środa, 23 sierpnia 2017 r.

Magazyn

Zakasali rękawy i odbudowali

Dodano: 24 maja 2002, 20:08

Krzysztof Zdunek (na zdjęciu z córką Dagmarą): Zamówiłem mszę dziękczynną za ofiarność ludzi przy od
Krzysztof Zdunek (na zdjęciu z córką Dagmarą): Zamówiłem mszę dziękczynną za ofiarność ludzi przy od

Budynki, jak to bywa na wsi, nie były ubezpieczone. Ale ludzie nie pozwolili pogorzelcom pozostać samym z krzywdą.
W trzy tygodnie po pożarze rolnicy z kilku miejscowości nie tylko odbudowali poszkodowanemu spalone budynki, ale także zgromadzili 4 tony zboża i pieniądze na zniszczony sprzęt

Krzysztofa Zdunka ze Skoków w gminie Czemierniki los nie rozpieszczał od młodych lat. Kiedy w 1981 roku umarł mu ojciec, musiał z matką wznosić zaplanowane wcześniej budynki gospodarcze. Wtedy jednak było o tyle łatwo, że spore dochody zapewniała uprawa ziemniaków.
Pierwszy pożar przyszedł przed siedmioma laty. Zapalił się piecyk gazowy. Ogień strawił meble, telewizor i częściowo tynki. Już wtedy gospodarze byli bliscy załamania.

Prezes podjechał traktorem

29 kwietnia tego roku znów nad budynkami Zdunków pojawiła się łuna. Była godzina 18. Ogień w ciągu kilku minut ogarnął cały garaż i stodołę. - Nie wiemy, jaka była przyczyna - gospodarz pochyla głowę.
Prawie natychmiast pojawił się Jerzy Krupa, prezes miejscowej Ochotniczej Straży Pożarnej.
- Pierwszy tam byłem - opowiada. - Podjechałem ciągnikiem z wężami, które podłączyliśmy do hydrantu. Pomagało nam 12 osób.
Ogień podsycały palące się koła sprzętu rolniczego i zbiornik z paliwem przy ciągniku. Zgromadzona w stodole i oborze słoma zamieniły dachy w olbrzymią pochodnię. Dopiero po upływie pół godziny dotarli zawodowi strażacy z Radzynia Podlaskiego. Wcześniej mieli pożar w innej wsi, gdzie wypompowali cały zapas wody.
- Mijał czas, a pożaru nie udawało się ugasić - dodaje Krupa. - Dobrze, że z kolegami wyciągnęliśmy z obory osiemnaście świń (w tym prośne maciory) i krowę. Niestety, ze sprzętu udało się nam tylko uratować rozrzutnik i kopaczkę ciągnikową. Kiedy wreszcie do akcji przystąpiła zawodowa straż, uratowaliśmy część obory, której dach jednak został spalony. Około północy odjechały inne jednostki, a my jeszcze dogaszaliśmy resztki żaru - wspomina J. Krupa.

Obraz nędzy i rozpaczy

Straty gospodarza wyniosły ponad 200 tys. zł. - Tylko wziąć sznurek i się powiesić - ktoś komentował jeszcze przy gaszeniu ognia.
Ludzie z żalem patrzyli na gospodarza. Prezes OSP przyznaje, że bał się, żeby poszkodowany nie zrobił sobie krzywdy. W domu przecież czekała żona z czworgiem małych dzieci. Najmłodsze ma ledwie dziewięć miesięcy.
- Wtedy może ze trzy godziny się spało - wspomina Zdunek. - Później tylko myślałem o stratach i o tym, że harówka moja i rodziców poszła z dymem.
Budynki, jak to bywa na wsi, nie były ubezpieczone. Ale ludzie nie pozwolili mu pozostać samemu z krzywdą. W Czemiernikach istniała od dawna tradycja zbiorowej pomocy pogorzelcom i ofiarom innych klęsk żywiołowych. Jeszcze poprzedni ksiądz prałat Jan Poddębiak zalecał wiernym, aby nie dali nikomu zginąć w nieszczęściu. Zapraszał pogorzelców do siebie i też przekazywał im dary. Ogłaszał zbiórkę podczas niedzielnych mszy. Grupa ludzi szła od domu do domu i zbierała pieniądze lub datki w naturze. Podobne metody pomocy podtrzymuje też obecny proboszcz ks. Józef Chorębała.

