Najpierw odkryłem Tip-Top przy Al. Racławickich. To chyba była wtedy najważniejsza miejscówka dla studentów i uczniów z pobliskich szkół, bo zawsze było tam pełno ludzi, a powietrze było gęste od papierosowego dymu. W Tip-Top przesiadywało się godzinami, w lecie przy piwie, a w zimie przy czarnej, sypanej kawie i grzanym winie. Ceny były przystępne, na studencką kieszeń, dlatego lokal cieszył się ogromnym powodzeniem. I trzeba zaznaczy, że wówczas była to zdecydowanie bardziej kawiarnia niż knajpa. Wcześniej odbywały się tam również koncerty i potańcówki, było pianino, więc to była taka trochę artystyczna kawiarnia, która z czasem straciła ze swojej świetności i całkowicie zmieniła swój charakter.
Bary II kategorii
Na początku studiów żywiłem się w stołówce uniwersyteckiej, tzw. Dziekance, ale prawdę mówiąc po pierwszym roku miałem dosyć tego samego stołówkowego żarcia: leniwych, kaszy z sosem i ogórkowej. Zacząłem stołować się w barach. Szlak wiódł prostą drogą: Al. Racławickie – Krakowskie Przemieście. Pierwszy był bar w Astorii na rogu Al. Racławickich i ul. Lipowej. Tu można było naprawdę dobrze zjeść albo kupić coś na wynos, bo jedzenie dostarczały lubelskie knajpy. Astoria miała też na piętrze elegancką kawiarnię, ale tam raczej nie bywałem. To był lokal dla „lepszych” gości, nie dla skromnego studenta. Pamiętam, że chyba na przełomie 93/94 roku, w Astorii otworzył się pierwszy w Lublinie Burger King. To był okres, gdy fast-foody zaczęły wchodzić do Polski. Dla nas to był powiew zachodu i trochę się tym wszyscy zachłysnęliśmy. Był czas, że żywiłem się tylko cheesburgerami z Burger Kinga za 2,20 zł. Jak miałem dodatkowe 1,50 zł to kupowałem frytki. Studenckie bary szybko podchwyciły ten trend i w barku Wydziału Ekonomii, a zaraz potem w podziemnym barku Wydziału Prawa UMCS pojawiły się gorące hamburgery.
Ale wracam do centrum miasta. Na rogu Krakowskiego Przedmieścia i Kołłątaja był mój ulubiony samoobsługowy bar Centralny. Siadało się tam na wysokich stołkach i można było zjeść dobre flaki, zraziki, krokiety. Wszystko w przystępnych cenach. A do tego kompot owocowy. Tace z jedzeniem przesuwały się na specjalnych szynach, a na końcu była kasa. Szybko, tanio, smacznie. Luksus jak na tamte czasy.
Konie za furą
Wielkie oblewanie zaliczonej sesji albo magisterki odbywało się w Karczmie Słupskiej, która zastąpiła kultowego Fafika. To był lokal wyjątkowy pod każdym względem, z rozmachem i góralską fantazją. Bar był imitacją końskiego wozu, przy którym siadało się na bujanych, skórzanych koniach. Dla samych tych koni warto było wybrać się do Karczmy Słupskiej! Zabawa była przednia, bo po pijaku co rusz ktoś spadał z takiego konia, trzeba było go wsadzać z powrotem i tak bez końca. Końskich elementów było tam zresztą więcej: chomąta, podkowy, lejce. Chodziło się tam głównie na wódeczkę do baru, ale żarcie też było smaczne, głównie dania mięsne. Podawali kelnerzy w ludowych strojach dostosowanych do wystroju lokalu, grała muzyka. Z ciekawostek: w lokalu w latach 90. Odbywały się dancingi i pracowały wciąż fordancerki – panie, które tańczyły z panami za pieniądze. Trzeba było uważać, szczególnie po paru głębszych, żeby przypadkiem nie dać się wciągnąć na parkiet, bo to mogło sporo kosztować.
W podziemiu
No i Hades – moja miłość od pierwszego wejrzenia. Zaczęło się od imprez w Disco-Bar Hades, który ulokował się w podziemiu Lubelskiego Domu Kultury przy ul. Pstrowskiego (dziś Peowiaków). Kameralne miejsce pachnące starymi cegłami, czarną kawą, piwem i papierosowym dymem. Świetna muzyka, ludzie związani ze środowiskiem artystycznym, fajny, klubowy wystrój.
To było miejsce z charakterem i atmosferą. Przyciemnione światła, niskie sklepienia korytarzy, wąskie, strome schody na górę. W salach obok klubu odbywały się różne zajęcia i warsztaty artystyczne, grali muzycy, spotykali się lubelscy bardowie, uczniowie recytowali poezje. To był taki trochę krakowski klimat, była piosenka studencka, ale też jazz i rock.
To do Hadesu zabrałam swoją dziewczynę na nasze pierwsze wspólne andrzejki i na koncert Jana Kondraka. I aż do ostatnich dni Hadesu w podziemiu LDK wracaliśmy tam co roku – już jako małżeństwo, wspominając piękne, studenckie czasy.



Komentarze