środa, 13 grudnia 2017 r.

Magazyn

One już wiedzą, że w pracy nic nie jest na zawsze i na pewno. Doświadczyły tego na własnej skórze, gdy z dnia na dzień musiały znaleźć się w nowej zawodowej roli.

Ale dzięki temu nie boją się przyszłości. Poradzimy sobie, mówią. Choćbyśmy znowu miały zaczynać wszystko od początku.
Beata Próchniak od dziecka marzyła, żeby malować. Tak widziała swoje życie. Przy sztalugach, w plenerze. Albo w pracowni modelarskiej; jak jej ojciec, instruktor modelarstwa okrętowego.
Zdawała nawet do liceum plastycznego, ale zabrakło miejsc. - Pierwsze duże niepowodzenie i, jak potem pokazało życie, nie ostatnie. Ale nawet przez moment nie pomyślałam, żeby zawrócić z wymarzonej artystycznej drogi. Wręcz przeciwnie. Po maturze postanowiłam studiować w Instytucie Wychowania Artystycznego na UMCS. Dostałam się za pierwszym razem - wspomina. - Dopięłam swego.
Beata potraktowała to jak drogowskaz. - W życiu trzeba być odważnym i upartym. Wierzyć w marzenia i walczyć o swoje.

Kursy i ciąża

Zawodowa rzeczywistość po artystycznych studiach mocno rozminęła się z oczekiwaniami Beaty. - Malować mogłam dla przyjemności. Żyć się z tego nie dało. Chwilę pracowałam w agencji reklamowej, brałam dorywcze zlecenia...
Tak zaczęła się wędrówka Beaty od firmy do firmy w poszukiwaniu pracy. Wszędzie chodziła osobiście, żeby złożyć podanie. Potem osobiście dowiadywała się, czy zostanie zaproszona na rozmowę kwalifikacyjną. Z tych rozmów zapamiętała jedno: młoda kobieta z małym dzieckiem i artystycznym wykształceniem o pracy może zapomnieć.
- Ile razy dostałam odpowiedź odmowną? Pewnie ze dwadzieścia. Tylko zaciskałam zęby i myślałam: jeszcze wam pokażę.
Beata potraktowała to jako drugi drogowskaz: musi mieć do zaoferowania coś więcej niż dyplom wyższej uczelni i dobre chęci.
Zarejestrowała się jako bezrobotna i zrobiła kursy: komputerowy, masażu leczniczego i opiekuna placówek wypoczynku. Wszystkie umiejętności wykorzystuje: robi projekty graficzne, masuje obolałe ramiona, oprowadza szkolne wycieczki po Sandomierzu i Nałęczowie. Tylko stałej pracy szuka się coraz trudniej. Bo jest w ciąży.

Sprzątanie artystyczne

Radość z narodzin drugiego dziecka zbiega się z ciężką chorobą taty. Lekarze nie mają złudzeń: to nowotwór. - Wiedziałam, że jestem mu potrzebna; że opieki nad nim nie da się pogodzić z tym moim ciułaniem grosik do grosika - mówi Beata. - Z drugiej strony trzeba było z czegoś żyć.
Rezygnuje z oprowadzania wycieczek i zatrudnia się jako... sprzątaczka w biurowcu.
- Praca od 4 do 8 rano. W sam raz w mojej sytuacji. Kiedy do biura schodzili się elegancko ubrani urzędnicy, ja kończyłam mycie posadzek i jechałam do taty. Że sprzątanie? Nie wstydzę się tego. Sprzątać też można artystycznie.
Jednak wykształcenie Beaty zaczyna przeszkadzać jej przełożonym. - Im lepiej sprzątałam, tym było gorzej - mówi z goryczą. - Taka demonstracja władzy, siły, zależności. Zaciskałam zęby i szorowałam dziesiąty raz ten sam schodek. Czasem sobie tylko myślałam: "Jakie są granice wytrzymałości człowieka? Ile upokorzeń będę musiała znieść w imię tego, żeby mieć posadę sprzątaczki?”
O 3 rano, gdy wychodzi do pracy na ulicy nie ma żywego ducha. Ściska w dłoni gaz łzawiący, za plecami słyszy czyjeś szybkie kroki. Rzuca się biegiem do samochodu, a potem zdrętwiała ze strachu wchodzi do wielkiego, pustego biurowca. - Gdyby ktoś chciał się tam wkraść nie miałby z tym żadnego problemu. Tak samo, jak nie miał problemu, żeby dwa razy włamać się do mojego samochodu tuż pod drzwiami biura. Uszkodzili mi zamki i dwa razy wczołgiwałam się do auta przez bagażnik. To dało mi siłę, żeby powiedzieć stop: za tę pracę już dziękuję.
Umiera ojciec.
Beata znowu szuka zajęcia w normalnych godzinach.

Nie umiem? Nauczę się!

