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!