niedziela, 24 września 2017 r.

Magazyn

ŻYJEMY W PAŃSTWIE PRAWA

Dodano: 11 marca 2005, 11:09

Chciałam się zamknąć w ciemnym pokoju i po prostu przestać żyć - mówi Janina Jaroszuk, której mąż zginął pod kołami samochodu znanego bialskiego lekarza. Nie potrafi powstrzymać łez. Musi jednak żyć dla swoich trzech synów. I czeka, kiedy sąd da jej na to szansę.

Było mroźne popołudnie 20 stycznia ubiegłego roku. 45-letni Stanisław Jaroszuk wracał do domu z wiejskiego sklepu w Lebiedziewie pod Terespolem. - Droga była oświetlona, ale niebezpieczna, bo leżał wtedy zmarznięty śnieg - wspomina Janina Jaroszuk.

Lekarz, który nie pomógł

O tym, że mąż nie żyje, powiedział jej sąsiad. - Wybiegłam na ulicę. Byli ludzie, za moment przyjechała karetka. Pociemniało mi w oczach. Poczułam, że wali się cały świat - mówi pani Janina. Krząta się przy kuchni, podaje herbatę, ciastka. W niedużym wiejskim domu biednie, ale schludnie i czysto.
Wypadek dokładnie widział Mirosław K., który jechał tamtą trasą służbowym samochodem. - W pewnym momencie zauważyłem, że jadący przede mną samochód Audi podrzuciło do góry, zniosło na lewą stronę jezdni, następnie dwa - trzy razy tym samochodem zakołysało. Kierowca doprowadził do tego, że samochód zaczął jechać na wprost i odjechał w kierunku Terespola - tak relacjonował zdarzenie w prokuraturze.
Mieszkańcy Lebiedziewa zapamiętali markę samochodu - audi a6 - i kilka numerów z tablicy rejestracyjnej. Na drodze, obok ciała, znaleziono też tzw. tabliczkę znamionową z numerem silnika. Odpadła od auta po uderzeniu w pieszego. Policja zaczęła sprawdzać, kto mógł jechać tą trasą i szybko trafiła do kierowcy. Okazał się nim Andrzej D., znany bialski ginekolog, który akurat wracał z dyżuru w prywatnym gabinecie w Kodniu. - To był lekarz. Zamiast zatrzymać się i sprawdzić, czy nie można uratować życia mojemu mężowi, odjechał. Po prostu uciekł - pani Janinie łzy strużkami ciekną po policzkach. - Może gdyby się zatrzymał, wyszedł i pomógł mężowi, jego życie dałoby się uratować - łka.

10 tys. za wolność

Bialska policja zatrzymała lekarza. Prokuratura postawiła mu zarzuty spowodowania śmiertelnego wypadku, ucieczki z miejsca zdarzenia i nieudzielenia pomocy Stanisławowi Jaroszukowi. Chciała też aresztowania Andrzeja D. na co najmniej trzy miesiące. Ginekologa przyprowadzono do sądu w kajdankach, jednak lekarz wyszedł stamtąd wolny. Sąd zdecydował, że areszt nie jest konieczny i że wystarczy 10 tys. zł poręczenia majątkowego.
W rozmowie z Dziennikiem lekarz nie chciał mówić o decyzji sądu. - Na szczęście żyjemy w państwie prawa - stwierdził krótko i odłożył słuchawkę.
W czerwcu do sądu w Białej Podlaskiej wpłynął akt oskarżenia przeciwko doktorowi. On sam nie przyznawał się do winy. Twierdził, że nie wiedział o uderzeniu w człowieka.

Za co mamy żyć?