To ogłoszenie od razu wpada jej w oko. Biuro nieruchomości szuka agentów.
Papiery składa - jak zawsze - osobiście. Potem idzie na rozmowę kwalifikacyjną. I jeszcze raz: żeby usłyszeć, że zamiast niej szefowie biura wybrali mężczyznę. Bo bardziej dyspozycyjny. - Pewnie, że mnie zabolało. A jeszcze bardziej, gdy kilka tygodni później zobaczyłam, że to samo biuro znowu szuka pracownika...
Chce wyrzucić gazetę z tym ogłoszeniem, ale mąż mówi: "Beata, przecież ty się nigdy nie poddajesz. Idź tam jeszcze raz!”.
Szefowie są mile zaskoczeni. - Może spodobała im się moja determinacja? - uśmiecha się. - Zaproponowali mi etat.
Mija trzeci rok pracy Beaty w dużej, lubelskiej agencji nieruchomości. Została kierowniczką, ma kilkuosobowy zespół. - Długą drogę przebyłam, żeby być tu, gdzie jestem. Wszystko czemuś służy i czegoś nas uczy. Ja nauczyłam się szacunku wobec ludzi i ich pracy, cokolwiek by nią nie było. Nauczyłam się też, by nigdy nie mówić, że czegoś nie umiem tylko: nauczę się. Uczę się cały czas. I nie boję się przyszłości. Maluję ją sobie na obrazach. W bardzo odważnych kolorach.

Cukierki dla panienki mam

Kiedy Irena ma 50 lat (z czego 30 przepracowała w księgowości), zakład bankrutuje. Zaczynają się miesiące poszukiwań nowej posady. Bez skutku. - Nikt nie chce zatrudniać kobiet w moim wieku, jeśli może przyjąć młodsze. A ja bez pracy nie wyobrażałam sobie życia. Czułabym się... - Irena szuka właściwego słowa. - Po prostu bezużyteczna.
Tymczasem mąż Ireny otwiera w centrum miasta sklepik ze słodyczami. - Spróbujesz? - pyta.
Waha się. Nigdy nie stała za ladą, zawsze przecież była dobrą, profesjonalną księgową. Ale chce być potrzebna, nie ma zamiaru siedzieć w domu. - Pomogę ci w rachunkach - mówi ostrożnie. - Zajrzę tam od czasu do czasu, popilnuję, zastąpię na chwilę.
Dziś Irena wie wszystko o każdym z kilkudziesięciu rodzajów cukierków, czekoladek, bombonierek, ciasteczek. Spokojnym tonem tłumaczy, czym smak pistacjowy różni się od zwykłego orzechowego. Z uśmiechem i elegancko pakuje pachnące pyszności. Częstuje nowościami. I choć malutkie sklepy ze słodyczami podobno odchodzą do lamusa, to ten ma wyjątkowy klimat. Ciągle ktoś wpada, po cukierka lub kilogram.
- W życiu bym nie przypuszczała, że zamiast księgować faktury będę odważać groszki - śmieje się Irena. - Ale skoro już to robię, to najlepiej jak potrafię.

Pomoc księgowej

Kiedy Ewa Królikowska skończyła ekonomię na UMCS, takie wykształcenie nie było już przepustką do kariery. - Zatrudniłam się w firmie budowlanej jako pomoc w księgowości - wspomina. Może praca nie była ambitna, ale Ewa i owszem. Krok po kroku pnie się po szczeblach biurowej kariery. Z księgowej awansuje na kierowniczkę działu finansowego, potem zostaje szefową całej księgowości.
- Może to chęć udowodnienia, że kobiety nie są gorsze od mężczyzn? Że dzięki swojej pracy mogą osiągnąć sukces, także finansowy - tłumaczy z namysłem.
Po kilku latach koniunktury na rynku budowlanym zaczyna się kryzys. Inwestorzy nie płacą w terminie, firmy budowlane padają jedna po drugiej. W firmie Ewy w ciągu roku pracę traci ponad pół tysiąca osób.
- Patrzyłam, jak moi koledzy - jeszcze przed chwilą pewni siebie menedżerowie - zamieniają się w zagubionych bezrobotnych. Koszmar. Tego się nie zapomina, to zostaje w człowieku; jak ostrzeżenie. Że nagle wszystko może się zawalić, skończyć.
Ze znalezieniem nowej pracy Ewa nie miała kłopotów. Została dyrektorem finansowym w firmie motoryzacyjnej.
- Ale nie było już we mnie tego entuzjazmu co w poprzedniej pracy. Coraz bardziej ciążyło mi, że od kogoś jestem zależna, że tak naprawdę nie mam wpływu na swój los. Może bałam się, że scenariusz znowu się powtórzy?

Idę na swoje

Ewa potrzebuje kilku miesięcy, żeby dojrzeć do decyzji. Z urzędu pracy dostaje unijne pieniądze na rozkręcenie własnego biznesu. 12 tys. zł przeznacza na komputer, program księgowy i wyposażenie własnego biura rachunkowego. Zapisuje się na kolejne studia. Łapie wiatr w żagle, czuje, że znowu wraca jej chęć do życia i działania. Klientów na początku nie ma wielu, ale wciąż przybywa nowych. - Największa zaleta tego co robię to niezależność. Pracuję dla siebie i na siebie.
Ewa zdradza jeszcze jeden sekret. - To wszystko też trochę dla rodziców; skromnych, zwyczajnych ludzi.... Widzę, jak są ze mnie dumni, jak się cieszą, że ich córka idzie do przodu, chociaż czasem jest pod górę. Jeszcze ich zresztą zaskoczę. Skończę kolejne studia, rozbuduję firmę, zatrudnię młodych ekonomistów. Czemu nie? No powiedz, czego tu się bać?
Jeśli nie teraz, to kiedy?
Jeśli nie ja, to kto?




  Edytuj ten wpis
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!