Z ambony i na sesji

Następnego dnia po pożarze w Czemiernikach wypadła sesja Rady Gminy. Wśród sołtysów i radnych żywo komentowano nocną tragedię. A przed sesją wójt Kazimierz Sobieszek rozmawiał o pożarze z proboszczem.
- Skoki same nie dadzą rady pomóc - mówiłem księdzu. - Może byśmy rozszerzyli na inne miejscowości? Zgodził się bez namysłu. W porozumieniu z sołtysami zaproponowałem, aby na wniosek Rady Gminy ogłosić akcję pomocy dla Zdunków na terenie całej gminy.
Wsparcie przyszło z wielu miejsc. Już w trzeci dzień po pożarze strażacy-ochotnicy wzięli się do rozbiórki zgliszcz i wywózki spalonych elementów budynków. Wywieźli 70 pełnych przyczep. Poza stare budynki przy łąkach wyprowadzili spalony ciągnik i zniszczone: dmuchawę, sadzarkę i kosiarkę rotacyjną. Wywieźli też popalone i pogięte blachy.
- Dobrze, że z impetem, na gorąco zaczęliśmy. Gdyby upłynęły tygodnie, pewnie ludziom by się tak nie chciało. Nawet komendant powiatowy oczom nie wierzył - mówi Jerzy Krupa.
Dzięki ogłoszeniu z ambony przez księdza Chorębałę apelu o pomoc pogorzelcom, ludziom otworzyły się serca i portfele. Prezes OSP i sołtys wyznaczyli odpowiedzialnego za odbudowę Władysława Kołtuna. Upoważnili też Jerzego Sokoła i Jan Sobianka do zbierania pieniędzy. I ruszyli od domu do domu.

Czyn, że aż furczało!

Sołtys Jan Kozak sam ucierpiał kiedyś w wypadku. Choć utyka, jednak z uśmiechem na ustach chodził do ludzi i prosił o wsparcie dla innych.
- Nie mieliśmy żadnego sprzeciwu. Ludzie solidarnie podjęli się zadania, choć tutaj rolnikom się nie przelewa, ziemie są V i VI klasy. W ciągu trzech tygodni ludzie dali prawie 20 tysięcy złotych. Nikt nie odmawiał. Kto nie miał pieniędzy, zapowiadał wsparcie przy odbudowie. A kiedy ludzie przyszli na budowę, aż furczało! Mieszkańcy Skoków podarowali drzewo, które sami wycięli, zawieźli do tartaku, przetarli na bale, krokwie i na płatwie. Takiego czynu społecznego tam chyba nigdy nie było - zastanawia się sołtys.
Któregoś dnia przywieziono na plac budowy 700 metrów blachy trapezowej. I z marszu ułożono niemal 500 mkw. Przy kryciu dachów nad odbudowaną oborą i nowo stawianą stodołą pracowało 18 osób. Równocześnie dwóch murarzy i pomocnik kończyli wznosić szczyt budynku.
- Prawie z każdego domu ludzie przychodzili do pracy - opowiada Ludwik Donica, który na plac budowy przyjechał rowerem. - Wszyscy mieszkańcy, prawie 380 osób, starali się choćby na moment wpaść do Zdunków. Sam pomagałem przy ścinaniu drzew, w tartaku, przy kryciu dachu.
Władysław Kołtun, wuj poszkodowanego, swój wkład w odbudowę gospodarstwa Zdunków szacuje na 12 dniówek.
- Pomagali mi synowie. Wzięliśmy się po gospodarsku. Za darmo. Nie patrzyliśmy na to, że gdzieś byśmy mogli za to zarobić. Cała budowa jest warta ze 100 tys. zł - podkreśla.
- Odbudowaliśmy już budynek główny stodoły i obory. Pozostało nam tylko wykonać wrota. Już schną przygotowane na nie deski. Jesteśmy też przygotowani finansowo - dodaje sołtys.
Ale to nie koniec pomocy. Za zebrane pieniądze kupiono Zdunkowi ciągnik. Zostało coś jeszcze na inny sprzęt.
Zdunkowie zamówili już u proboszcza mszę świętą dziękczynną za ofiarność ludzi.
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!