Po śmierci męża na głowie Janiny Jaroszuk zostało 19 hektarów ziemi w Lebiedziewie. - Na gospodarce nie jest lekko, a Staszek miał do tego talent. Potrafił samemu wymyślać i robić różne cudeńka. Na przykład zmontował siewnik. Ciągnik sam reperował - opowiada Janina Jaroszuk, pokazując zdjęcia nieżyjącego męża.
Andrzej D. po wypadku nie kontaktował się z rodziną ofiary. Zmienił zdanie dopiero w październiku, tuż przed pierwszą rozprawą w sądzie. - Przyjechał do nas z jakimś innym mężczyzną, pewnie chciał mieć świadka. Zaproponował 2 tysiące złotych. Nie przyjęłam - mówi Janina Jaroszuk.
Przed wypadkiem Jaroszukowie uprawiali warzywa i powodziło im się nie najgorzej. - Jak zabrakło męża, to nie potrafiłam się odnaleźć. Warzyw już nie mamy, a zboże i kukurydza w tamtym roku źle obrodziły. Jest nam bardzo ciężko - mówi pani Janina i wylicza domowe wydatki. - Najstarszy syn uczy się w liceum, chce iść na studia, wybrał architekturę krajobrazu. Dwóch młodszych także się uczy. To wszystko kosztuje. Renty KRUS i tego co zarobię na polu wystarczy na opłaty za ogrzewanie, wodę i elektryczność. Ledwo udaje się związać koniec z końcem - żali się.
Janinie Jaroszuk pomogła rodzina i dobrzy ludzie z sąsiedztwa. - Tylko dzięki nim udaje mi się jakoś uprawiać pole - mówi kobieta. Szansą dla rodziny Jaroszuków może być odszkodowanie, o które wystąpili do firmy ubezpieczeniowej. - Żądamy miliona złotych. Zdaję sobie sprawę, że to astronomiczna i nierealna kwota, ale chcę, żeby to sąd wycenił, ile pieniędzy jest warte życie mojego męża. Dla nas jest bezcenne - mówi Janina Jaroszuk.

Najechał na kłodę

Na decyzję w sprawie odszkodowanie rodzina Jaroszuków musi jednak czekać do czasu zakończenia sprawy karnej w sądzie. A ta ciągnie się już od dziewięciu miesięcy. - W ciągu tego okresu można urodzić dziecko - ironizuje jeden z bialskich prokuratorów, który nie chce upubliczniać swego nazwiska. - Tego typu sprawa powinna być prowadzona w sposób rytmiczny, a kolejne rozprawy powinny się odbywać w jak najkrótszych odstępach czasu. To zbyt poważny proces, żeby od jednej do drugiej rozprawy mijało kilka miesięcy.
Tymczasem z analizy przebiegu sprawy w Sądzie Rejonowym w Białej Podlaskiej wynika, że sprawa Andrzeja D. idzie wyjątkowo opornie. Akt oskarżenia wpłynął do prokuratury w czerwcu ubiegłego roku, jednak pierwsza rozprawa odbyła się dopiero w październiku. Prokurator odczytał na niej akt oskarżenia, a Andrzej D. złożył wyjaśnienia. - Oślepiły mnie światła samochodu jadącego z drugiej strony. Potem najechałem na półtorametrową kłodę. Nie miałem pojęcia, że przejechałem człowieka - stwierdził lekarz.
Nikt o zdrowych zmysłach w to nie uwierzy. Jeśli uderza się w kłodę samochodem wartym kilkadziesiąt tysięcy złotych, to chyba naturalne jest zatrzymanie się i spojrzenie na maskę samochodu, jakie są uszkodzenia - nie ma wątpliwości Janina Jaroszuk.
Sąd w październiku zdążył przesłuchać kilku świadków. A potem w sprawie już nic się nie działo. Następna rozprawa miała się odbyć w listopadzie, jednak nie doszło do niej z powodów proceduralnych. Kolejną wyznaczono dopiero na dzisiaj.
Prezes Sądu Rejonowego w Białej Podlaskiej twierdzi, że w sprawie nie ma opóźnień. - Mam pełne zaufanie do przewodniczącego wydziału, w którym toczy się sprawa. Wiem, że wydział boryka się z pewnymi problemami kadrowymi. Być może stąd dość długi czas oczekiwania na wyrok - mówi sędzia Waldemar Bańka.

Sąd sprawdzi sąd

Sąd w Białej Podlaskiej podlega lubelskiemu Sądowi Okręgowemu. Jego prezes Teresa Czekaj zapowiada, że po informacji Dziennika zainteresuje się postępami sprawy Andrzeja D. – Zwrócimy się do sądu w Białej Podlaskiej o przesłanie akt. Sprawdzimy, czy sąd w należyty sposób wywiązywał się ze swoich obowiązków – mówi.
Janina Jaroszuk opisała swoją sprawę w liście do Dziennika. „W zachowaniu i słowach Andrzeja D. nie wyczułam żadnej skruchy ani żalu z powodu tego, co się stało” – czytamy słowa napisane równym pismem. – Jestem w sytuacji patowej – mówi kobieta. – W tej chwili mogę liczyć tylko na sąd.
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!