Na ligowe spotkanie kibice obu klubów czekali ponad 16 lat. Kiedy 28 września 2024 roku piłkarze Śląska Wrocław wybiegli na murawę Areny Lublin, "Niezniszczalni" dopiero oswajali się z realiami Ekstraklasy, do której wrócili po 32 latach nieobecności. Ich rywale przyjechali do Lublina jako aktualni wicemistrzowie Polski. Mimo dzielącej obie drużyny różnicy doświadczenia, to Motor schodził z boiska w roli zwycięzcy, a samo spotkanie zakończyło się w sposób, który na długo zapadł w pamięci lubelskich kibiców.
Śląsk prowadził od 44. minuty po trafieniu Jakuba Świerczoka. W 83. minucie do wyrównania doprowadził Christopher Simon, ale prawdziwa eksplozja radości nastąpiła dopiero w ósmej minucie doliczonego czasu gry. Marek Bartos podszedł do rzutu wolnego z odległości około 25. metrów i kapitalnym uderzeniem umieścił piłkę w bramce gości. Motor wygrał 2:1, a fantastyczny strzał słowackiego obrońcy był ostatnim akcentem tego spotkania.
W rewanżu rozegranym 5 kwietnia 2025 roku we Wrocławiu, emocji również nie brakowało. Gospodarze objęli prowadzenie w 20. minucie za sprawą Arnau Ortiza, a w 76. minucie odpowiedział popularny Mbaye "Jacuś" N'Diaye. Remis 1:1 nie zadowolił szczególnie Śląska, który rozpaczliwie potrzebował wówcza punktów w walce o utrzymanie. Ponad 26 tysięcy kibiców obserwowało, jak wrocławianie tracą kolejną okazję do wydostania się z ostatniego miejsca w tabeli.
I tak ponowne spotkania po wielu latach rozłąki okazały się epizodem. Motor, wbrew powszechnemu przekonaniu części ekspertów, zakończył swój pierwszy sezon po powrocie do Ekstraklasy na wysokim, siódmym miejscu. Śląsk tymczasem, zaledwie rok po zdobyciu wicemistrzostwa, pożegnał się z najwyższą klasą rozgrywkową. Dla klubu z Wrocławia oznaczało to zakończenie siedemnastoletniego nieprzerwanego pobytu w piłkarskiej elicie.
Ekspresowy powrót w cieniu finansowych problemów
Dla Wrocławian zaplecze Ekstraklasy było niezbyt komfortowe i nie zamierzali zagrzać tam długo miejsca. Choć spadek w sezonie 2024/2025 był dla klubu sportową i wizerunkową katastrofą, jego władze zdecydowały się pozostawić na stanowisku trenera Ante Simundzę. Słoweniec przejął drużynę 24 grudnia 2024 roku. Nie zdołał uchronić jej przed degradacją, jednak wiosenna poprawa gry przekonała właścicieli, że warto pozostawić szkoleniowca na kolejny sezon.
Kredyt zaufania spłacił się w przeciągu roku. Śląsk zakończył sezon 2025/2026 na drugim miejscu w I lidze, a bezpośredni awans przypieczętował 17 maja zwycięstwem 3:1 nad Polonią Bytom. Dwa dni później klub poinformował o przedłużeniu kontraktu Simundzy do czerwca 2028 roku. We Wrocławiu na chwilę odetchnęli. Jeden problem udało rozwiązać się w przeciągu niespełna 10 miesięcy, ale pozostał drugi. Znacznie poważniejszy.
Z opublikowanego w kwietniu sprawozdania finansowego wynikało, że Śląsk zakończył 2025 rok stratą netto wynoszącą około 27,5 mln zł. Przychody klubu spadły do niespełna 32 mln zł, podczas gdy koszty działalności operacyjnej przekraczały 67 mln zł. Ujemny kapitał własny osiągnął niemal 6 mln zł. Przyszłość klubu pozostawała uzależniona od wsparcia właściciela, czyli miasta Wrocław, które na 2026 rok zabezpieczyło 40 mln zł na jego dokapitalizowanie.
Sytuacji nie poprawiały nieudane próby prywatyzacji. Pod koniec 2025 roku zakończono bez porozumienia negocjacje dotyczące sprzedaży większościowego pakietu akcji prywatnemu inwestorowi. Śląsk pozostał w rękach miasta, a kolejne publiczne pieniądze miały zapewnić mu możliwość funkcjonowania i sportowej odbudowy.
Z pustego i Salomon nie naleje, więc przed pionem sportowym stało nie lada wyzwanie. Dyrektor Rafał Grodzicki musiał szukać wzmocnień w miarę możliwości bezkosztowych. Przed startem rozgrywek pozyskano siedmiu nowych piłkarzy, w tym Karola Niemczyckiego, Grzegorza Tomasiewicza i Dominika Szalę. Kolejne wzmocnienia przeprowadzano już w trakcie sezonu. Najgłośniejszym było sprowadzenie pod koniec sierpnia Karola Linettego, byłego reprezentanta Polski powracającego do Ekstraklasy po dziesięciu latach spędzonych w Serie A i tureckiej Super Lig.
Przedstawiciele klubu przekonywali, że transfery zostały starannie zaplanowane, a budowę drużyny oparto się na konkretnych potrzebach taktycznych, podnosząc jednocześnie jakość zespołu. Przy okazji konieczne było spełnienie jeszcze jednego warunku, tj. nienarażanie budżetu płacowego na wielomilionowe obciążenia. Wyprzedaże w świecie piłki wszak się zdarzają, jednak finansowa optymalizacja nie zawsze może iść w parze ze sportowymi ambicjami. Śląsk musiał zbudować drużynę zdolną do utrzymania w Ekstraklasie, jednocześnie ograniczając wydatki i próbując uporządkować skutki wcześniejszego kryzysu. Patrząc na obecną sytuację Śląska Wrocław w tabeli – realizacja przyjętych założeń przychodzi z trudem.
