poniedziałek, 21 sierpnia 2017 r.

Magazyn

Życie za kratką

Dodano: 26 stycznia 2006, 12:08

Najważniejsza jest odwaga. Pewność siebie. Tupet? Bez przesady. Ale czasem trzeba wrócić oknem, jak wyrzucają drzwiami. Próbować. Aż się uda coś upchnąć

Mariusz przedstawia się jako Maks. Czemu? - To trochę jak Mariusz Max Kolonko. Tak brzmi lepiej - śmieje się sam z siebie Maks. - Światowo. I robi wrażenie.
Do tego garnitur, skórzana aktówka, szybki krok, a w ręku kluczyki do firmowego auta. Zawodowy uśmiech. Lepszy świat, który wraz z nim wkracza do osiedlowego sklepu. Sprzedawać boczek i podwawelską.

Sorry, limit

Maks handlował już właściwie wszystkim. Były mrożonki, książki, ubezpieczenia. Wędliny i segregatory. - Jak już raz załapiesz się na przedstawiciela to przechodzisz z rąk do rąk - opowiada. - Najlepiej oczywiście wyspecjalizować się w jakiejś branży, np. spożywczej albo edukacyjnej. Wtedy jesteś gość, bo masz kontakty.
Maks kontaktów ma w bród. Znają go kierowniczki sklepów, szefowe marketingu, sekretarki, ekspedientki. Po drodze złamał niejedno serce. - Ale jak się już rozkręciłem, to zaraz trzeba się było zwijać... - mówi z żalem.
I liczy, w ilu miejscach już pracował. Wychodzi mu, że w siedmiu. Ale, niestety, nie chodzi o to, że łapał coraz lepsze posady. - To taki system. Przychodzi nowy, chce się wykazać, dostaje na zachętę łatwy rejon, a potem podkręca mu się śrubę. Koleś wypruwa sobie żyły, jeździ na okrągło, myśli, że zwycięży. Szefowie go wzywają, poklepują po plecach, mówią, że w niego wierzą. A potem po prostu nie podpisują z nim umowy. Sorry, nie wyrobiłeś limitu...

Pani stomatolog

- Ja nic nie sprzedaję! - zastrzega Anna. - Jestem przedstawicielem medycznym. Żadnym handlowcem, a już broń Boże sprzedawcą. To trzeba wyraźnie podkreślić.
Dwanaście lat temu skończyła stomatologię. Rok przepracowała w ZOZ-owskiej przychodni (za pięćset złotych miesięcznie i ból krzyża). - Dołowała mnie świadomość, że się marnuję.
Wysłała swoje CV gdzie się dało. Po miesiącu wylądowała w Warszawie na rozmowie. A dwa tygodnie później była już w Tunezji na spotkaniu integracyjnym potężnej firmy farmaceutycznej.
- Jak jechaliśmy z lotniska do hotelu, to myślałam, że śnię. Bajeczna pocztówka na wyciągnięcie dłoni - opowiada Anna. - I to właściwie moje najlepsze wspomnienie z tej wycieczki...
Bo potem był już tylko hotel. Cały dzień szkolenia, prezentacje, wystąpienia. Marketing, sprzedaż, strategia. I tak w kółko.

