Iwona zaczęła się martwić już po godzinie 22.00, bo wtedy zamykano ich akademik. Jeśli Jola nie wróciła do tej pory, to wiadomo było, że tego dnia już nie wróci. Ale zaraz sama się uspokoiła: Pewnie się zagadały i przenocowała u Doroty, żeby nie wracać po nocy. Dziewczyny dobrze wiedziały, że gęsto porośnięte okolice Miasteczka Akademickiego nie należą do najbezpieczniejszych. W dodatku zima tego roku mocno dawała się we znaki. Był 22 stycznia 1991 roku.
Nie dotarła do „Heliosa”
Kiedy rano Joli wciąż nie było i nie pojawiła się również na porannych wykładach, w Iwonie zaczął narastać niepokój. Coś było nie tak. Nie zdarzyło się dotąd, żeby znana ze swojej rozwagi Jola nie dała tak długo znaku życia, żeby bez powodu opuszczała zajęcia. Iwona natychmiast zadzwoniła do Doroty. Zmroziło ją, gdy usłyszała, że Jola wyszła od niej poprzedniego dnia przed 21.00. Do domu studenckiego „Helios” miała spacerkiem kilkanaście minut.
Nigdy do niego nie dotarła.
23 stycznia 1991 roku rodzina zawiadomiła policję o zaginięciu 23-letniej Jolanty Tchórz, studentki 5 roku Wydziału Pedagogiki Psychologii na UMCS. Ruszyły szeroko zakrojone poszukiwania zaginionej dziewczyny.
Każdy kawałek przeszukany
Najpierw sprawdzono izby przyjęć, szpitale i komisariaty. Nic, żadnego śladu. Potem policjanci ruszyli w teren. Dokładnie sprawdzili trasę od bloku Doroty na LSM do akademika Helios. Tę na skróty, którą Jola najczęściej wybierała i tę dłuższą. Równolegle poszukiwania objęły okoliczne tereny, pustostany, piwnice, studzienki.
Koleżanki zaginionej studentki dokładnie opowiedziały służbom o jej zwyczajach, codziennej rutynie, charakterze. Żadna z nich nie miała wątpliwości, że dziewczyna nie zniknęłaby z własnej woli, bez słowa wyjaśnienia. Była odpowiedzialna, spokojna, zorganizowana i miała konkretne plany na przyszłość. To nie był typ „rozrywkowy”. Wręcz przeciwnie: jej życie skupione było wokół studiów i wspólnoty "Wiara i Światło".
Żadnego tropu
Mijały kolejne dni, a poszukiwania nie przynosiły żadnego rezultatu. Sprawy nie popychały do przodu ani rozpytania wśród znajomych Joli, jej byłego chłopaka, studentów z akademika, taksówkarzy, ani sprawdzenie środowiska przestępczego. Policja nie miała wciąż żadnego tropu, a w środowisku studenckim rozkręcała się spirala strachu. Dziewczyny bały się samotnie wychodzić na zajęcia, a Małpi Gaj (park w Miasteczku Akademickim), przez który mogła wracać Jolanta studenci obchodzili szerokim łukiem.
Na Kambodży
Przełom nastąpił 28 stycznia, sześć dni po zaginięciu. Około godziny 16.00 policjanci patrolujący teren Miasteczka Akademickiego zauważyli na śniegu ślady krwi. 300 metrów dalej, w opuszczonej strzelnicy wojskowej na zaniedbanych terenach zwanych "Kambodżą", odnaleźli zwłoki kobiety.
To miejsce od lat okryte było złą sławą. Dochodziło tam do napadów i rozbojów, zaczepek i napaści na kobiety. Tu buszowali ekshibicjoniści A równocześnie był to często wybierany przez studentów skrót na Miasteczko. Tędy lub nieopodal mogła 22 stycznia wracać do akademika Jolanta.
Podejrzenia się potwierdziły. Ofiarą była zaginiona 23-letnia Jolanta Tchórz.
Wstrząsające
Zwłoki zostały starannie ukryte: przykryte jesionką, kawałkami papy i przysypane grubą warstwą śniegu. Prawdopodobnie zostały tu przeniesione lub przewiezione z miejsca zbrodni, gdyż odkryte ślady nie odpowiadały skali obrażeń odniesionych przez ofiarę. A te były wstrząsające, nawet dla doświadczonych śledczych.
Ciało leżało twarzą do ziemi, w zagłębieniu. Dziewczyna nie miała majtek, rajstop i butów, jej ubrania były porozrywane, zdarto z niej biustonosz, który leżał obok. Jolanta miała rozległe obrażenia głowy, spowodowane licznymi uderzeniami tępym narzędziem. Były one tak silne i brutalne, że czaszka dziewczyny pękła. O tym, że ofiara rozpaczliwie walczyła o życie, świadczyły połamane paznokcie i krwawe ślady na dłoniach. Jej całe ciało nosiło ślady brutalnego pobicia i tortur.
Ale najgorsze były obrażenia twarzy. Brakowało na niej fragmentów warg, które prawdopodobnie zostały przez sprawcę odgryzione. Śledczy przyznali, że z tak bestialską, brutalną i okrutną zbrodnią nie mieli dotąd do czynienia.
