sobota, 10 grudnia 2016 r.

Magazyn

Rodzice Pawła marzą o tym, żeby ich syn wstał, poszedł do szkoły i przyniósł chociażby trójkę, <br />
a n
Rodzice Pawła marzą o tym, żeby ich syn wstał, poszedł do szkoły i przyniósł chociażby trójkę,
a n

- Paweł wygląda teraz bardzo ładnie. Naprawdę bardzo ładnie - uśmiechają się jego rodzice, Anna i Andrzej Łyczakowie. Gdyby nie pokazywali jego wcześniejszych fotografii, doprawdy trudno byłoby w to uwierzyć. Jego ramiona i nogi pokreślone są czerwonymi, podskórnymi szramami. I tak dosyć cienkimi.
Te na brzuchu są szerokie na palec. Najbardziej niesamowite wrażenie robi dyndająca u piersi rurka, jakby wystająca prosto z serca...

Jeszcze nie tak dawno temu Paweł był typowym nastolatkiem. Ładnym, miłym... Gdyby nie straszna choroba, chodziłby sobie do gimnazjum, uczył się i przynosił do domu raz lepsze, raz gorsze stopnie. Rodzice pewnie złościliby się na te gorsze oceny. A teraz mogą tylko marzyć,

żeby Paweł wstał,

poszedł do szkoły i przyniósł chociażby trójkę, a nawet dwójkę, czy jedynkę. Żeby tylko wstał i chodził...
Anna i Andrzej Łyczakowie nie planowali heroicznych zmagań z losem, kiedy wcześniej mijali się na jednej z uliczek Lubelskiej Spółdzielni Mieszkaniowej. Kiedy ślubowali sobie, że będą razem na zawsze, w zdrowiu i chorobie, ani pewnie nie pomyśleli o tym, że właśnie oni zostaną wystawieni na najtrudniejszą z prób. Zamieszkali z mamą Andrzeja w trzypokojowym mieszkaniu. Takim zwyczajnym, bez żadnych luksusów. Andrzej zarabiał na życie, a Anna wychowywała dzieci. Kiedy wyjeżdżał do pracy za granicę, zostawała z nimi sama.
Pierwszy raz wyjechali razem za granicę w 2000 roku, na pielgrzymkę do Rzymu. To było owo sławetne święto młodości, gdy do Wiecznego Miasta przybyło z całego świata 2 mln młodzieży. Żar lał się z nieba, na miejsce spotkań trzeba było przejść 10 kilometrów w spiekocie, ale było wspaniale. Na fotografiach widać promiennie radosne twarze Anny i Andrzeja. On był wtedy znacznie bardziej pękaty niż teraz, mimo że to ona spodziewała się kolejnego, szóstego dziecka. Kiedy pokazują przepełnione radością zdjęcia z pielgrzymki dodają, że pewnie

już wtedy Paweł był chory.

Nie wiedzieli tego jednak. Bo i skąd mieli wiedzieć? Chodził do szkoły, odrabiał lekcje, bawił się z rodzeństwem i z kolegami. Najzwyczajniej na świecie. A potem przyszedł ten dzień.
- To było wtedy, kiedy dostałem w szóstej klasie piątkę z biologii - opowiada Paweł, zachłystując się słowami. - I nie mogłem przeskoczyć przez kozła. I nie mogłem zrobić przysiadu...
- ... a na twarzy pojawił mu się taki dziwny uśmieszek - dodają jego rodzice. - Pojechaliśmy do neurologa, który stwierdził: no, sami państwo widzą.
Co oni mogli wtedy widzieć? Przez jakiś czas leczono wcześniej ich pierworodnego syna na przewlekłe zapalenie spojówek. Mówił, że pobolewa go głowa, ale lekarza to nie zainteresowało. To co mieli nagle zobaczyć?
Następnego dnia pojechali do szpitala na badania. Diagnoza brzmiała groźnie: guz móżdżku i koniecznie natychmiastowa operacja. Nie zgodzili się. Chcieli dodatkowych konsultacji. Pojechali do Warszawy, do Centrum Zdrowia Dziecka. Ten dzień pamiętają równie dokładnie, jak ostatnią piątkę z biologii. Był ostatni dzień listopada, imieniny Andrzeja. Diagnoza warszawskich lekarzy była inna niż lubelskich: guz na pniu mózgu, ze względu na duży rozmiar dyskwalifikujący do operacji.

A później była chemioterapia i naświetlania

Paweł i jego ojciec nie mogą dojść do wspólnego wniosku, co było w kolejnych miesiącach. Jedno jest pewne: cena leczenia jest ogromna. Nawet jeśli za terapię płaci szpital, to dojazdy do chorego dziecka i inne wydatki są dla rodziny zabójcze.
Leczenie nie dawało oczekiwanych efektów. Ciało Pawła nieprawdopodobnie nabrzmiało, nie mógł poruszać się o własnych siłach i bał się. Bał się, że traci świadomość, że zapomina wszystko, czego się do tej pory nauczył. Ojciec pisał mu więc na kartkach litery, wyrazy, a on cieszył się, że jeszcze potrafi składać je w zdania, że jeszcze je rozumie. A potem dopadła go straszliwa depresja.
Była Wielkanoc, święto Zmartwychwstania Pańskiego, jego najmłodszego brata zaniesiono do chrztu. A Paweł miał żal do Pana Boga. Ten żal i dojmujące poczucie beznadziei i braku sensu istnienia dopadły go już w Wielki Czwartek. A później było już tylko gorzej. Na szczęście - jak teraz sam mówi, zachłystując się słowami - nie mógł się w ogóle poruszać. Tylko dzięki temu, mimo ogromnej desperacji, nie popełnił samobójstwa. Bo właściwie to już go nie leczono -

zajęło się nim hospicjum dziecięce.