Za drzwiami

Najważniejsze to zdobyć drzwi. Minąć nerwowy tłum pacjentów, gotowy za cenę życia strzec kolejki przed wyperfumowaną "obcą” w zgrabnym kostiumie. Taka na kilometr pachnie znienawidzonym przedstawicielem zachodniego koncernu, który ograbia zwykłych ludzi na lekarstwach. A zwykli ludzie głupi nie są. - Najpierw jest szum. Potem pojedyncze głosy. Wreszcie krzyk: Gdzie się wpycha bez kolejki?! Odwracam głowę, udaję, że tego nie słyszę. Zrozum: ja nie mogę czekać, aż pani doktor przyjmie ich wszystkich, bo w życiu bym nie wyrobiła swojej normy.
Anna wchodzi do gabinetu. Wykłada na biurko swoje atuty. Te bezpieczne: długopisy, kalendarzyki, naklejki. Prawdziwe asy trzyma dyskretnie na potem. Szkolenie w ciepłym kraju. Weekend w Zakopanem. - To po prostu element mojej pracy. Żadne przekupstwo, tylko zaproszenie do szczegółowego zapoznania się z naszą ofertą - tłumaczy.
I chociaż Anna nie "sprzedaje”, to jej szefowie skrupulatnie oceniają wyniki jej pracy. Oceniają i wyceniają. - Dobra płaca za dobrą pracę - mówi enigmatycznie. - Nie narzekam. Nie zarobiłabym tyle leczeniem zębów.
Do tego służbowe auto, komórka, spory fundusz reprezentacyjny i szkolenia na całym świecie. A jeszcze poczucie przynależności do grupy młodych, szybkich oraz skutecznych. Taka elita.

Kokosy

Ale nic za darmo. Anna musi się bardzo pilnować. Młodsi koledzy depczą jej po piętach. - Teraz młodzi mają piekielny ciąg na bramkę - tłumaczy. - Żadnych obiekcji, skradania, krygowania się. Ruszają w teren i teren jest ich. A ja? Nie znam dnia ani godziny, kiedy mi podziękują. Bo już nie będę najlepsza. Chociaż taka sama, jak zawsze...
Stanisław ma już swoje lata, swoje niemałe doświadczenie życiowe i mnóstwo pokory: cztery lata był bez pracy.
Stanisław sprzedaje całkiem inny towar niż Anna i Maks. Lekcje języka. Przekonuje, że szkołom bardziej opłaci się wynająć lektora z firmy, niż zatrudniać nauczycieli.
Stanisław trzyma się tej pracy rękami i nogami. Obiecał sobie, że już nie będzie na bezrobociu. Dlatego zgodził się - jak to powiedzieli jego szefowie - na amerykański system wynagradzania. Dostaje prowizję od sprzedaży. I nic więcej, więc musi walczyć bez oglądania się na innych.
Klientami Stanisława są dyrektorki szkół. Panie w średnim wieku, z niewielkich miejscowości i wiosek. Stanisław wie, jak z nimi rozmawiać. Co je martwi, czym żyją na co dzień i takie tam. Umie zagadnąć o dzieci, o pracę. Że w portfelu cienko, bo budżetówka, to wiadomo nie kokosy. - Ja jestem taki ciepły człowiek - mówi o sobie. - To ułatwia kontakt.

Amerykański system

A szefowie Stanisława nie ułatwiają mu pracy. Żadnych zachęt, bonusów, gadżetów. Dlatego Stanisław sam kombinuje. A to kupi bombonierkę, a to kawę. Raz zainwestował nawet w album o papieżu. Opłaciło się. - Wzruszona dyrektorka z miejsca podpisała ze mną umowę.
Ile najwięcej zarobił? 1800 zł. Najmniej 200. Szefowie poprosili go wtedy na rozmowę. Powiedzieli, że doceniają jego starania, ale psuje im markę i robi zastój w biznesie. Dali mu dwa tygodnie na podpisanie trzech porządnych zleceń.
Stanisław schudł przez te dwa tygodnie
4 kilogramy. I jak wojenne trofeum przyniósł do firmy nowe kontrakty. Ratując swoją posadę na amerykańskich warunkach.

Zarabiam, wypadam

Lubią mówić o plusach swojej pracy. Że kreatywna, inspirująca, ciekawa... Dająca możliwości. W terenie, z ludźmi, z dreszczykiem adrenaliny. Bez ośmiogodzinnej nasiadówki w biurze. Bez szefa nad głową i kadrowej sprawdzającej listę obecności.
Ale czasem myślą o czym innym. - Sprzedaję, wyrabiam, zarabiam - uśmiecha się Anna. - Nie sprzedaję, nie wyrabiam, wypadam. I koniec.
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!