4 czerwca 1989: Entuzjazm i oczekiwanie na zmiany
1/9
Andrzej Jaroszyński
polski anglista i dyplomata, konsul generalny RP w Chicago, zastępca Ambasadora w Waszyngtonie w stopniu radcy-ministra, ambasador w Norwegii, dyrektor Departamentu Systemu Informacji MSZ, Departamentu Ameryki MSZ, ambasador w Australii
• Co robił pan 30 lat temu?
– Pracowałem na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, byłem dyrektorem Szkoły Letniej Kultury i Języka Polskiego. 4 czerwca byłem członkiem komisji wyborczej na lubelskim Czechowie i był to, że tak powiem, mój pierwszy kontakt z polityką, z ówczesnymi władzami, z administracją, bo w tej komisji byli ludzie, którzy zawsze bywali w takiej komisji. Ja byłem jednym z dwóch, czy trzech, którzy byli tam z ramienia Solidarności.
• Nastroje w komisji?
– Pierwsze kilka godzin to był okres takiej wrogości, kiedy patrzyliśmy sobie na ręce. Ja tam miałem bardzo prostą misję: pilnować, żeby nie było żadnych zakłamań i zafałszowań. Ale przyznam, że później, kiedy już zaczęliśmy sprawdzać głosy, kiedy okazało się że nasza strona ma już dużą przewagę i nie było już żadnych znaków zapytania - to druga strona zmiękła i wszystko o czwartej nad ranem zakończyło się nadspodziewanie dobrze. Nie sądziłem, że oni tak szybko wynik wyborów zaakceptują. To było pozytywne, dawało nadzieję na lepsze rozwiązanie. Pamiętam radosną atmosferę na ulicach Lublina, ale ta radość była podszyta lękiem, że nagle może nastąpić coś niedobrego. Nasz entuzjazm był ostrożny i podszyty sceptycyzmem. Raz już dostaliśmy stan wojenny, z tyłu głowy zawsze była myśl, że trzeba uważać.
• Jak zmieniał się stosunek Europy i Ameryki do naszego kraju?
– Co tu dużo mówić. To był dla nas jeden z największych, najwspanialszych atutów politycznych w rozmowach, w staraniach, żeby dostać się do NATO w Stanach Zjednoczonych. To nas także wyróżniło na świecie - w kontrze do naszej historii - bo przecież Polska przez długi okres czasu miała na Zachodzie wizerunek romantycznego rycerza, który ciągle ponosił klęskę i był przyczyną problemów. To było dla mnie zdumiewające, z jakim szacunkiem podchodzono do tego naszego zwrotu. I co ważne, dla Europy to jest dalej bardzo ważny moment w naszej historii. Jestem przekonany, że wszyscy nowi europosłowie mają świadomość, że zawdzięczają swoje stanowisko tym, którzy głosowali 4 czerwca. Trzeba też pamiętać, że Zachód patrzy na Polskę z ekonomicznego punktu widzenia, Ameryka zaczęła nas popierać nie z sympatii, ale z tego, że Polska zaczęła być krajem sukcesu ekonomicznego. Zachód zawsze patrzy na demokrację przez statystyki gospodarcze. Jak są dobre, jest uznanie i partnerski szacunek dla naszego kraju.
Waldemar Sulisz
2/9
Jarosław Stawiarski
marszałek województwa lubelskiego
• Wybory 4 czerwca 1989 roku to…?
– Wielka nostalgia i przede wszystkim wielki entuzjazm.
• Jak pan je wspomina?
– To była namiastka wolnych wyborów. Wydaje mi się, że to była wielka nadzieja ze względu na początek demontażu komunizmu. Te wybory dały nam ogromną energię do działania.
• Patrząc z perspektywy 30 lat, te nadzieje zostały spełnione?
– W części na pewno zostały. Wiele postulatów wolnej i demokratycznej Polski udało się zrealizować. Przykładem tego są samorządy. W przypadku gospodarki było gorzej, bo szokowa terapia Jeffreya Sachsa i Leszka Balcerowicza spowodowała, że wiele przedsiębiorstw i PGR-ów upadło i na pewno można było to robić inaczej.
