poniedziałek, 23 października 2017 r.

Puławy

Jak po trufle to... do Nałęczowa (mp3)

  Edytuj ten wpis
Dodano: 14 grudnia 2006, 15:35

Kiedy miała 5 lat, pojechała do majątku babci w Wilkołazie. Zapamiętała smak parmezanu i dobrych oliwek.

Po latach postanowiła, że wróci do tamtych wspomnień. W jej zaczarowanym sklepiku pachnie truflami, kakaowym ziarnem i chałwą. A w kolejce ustawiają się ludzie po szczęście.

W poniedziałek o 18 Nałęczów pustoszeje. Z piekarni Zarzyckiego pachnie zaczynem na poranny chleb. W sklepiku "Aga” Agnieszka Rodzik dogląda półek. Po chwili niesie z zaplecza 3 słoiki pasty truflowej. I jak skarb układa pomiędzy słoiczkami suszonych pomidorów, w których zaklęte jest toskańskie niebo.
- Po truflową pastę przyjeżdżają do mnie ci, którzy kochają dobry smak.
• A może to przez Francuzów, którzy uważają trufle za największy afrodyzjak?
- Może - zagadkowo uśmiecha się Agnieszka. Wysoka blondynka, zdecydowane usta i oczy, które chowa za okularami. Małomówna. Dopiero, gdy zapytam o przepis z pastą truflową - w jej oczach zapalają się ogniki radości.

Oszołomienie

- No, jestem łakomczuchem - uśmiecha się.
• Pani Agnieszko, kupuję pastę truflową. Pod choinkę. Co dalej?
- W sobotę będę miała ser provolone. Żółty, twardy, z mleka krowiego zmieszanego z owczym. Trzeba ukroić plastry, włożyć do malutkich kamionek, na to po łyżce truflowej pasty i zapiec. Proszę podać żonie z kawałkiem placka pod pizzę. Po włosku foccacio, którym zgarnia się ten cudowny serowo-truflowy krem.
• A najprościej?
- Ugotować dobry makaron. Na przykład tagliatelle. Ale mogą być kokardki. Dodać 2 łyżki pasty truflowej. Wymieszać. Do tego białe wino.

Podróż sentymentalna

Siedzimy w kafejce schowanej za restauracją "Pavillon”.
Agnieszka zamyka oczy. Opowiada. O małej Agnisi, która wybrała się w podróż do majątku babci Marii Radomskiej w Wilkołazie. Edmund Radomski (pradziadek Agnieszki) był administratorem majątku Zamoyskich.
- Kiedy dziś wspominam tamten szczęśliwy czas, to został mi na języku smak parmezanu, dobrych oliwek, kaparów z nasion nasturcji, które zniknęły z polskich domów w czasie PRL.
• Zostały jakieś pamiątki w domu po babci?
- Po dziadku ze strony ojca Janie Czyżewskim. Została też w rodzinie romantyczna historia o babci Leokadii Czyżewskiej. Mieli z dziadkiem duży dom, winnice, w Rostowie nad Donem. A ona całe życie kochała się w jednym Gruzinie - opowiada Agnieszka Rodzik.

Parmigiano reggiano

Nazwę parmigiano reggiano ma prawo nosić tylko król włoskich serów.
Czyli parmezan pochodzący z okolic Parmy.
- Potrzebuje dwóch lat, żeby dojrzał w nim ostry aromat. Im starszy ser, tym intensywniejszy jego smak. Włosi używają tego sera prawie do każdego posiłku. We włoskich lokalach na każdym stole stoi miseczka z tartym parmezanem. Równie dobry jest ser grana padano. Wystarczy kupić sobie mały kawałek. W lodówce poleży długo. Zetrzeć na tarce. Do makaronu, pizzy. Miód - opowiada Agnieszka. I wzdycha: Ale ze mnie łakomczuch.
• Co do sera pod choinkę?
- Ja bym sobie kupiła na święta kapary. Najlepiej w soli. Doskonałe do sałatek. Buteleczkę dobrej oliwy. I koniecznie oliwki. Na różne sposoby nadziewane. Najlepiej kawałkami cytryny.