Całe miasto w strachu
Wszystkie elementy wskazywały na zbrodnię na tle seksualnym. Ale biegli z Zakładu Medycyny Sądowej w Lublinie nie byli w stanie jednoznacznie tego potwierdzić. Jedno było pewne: zabójca działał z wyjątkową brutalnością i bezwzględnością.
I wciąż był na wolności.
Życie na Miasteczku Akademickim wymarło, a lokalne dzienniki apelowały do mieszkańców o ostrożność i zgłaszanie na policję wszystkich niepokojących sytuacji. Po mieście zaczęły krążyć plotki o wampirze, który poluje na młode kobiety i brutalnie je okalecza.
Śledztwo ruszyło pełną parą. Przesłuchano kilkaset osób, a równolegle zaczęto analizować wcześniejsze ataki na młode kobiety w Lublinie. Okazało się, że 22 stycznia 1991 r., przed kilka godzin przed zaginięciem Jolanty, w tej samej okolicy parku akademickiego nieznany mężczyzna zaatakował dwie studentki. Udało im się uciec. Trzy inne dziewczyny tuż po godzinie 20.00 tego samego dnia zostały zaatakowane w parku akademickim przy ulicy Sowińskiego.
Dwa portrety
Zeznania dziewczyn pozwoliły na sporządzenie portretów pamięciowych potencjalnych napastników. Powstały dwa odrębne rysunki. Na jednym z nich widać mężczyznę o ciemnych, gęstych, dłuższych włosach zaczesanych na bok. Wiek 25-30 lat, wzrost ok. 170 cm, budowa krępa. Na drugim portrecie mężczyzna ma krótkie włosy, tzw. jeżyk, wiek 30-35 lat, wzrost ok. 180-185 cm, budowa szczupła. To byli dwaj inni mężczyźni, wyraźnie się od siebie różniący. Czy tego dnia po Miasteczku Akademickim grasowało dwóch napastników?
Lubelskie gazety opublikowały oba portrety pamięciowe apelując do mieszkańców o zgłaszanie wszelkich informacji w sprawie. Jak pisały gazety: sygnałów wpłynęło bardzo wiele. Żaden z nich jednak się nie potwierdził.

Wampir z Bytowa
Wydawało się, że przełomem w tej sprawie będzie zatrzymanie seryjnego zabójcy i gwałciciela Leszka Pękalskiego, tzw. Wampira z Bytowa.
Pękalski został aresztowany w grudniu 1992 jako podejrzany o zabójstwo 17-letniej Sylwii z Darżkowa. Do zbrodni doszło w lesie w czerwcu 1991 roku. Podczas śledztwa Pękalski przyznał się do zabójstwa Sylwii podając szczegóły gwałtu i mordu. Co więcej: potwierdził, że w ciągu kilku lat zamordował w całej Polsce ok. 70 osób, kobiet i mężczyzn. Otwarcie opowiadał o brutalnych napaściach i gwałtach, chętnie uczestniczył w wizjach lokalnych. Wiele wskazywało na to, że jedną z jego ofiar mogła być również Jolanta.
W odludnych miejscach
Za jego winą przemawiał sposób działania. Pękalski lubił podróżować po całej Polsce pociągiem, znikał tak na całe dnie. W styczniu 1991 miał przebywać właśnie w Lublinie. Na swoje ofiary wybierał przypadkowe, samotne kobiety w odosobnionych miejscach: w lesie, przy torach kolejowych, na odludnych ścieżkach i w parkach. Atakował szybko, z zaskoczenia, z niezwykłą brutalnością i okrucieństwem.
"Spotkałem ją koło lasu, biłem rękami i chyba kijem. Potem rozebrałem i zaspokajałem się seksualnie. Było mi przyjemnie." - mówił Pękalski o jednej ze swoich ofiar (relacja Radio Gdańsk).
Inna z jego ofiar zdołała uciec. Tak opowiadała o napaści: "Idzie wprost na mnie, na ciemno ubrany w gumowym płaszczu. Złapał mnie i powiedział "zamorduję cię". Od razu mnie porozrywał i spódnicę ściągał, cały się trząsł. Do żyta mnie zaciągnął, ściągał ze mnie ubrania, łapał. Pięściami, bo ja się nie chciałam dać, szarpałam się.”
Wyrok tylko za Sylwię
Biegli psychiatrzy stwierdzili u Pękalskiego upośledzenie umysłowe i zaburzenia seksualne. Prokuratura postawiła mu zarzuty w sprawach 17 morderstw popełnionych na terenie całego kraju pomiędzy 1984 a 1992 rokiem. Został skazany w 1996 roku tylko w jednej sprawie: za zabójstwo 17-letniej Sylwii z Darżkowa.
Mimo obiecujących tropów śledczy nigdy nie potwierdzili udziału Pękalskiego w zbrodni na Miasteczku Akademickim.
Przez minione 35 lat wielokrotnie wracano do nierozwiązanej sprawy brutalnego zabójstwa 23-letniej studentki. Jak dotąd - bez rezultatu.
*imię współlokatorki zostało zmienione

Komentarze