Ale byliśmy zakładnikami teorii, z której jak wiemy, parę lat temu Jeffrey Sachs się wycofał. Z pewnością w zakresie gospodarki z pewnością można było dokonać innych działań i to spowodowało, że jesteśmy na mniejszym poziomie rozwoju, niż powinniśmy być. Ale wierzę, że to nadrobimy.
(toma)
3/9
Prof. Stanisław Michałowski
rektor Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej
• Jak wspomina pan 4 czerwca 1989 roku?
– Patrząc na moją pracę naukową, nie był to dla mnie jeszcze zaawansowany okres, ale wszyscy żyliśmy wtedy tymi wydarzeniami. Wiedzieliśmy, że są one przełomowe i będą decydowały o losach Polski. Było już wiadomo, jaki będzie potencjalny układ w parlamencie. Wszyscy spodziewaliśmy się, że Polska będzie miała wreszcie szanse na zmianę systemu politycznego. Oczywiście, zastanawialiśmy się też, jak zareaguje społeczeństwo i jak będą przebiegały wybory, nikt nie był do końca pewny tego, co się wydarzy. Ale nadzieje były bardzo duże i liczyliśmy, że będzie to początek transformacji.
• Te nadzieje się spełniły?
– Uwarunkowania były takie, że Sejm będzie kontraktowy i dominującą pozycję w nim będzie miało ugrupowanie postkomunistyczne. Ale z drugiej strony wszyscy zakładali, że inicjatywy będą mogły wychodzić także od Senatu. I tak się stało. To był okres, w którym w Polsce zaczęło funkcjonować wiele partii politycznych, czyli społeczeństwo dostało do ręki oręż w postaci organizowania się. To był wybuch niezależności i różnego rodzaju inicjatyw społecznych. Uważam, że mimo tego, co wydarzyło się jeśli chodzi o układ sił w Sejmie, to społeczeństwo w dużej mierze skorzystało z tych rozwiązań.
• Dziś zdania na temat tych wyborów i ich znaczenia są podzielone...
– Bo każdy z nas ma swoje spojrzenie na to, głównie przez pryzmat tego, co działo się w kolejnych latach. Jeśli patrzymy na przemiany w Polsce, można się zastanawiać, czy to było maksimum tego, co mogło zyskać dzięki tym wyborom społeczeństwo. Ale nawet jeśli przyjmiemy, że było to minimum, to rozpoczął się proces transformacji i erozji starego systemu. Bez tych wyborów, nie byłoby to możliwe.
(toma)
4/9
Jerzy Głogowski
wieloletni żużlowiec Motoru Lublin
• Wraca pan czasem pamięcią do czasów, kiedy był pan zawodnikiem?
– Wracam, to wszystko pozostało przecież w pamięci. To były piękne czasy. Osiągaliśmy sukcesy, bo awansowaliśmy wtedy do I ligi i zdobyliśmy wicemistrzostwo Polski. Motor był kiedyś klubem wielosekcyjnym. To zarządzanie było takie, że nawet jeśli jakaś sekcja była większa, to dużo i tak szło na piłkę nożną. Po pewnym czasie zaczęło się źle dziać i zawodnicy zaczęli sobie szukać innych klubów. Było wtedy tak, że my chcieliśmy ten sukces osiągnąć, a że większość z nas było z Lublina – ja, Kępa (Marek – dop. red.), Śledź (Dariusz), Mordel (Jerzy) - to trener o nas dbał, żeby jakaś głupia kontuzja nas nie dopadła. Gdyby taki zawodnik nie wystąpił, to byłaby duża strata. Do I ligi awansowaliśmy z takim rozmachem, że nie było na nas mocnych.
• Czy na przełomie lat 80. i 90. żużlowcy w ogóle interesowali się polityką, tymi przemianami, które zachodziły wtedy w Polsce?
– Nie można było obejść tego tematu z boku. My właśnie w 1989 roku tak wygrywaliśmy i awansowaliśmy do I ligi. Liczyliśmy na to, że sytuacja się poprawi i że będziemy mogli pozyskiwać jakichś sponsorów. Najpierw zaczęło to przechodzić w takie pół-zawodowstwo, potem pełne zawodowstwo. Z początku to klub nas finansował: zapewniał motocykle, sprzęt, itd. Te przemiany były, ale następowały powoli. Liczyliśmy, że władze zainteresują się sportem. Wcześniej kluby często zostawały same. Były jakieś zakłady pracy, które pomagały, ale to się powoli kończyło i klub nie dawał sobie rady finansowo. Budżet był zbyt niski, żeby utrzymać zespół na wysokim poziomie.