Nie można nic zarzucić hospicyjnym lekarzom, pielęgniarkom, czy wolontariuszom. Wszak ich zadaniem jest opieka paliatywna, czyli ulżenie w cierpieniu u schyłku życia. Z hospicyjnych funduszy zapewniano wszelkie potrzebne choremu wyposażenie, leki, a nawet prezenty.
Tyle tylko, że Paweł tak naprawdę nie pogodził się wcale ze śmiercią i wcale nie chciał umierać. Jego szpitalne łóżko zajmowało większą część miejsca w największym pokoju, a on niby leżał bezwładny, ale emanował dokoła życiem. Rybki w akwarium mnożyły się jak szalone, nieomal wbrew naturze, a żółw zamiast je pożerać - zaprzyjaźnił się z nimi. Obumarłe kwiatki zaczynały wypuszczać nowe listki, a kolorowa papużka albo wpatrując się w lustereczko z zachwytem ćwierkała o swojej urodzie, albo radośnie śmigała po pokoju.
Paweł umierać nie chciał, ale ani on, ani jego rodzice nie chcieli sięgać do praktyk "cudownych uzdrowień”. Tymczasem znajomi i nieznajomi zalewali ich adresami uzdrawiaczy. Niektórzy straszyli nawet nadnaturalną karą za to, że nie próbują wszystkiego: z pisaniem popiołem na skórze i nakładaniem rąk. Ba! Zdarzyło się i tak, że jedna z odwiedzających Pawła pań, rozpoczęła nad nim seans reiki, który miał dziecku dodać energii. On, przerażony, zaczął krzyczeć, a rodzice odesłali uzdrawiaczkę do diabła. Bo przecież, jeśli nawet miałaby istnieć nadnaturalna energia, to skądś musi się ona brać. A kto udowodni, że nie pochodzi od szatana? Przecież szatan ma ogromną siłę... W każdym razie

z alternatywnej medycyny postanowili nie korzystać.

I może to dobrze. Bo stan Pawła zaczął się poprawiać i jeszcze ktoś mógłby pomyśleć, że to nie samoistna reakcja organizmu, ale cuda uzdrawiaczy. Skoro zaś dziecko rwało się do życia, rodzice zrezygnowali z usług hospicjum i znów zawieźli Pawła do szpitala.
- Do pana profesora Jerzego Kowalczyka w DSK 4 - mówią z wyraźnym szacunkiem i wdzięcznością w głosie. - To pierwszy lekarz, który nie traktował nas jak histeryków, a synem zajął się troskliwie. Pierwszy raz ktoś nas słuchał i naprawdę interesował się stanem naszego dziecka.
A guz się zmniejszył. Nie zniknął, ale po ostatnim pobycie Pawła w szpitalu zmniejszył się! Nadal jest zbyt duży do operacji, ale zmniejszył się. Pan profesor mówi, że może stało się to samoistnie, może na skutek terapii, ale on, jako lekarz, przedstawiciel akademickiej medycyny, proponuje kolejną terapię. Pacjent może jednak czekać na nią w domu.
I tu, w tej radosnej pozornie części opowieści,

zaczynają się kolejne problemy.

Hospicjum pomaga umierającym. Zdrowiejącym - nie. A tu trzeba było, tylko na chorobę Pawła, kupić specjalne łóżko - 1,5 tys. zł, materac przeciwodleżynowy - 800 zł, to dopiero początek wydatków, a jednocześnie więcej, niż jego ojciec zarabia miesięcznie...
A przecież rodzice nie mogą zaniedbywać innych swoich dzieci. Teraz dziewczynki, u których banalne dziecięce przeziębienia kończą się pobytem w szpitalu, muszą pojechać nad morze nawdychać się jodu. Ojciec z nimi nie pojedzie - musi pracować. Matka - opiekować się Pawłem i pozostałymi dziećmi. Trzeba wynająć opiekunkę, która wyjedzie z córkami.
Jak opisać sytuację ośmioosobowej rodziny, w której tylko jedna osoba pracuje, a jedna jest poważnie chora?
I dlatego w imieniu tej rodziny prosimy wszystkich naszych Czytelników o wsparcie. Nie tylko duchowe. Finansowe można kierować na konto udostępnione przez Europejską Fundację Społeczną "Godne życie”:
Pekao SA III O/Lublin 10701281—87421 —2221—01003, koniecznie z dopiskiem "Paweł”

Od redakcji:

Na dobry początek autorka postanowiła honorarium za tę opowieść przekazać na leczenie Pawła.
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24

CENEO