piątek, 15 grudnia 2017 r.

Magazyn

Zawód: Pan urzędnik

  Edytuj ten wpis
Dodano: 23 lutego 2006, 12:13

Lubimy swoją pracę. Swoje biurka, pieczątki, procedury, kupki papierów. Najmniej lubimy petentów, którzy ciągle czegoś od nas chcą. Skwaszeni, krzykliwi i wiecznie niezadowoleni. Jakby nie rozumieli, że tu się ciężko pracuje

Najważniejsza sprawa, której pod żadnym pozorem nie można przegapić: punktualnie podpisać listę obecności.
Lista jest bezcenna. Lista może cię zgubić, pogrążyć w oczach szefów i zakończyć twoją błyskotliwą karierę. Bo żaden kierownik w biurze nie lubi spóźnialskich. - U nas są tacy kierownicy, których jedynym obowiązkiem jest właśnie zabranie listy o 7.15. Trudno się dziwić, że traktują to śmiertelnie poważnie - śmieje się Leszek, pracownik urzędu skarbowego.
Leszek się śmieje, bo to jeszcze młody pracownik.

Śniadanie

Po liście jest już z górki. - Pierwsza czynność urzędnika to wstawić wodę do czajnika - Leszek nauczył się tego już w pierwszym tygodniu. - Awaria sieci wodociągowej skutkuje u nas zbiorową paniką. No bo jak: do pracy bez kawy?
Potem urzędnik włącza komputer. Odpisze na maile, wejdzie na swoją ulubioną stronę o wędkarstwie (gołe baby w większości firm są zablokowane!). Poczyta, co w polityce. Zerknie na plotki. Na wciągające jak bagno gierki przyjdzie czas potem.
W niektórych urzędach pracownicy mają dostęp do zwykłych, papierowych gazet prenumerowanych przez rodzimą instytucję. Ale we właściwej kolejności:
- sekretarka, bo przychodzi przed dyrektorem/kierownikiem/naczelnikiem
- dyrektor/kierownik/naczelnik
- lubiani przez powyższych.
Potem śniadanie. O godz. 10 niczego się nie da załatwić. Bilanse, zestawienia i korespondencja idą w odstawkę. Na stołach lądują sałatki, twarożki, nie brakuje też socrealistycznych jajek na twardo i kiełbasy.

Wszyscy w oknach

Po śniadaniu czas na własne interesy. Bank, mechanik albo wyprzedaż w pobliskim sklepie. - Tylko trzeba zostawić włączony komputer i rozłożyć papiery na biurku - przestrzega Anka, urzędniczka z urzędu wojewódzkiego. - Lekki, artystyczny nieład wskazuje, że jesteśmy w samym środku bardzo ważnej sprawy. Wychodząc "w miasto” warto zabrać papierową teczkę. Że niby w służbowej sprawie.
Lepiej nie próbować wyjść dwie minuty przed końcem pracy. Wszyscy stoją w oknach. - Patrzą i zapamiętują. A potem donoszą komu trzeba - dodaje Anka.
- Można się urwać albo pół godziny wcześniej, albo już trzeba odczekać do końca - radzi Leszek.

Dekretacja

Oczywiście, ludzie w urzędach, biurach, instytutach i izbach nie tylko jedzą, grają i załatwiają własne sprawy. Przede wszystkim produkują dokumenty. Stosy dokumentów. Miliony zadrukowanych kartek. Każda z podpisem najważniejszego w hierarchii szefa. Ta jest prosta i nienaruszalna: nad zwykłymi pracownikami stoi kierownik. Wyżej naczelnik, a na samej górze dyrektor. - Moja praca polega na tym, że piszę jakieś pismo. Np. odpowiedź na jakiś wniosek. Zanoszę kierownikowi. On je czyta kilka razy, nanosi poprawki, każe mi napisać ponownie. Poprawione zanosi do naczelnika. Ten zmienia te trzy zdania po swojemu. I znowu mam robotę. Pismo trafia wreszcie do dyrektora. Dyrektor czyta, zastanawia się i w końcu przewraca wszystko do góry nogami. Po jego zmianach okazuje się, że treść jest identyczna, jak ta w pierwotnej wersji - śmieje się pani Ewa, urzędniczka z 15-letnim stażem.
Ale kiedy pismo trafia na biurko, trzeba najpierw sprawdzić, czy na pewno ty musisz zajmować się tą sprawą. - Jeśli uda ci się znaleźć choćby jeden argument za tym, że załatwienie tej sprawy nie leży w twoich kompetencjach natychmiast, idziesz z pismem do swojego szefa - wyjaśnia Marcin. Pracuje w rządowej agencji związanej z rolnictwem, wiec dokumentów na biurku mu nie brakuje. - Szef dekretuje je do innej osoby. Która robi dokładnie to sami, co ty... I już wiadomo, dlaczego załatwienie sprawy w urzędzie tyle trwa.