Razem

Dziś wstała przed piątą rano.
Mąż, Grzegorz już o czwartej był po towar.
O szóstej w sklepie.
Sprawdzenie, co na półkach.
O 10 wspólna kawa.
Potem faktury, kwity.
I tak do wieczora.
Potem obiad.
Raz gotuje Agnieszka, raz mąż.
Co?
Na przykład romans polędwicy z truflami.
- Musi pan polędwicę wołową pokroić w medaliony. Nie rozbijać, tylko lekko rozgnieść ręką. Co najwyżej pobić tępą stroną noża. Oprószyć solą z pieprzem. Posmarować grillową patelnię oliwą za pomocą pędzelka. Pod koniec smażenia na wierzch mięsa nałożyć trochę pasty truflowej. Zostawić na minutkę. I podać z rukolą. W otoczeniu pieczonych ziemniaków.
• Czy bez męża sklep dałby radę?
- Nigdy w życiu. To on jest przebojowy, potrafi zaryzykować. A poza tym, ciągnie mnie, mięczaka - do góry. I za to dziękuję mu - dodaje Agnieszka. - I kochanym dziewczynom: Wioli Lewtak i Eli Skorupskiej.

Oszołomienie z czekoladą w tle

Znów jesteśmy w sklepiku Agnieszki
Ktoś kupuje oliwki nadziewane anchois.
- Pamiętam, jak często wpadała do nas Hanka Bielicka. Rozglądała się, dajcie kochane jakieś pralinki - mówiła, kupowała, dobierała dobrą czekoladę. Tak jak Ewa Sałacka. Bo w dobrej czekoladzie jest zaklęta dobroć.
• Co to znaczy?
- No, człowiek jak zje kawałek, robi się lepszy. Na przykład czekoladę z ziarnami kakaowego drzewa. Albo z ostrą papryczką chili.
• Czekolada, na ostro?
- To niech pan spróbuje z kimś bliskim zjeść czekoladę o aromacie cytrynowej trawy. Z ziarnami zielonego pieprzu. Albo czekoladę z indyjską garam masala. Coś niebywałego. Oszołomienie. Jeszcze lepsza może być tylko chałwa Koska - opowiada Agnieszka Rodzik.
Nałęczowski restaurator, Jerzy Strzyż twierdzi, że Agnieszka jest w Nałęczowie skarbem.
- Proszę pana, w malutkim sklepiku, na paru metrach ma pan cały świat na dłoni. Tyle dobroci - mówi Strzyż.
• Cena nie jest zaporą?
- Słoiczek wyśmienitych suszonych pomidorów kosztuje 8 zł. Starczy na kilkanaście potraw. Puszka oliwek z cytryną podobnie. Jasne, że trufle są drogie. Ale czy ja wiem. Słoik ma prawie pół kg, kosztuje około 50 zł. Bierze się po łyżce do potrawy. Resztę zalewa oliwą. W lodówce stoi kilka miesięcy.

Chałwy smak

Kupuję chałwę. W kłębuszkach.
W eleganckim pudełku tuzin białych kłębuszków.
- Wyjmuje pan jedną kulkę, rozsnuwa na talerzu jak watę cukrową. Palce się lepią nieprzyzwoicie. Teraz na patelnię pół tabliczki czekolady. Delikatnie rozpuścić i cienką strużką polać chałwę na talerzu - opowiada Agnieszka Rodzik.
• Czy miała pani taki moment, że rzuci pani sklep?
- Niejeden raz.
• Co przeważyło?
- Mąż, który mnie wspiera...
W sklepiku Agnieszki coraz to zjawi się gwiazda z pierwszych stron gazet.
Przy okazji pobytu w salonach odnowy, termach, sanatorium.
- Nie chcę się licytować na nazwiska. Bo nie to jest najważniejsze.
• A co?
- Że tu wracają. Opowiadają, co ugotują na święta. Podpowiadają, czego jeszcze nie mam, co mąż powinien sprowadzić. Ale tak naprawdę to nie gwiazdy są najważniejsze.
• A kto?
- Mieszkańcy miasteczka. Starsza pani, która ze skromnej emerytury kupi sobie chałkę obok, do mnie przyjdzie po konfiturę z imbirem. Emerytowany profesor medycyny - przychodzi po buteleczkę balsamico. Nauczycielka po świeżą rukolę. A zakochani po Koskę.
• Kłębuszki?
- Tak, nie mogą się powstrzymać. Wyjmują z pudełka i karmią się nawzajem. Może te kłębuszki przynoszą szczęście - mówi w zadumie.

Posłuchaj więcej: Magdalena Caffe - sobota po godz. 13 w Radiu ER


  Edytuj ten wpis
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!