Gra lepsza niż wyniki? Brejdaki nad ligową przepaścią
Początek sezonu 2026/2027 brutalnie zweryfikował oczekiwania obu klubów. Śląsk po dziesięciu meczach ma na koncie zaledwie sześć punktów, na które złożyły się jedno zwycięstwo, trzy remisy i sześć porażek. Wrocławianie zajmują przedostatnie, siedemnaste miejsce w tabeli Ekstraklasy. Ich jedynym dotychczasowym ligowym zwycięstwem pozostaje sierpniowa wygrana 2:1 z Rakowem Częstochowa.
Niewiele lepiej przedstawia się sytuacja drużyny Mariusza Misiury. Pomimo wyjazdowej wygranej z Radomiakiem, lublinianie zgromadzili dotąd dziewięć punktów w dziesięciu meczach i zajmują czternastą lokatę. Motorowcy zdołali odnieść zaledwie dwa zwycięstwa. Przed przerwą reprezentacyjną przez pięć spotkań ligowych pozostawali bez wygranej, a ostatnim akcentem tej serii był bezbramkowy i całkowicie bezbarwny występ zakończony remisem z liderującym Górnikiem Zabrze.
Podobieństwa nie kończą się na liczbach. Obie drużyny mają problemy z przekładaniem „momentów” na punkty, a ich trenerzy muszą mierzyć się z rosnącą presją. Różne są natomiast okoliczności, w których znaleźli się szkoleniowcy.
Śląsk postawił na ciągłość i zaufał człowiekowi, który wywalczył awans. Motor latem przeszedł rewolucję, która pożarła już nie tylko autorów największego sukcesu w XXI wieku, ale trawi w dosyć szybkim tempie zaufanie kibiców do władz klubu. Mateusza Stolarskiego, odpowiedzialnego za historyczny powrót do Ekstraklasy i dwa sezony utrzymania, zastąpił Mariusz Misiura, który miał być gwarantem wykonania kolejnego kroku w rozwoju sportowym klubu. Decyzja właściciela Motoru, Zbigniewa Jakubasa, od początku budziła duże emocje. Słaby start nowych rozgrywek tylko je spotęgował, a każdy kolejny mecz jest tym z rodzaju „za sześć punktów”.
Miejsce mało luksusowe
Po wrześniowym remisie z Górnikiem na trybunach Areny Lublin pojawił się transparent skierowany do trenera: „Mariusz, nasze miejsce w tabeli jest jakby mało luksusowe”. Misiura nie próbował bagatelizować sytuacji. Przyznał, że dorobek jednego zwycięstwa po dziewięciu spotkaniach jest nie do zaakceptowania, a wszyscy członkowie drużyny zdają sobie sprawę z rozczarowujących wyników.
We Wrocławiu dyskusja koncentruje się natomiast na tym, czy wyniki rzeczywiście oddają poziom prezentowany przez drużynę i wciąż liczą, że wypracowane mechanizmy „zaczną oddawać”. Prezes Remigiusz Jezierski w wywiadach przekonywał, że Śląsk gra lepiej, niż sugerowałaby jego pozycja w tabeli. Wskazywał na ofensywny sposób gry i liczbę stwarzanych sytuacji, dostrzegając jednocześnie presję związaną z niewielkim dorobkiem punktowym.
Wrocławianie rzeczywiście mogą mieć powody do frustracji. W spotkaniach z Koroną Kielce i Wisłą Kraków tracili decydujące bramki w doliczonym czasie gry. Podobnie było podczas wyjazdowego starcia z Legią Warszawa, kiedy rywale doprowadzili do remisu 1:1 w samej końcówce. W trzech takich meczach Śląsk stracił łącznie pięć punktów, które mogłyby znacząco poprawić jego sytuację w tabeli.
Punkty towarem deficytowym
Trudno jednak wszystkie niepowodzenia tłumaczyć pechem. Te same błędy w defensywie, problemy z koncentracją i brak skuteczności również są elementami piłkarskiej jakości. Szczególnie wyraźnie pokazało to ostatnie spotkanie z Lechem Poznań. Wrocławianie przegrali u siebie 1:4, ponosząc czwartą z rzędu ligową porażkę. Po meczu Ante Simundza wziął odpowiedzialność za wynik na siebie, wskazując jednocześnie na różnicę w dojrzałości i indywidualnych umiejętnościach zawodników obu zespołów.
Czy zatem Śląsk faktycznie gra lepiej niż punktuje? W pojedynczych spotkaniach można znaleźć argumenty potwierdzające tę tezę, ale dziesięć kolejek to już wystarczająco dużo, by dostrzec powtarzalność problemów. Drużyna potrafi nawiązać równorzędną walkę z przeciwnikami, lecz zbyt często nie potrafi jej korzystnie zakończyć.
W sobotę na Arenie Lublin naprzeciwko siebie staną więc zespoły, które łączy nie tylko wieloletnia przyjaźń kibiców, ale również niepokojąco podobna sytuacja sportowa. Dla obu drużyn punkty stały się towarem deficytowym, a kolejne niepowodzenie może doprowadzić do zmian na ławkach trenerskich obu drużyn.


Komentarze