Naczelnik wszystko widzi

W urzędzie nikomu się nie spieszy. Ale udawanie, że się ciężko pracuje to też harówka. Trzeba chodzić szybkim krokiem po korytarzu. Patrzeć przed siebie nieprzytomnym wzrokiem. Nie rozglądać się. Nie zatrzymywać. Pod żadnym pozorem nie zagadywać do sekretarki. Nie ziewać. W ręku zawsze mieć jakieś papiery. Nie obnosić się z rodzinnymi koneksjami. - Ktoś głośniej powie "ciociu” i cały urząd zamiera - opowiada Anka. - Jak przyszłam do pracy, to pierwsze pytanie moich koleżanek z działu brzmiało: "od kogo jesteś?”
Jednak nie wszędzie wystarczy udawać.
W Urzędzie Miejskim w Świdniku system kontroli pracy urzędników to skomplikowany i, jak twierdzi rzecznik, niezawodny mechanizm, który wychwytuje wszystkie słabe punkty pracowników. - Mamy elektroniczny system obiegu dokumentów, który wprowadziliśmy jako pierwszy urząd w Polsce - chwali się Artur Soboń, rzecznik UM w Świdniku. - Dzięki niemu naczelnik widzi całą historię danej sprawy: kto i w jakim czasie ją załatwił, czy nie było opóźnienia.

Wielki Brat za biurkiem

Janusz Wójtowicz, rzecznik lubelskiej policji dodaje, że pracownicy dostają zakres swoich obowiązków na piśmie. - I są z niego rozliczani przez przełożonych. Zwierzchnicy wydają okresowe opinie o swoich podwładnych. Sami mogą stworzyć sobie system oceny, mają w tej kwestii wolną rękę.
W urzędach trzeba też uważać na komputer i telefon. Czasy, kiedy można było godzinami wisieć na drucie już mijają. Komórki mają limity. Stacjonarne są monitorowane. Po miesiącu przyjdzie szef z billingiem i zacznie się dopytywać, do czego służyły te codzienne, półgodzinne rozmowy pod taki a taki numer.
Z komputerem jeszcze gorzej. Zablokowane strony płatne i pornograficzne. Poza tym administrator sieci może sprawdzić, jakie witryny odwiedzał pracownik i jak długo. Do tego systemy monitorowania maili.
- Niestety, im więcej techniki, tym większe możliwości kontrolowania - wzdycha Leszek.

Pańskie oko

- Nasz urząd działa zgodnie z system jakości ISO. Procedurom podlega każde działanie pracownika, do każdej sprawy przypisany jest określony formularz. Zarządzanie jakością doskonale weryfikuje poziom i wydajność pracy - wylicza Soboń.
Robert Sienkiel, naczelnik III Urzędu Skarbowego w Lublinie przyznaje, że w urzędzie nie ma sformalizowanego systemu oceny wydajności pracy. - Rzecz w tym, żeby pracować, a nie mnożyć dokumenty kontrolne - wyjaśnia Robert Sienkiel. - Każdy kierownik ma kilkuosobowy zespół i na co dzień kontroluje pracę swoich ludzi. W jaki sposób to robi? To już decyzja każdego szefa. Niektórzy stosują tzw. system punktowy, który trafia potem wyżej i na tej podstawie oceniana jest praca zespołu.
W firmach prywatnych to raczej nie do pomyślenia. System zapewnienia jakości ISO śledzi każde działanie ludzi i maszyn. - Niektóre firmy wprowadzają też tzw. fotografie dnia roboczego, które pozwalają zbadać dzienne obciążenie pracą - mówi Marek Spuz vel Szpos, specjalista organizacji i zarządzania. - Generalna zasada jest taka: tam, gdzie rozlicza się pracowników z wykonanych zadań, wydajność pracy jest większa.
  Edytuj ten wpis
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!