• Czy można uznać, że udanie weszliście w lata 90.? Utrzymaliście się w I lidze przez 6 lat, zdobyliście srebro Drużynowych Mistrzostw Polski.
– Można. Utrzymaliśmy się przez kilka lat. Szkolenie też było, ono zawsze musi być. Należy pracować z młodzieżą, czego wymaga nawet centrala żużlowa. Byli wtedy ludzie, którzy poświęcali się dla dobra klubu. Mieliśmy trenera, który to czuł (Witold Zwierzchowski) i wiedział, jak się poustawiać na kolejne drużyny. Gdybyśmy mieli wtedy lepszy sprzęt... Był okres, że startowałem na jednym motocyklu. Dzisiaj to jest nie do pomyślenia, zawodnicy mają po kilka motocykli. Kiedy jeździliśmy na mecze, to braliśmy swoje samochody, a motocykle ładowaliśmy na przyczepki. To było właśnie dochodzenie do tego zawodowego żużla.
Krzysztof Kurasiewicz
5/9
Elżbieta Łazowska-Cwalina
romanistka, dyrektor artystyczny Centrum Kultury Hades Szeroka w Lublinie
• Gdzie cię zastał 4 czerwca, 30 lat temu?
– 30 lat temu, 4 czerwca 1989 roku, byłam w Paryżu. Poszliśmy z Leszkiem Cwaliną głosować do polskiej ambasady. Głosowaliśmy na Andrzeja Łapickiego. Pamiętam piękną pogodę w Paryżu. I piknikowy nastrój. Ludzie siadali na trawnikach, na soczyście zielonej trawie, cieszyli się. Byli radośni. Cieszyli się tym, że komunizm w końcu upadnie i będziemy wolnymi ludźmi. Takimi, jak wolni ludzie w Paryżu. Bo my czym różniliśmy się wówczas się od Francuzów? Niczym, tylko miejscem urodzenia, siedzieliśmy w Polsce (PRL-u) jak w klatkach. Pamiętam też smutek Chińczyków, bo właśnie doszło do masakry na placu Tian’anmen. W sumie u nas też tak mogło być. Tym bardziej odczuwaliśmy wagę wolnych wyborów. Mieliśmy silną wiarę, że to jest początek czegoś dobrego. Początek zmian na wolne i lepsze.
• To był początek dobrych zmian?
– Tak, był. Ale przestaliśmy o tym myśleć. Zabrakło nie uroczystego świętowania rocznic, ale mądrej akcji edukacyjnej. Gdyby nie zabrakło, gdybyśmy nie zapomnieli o tamtym dniu, to może nie bylibyśmy dziś w tym miejscu, gdzie jesteśmy. Nie powiem gdzie, bo nie wypada. Kto chce widzieć, to widzi. Nie możemy za bardzo się odezwać.
A wracając do tamtych wyborów: za nami poszły inne państwa z tej strony kurtyny. Byliśmy wówczas społeczeństwem docenianym w Europie, byliśmy też dumni z tego. Pamiętam śmieszną sytuację z 4 czerwca 1089 roku w tym Paryżu. Zaczepił mnie na ulicy Murzyn. Chciał sprzedać mi torbę skórzaną. Próbowaliśmy się od niego opędzić, tłumaczyłam mu po francusku, że nie kupimy. Opuszczał cenę i opuszczał, już prawie za darmo mi chciał torbę oddać. Mówię, tym razem po polsku, że ja nie chcę, że nie, nie. Spojrzał na nas, uśmiechnął się i krzyczy: „O, Lesz Waleza, nie ma pieniądza, solidarność”. Zwykły, uliczny sprzedawca dobrze wiedział, kto to jest Lech Wałęsa, dobrze wiedział co to jest Solidarność. Ta wiedza była poparta dużą życzliwością do naszego kraju. To ja się pytam: Czy my dziś wiemy, kto to jest Lech Wałęsa, co to jest Solidarność, ta przez duże i małe „S”?
Waldemar Sulisz
6/9
Marek Raduli
muzyk, wieloletni gitarzysta takich zespołów jak Bajm czy Budka Suflera
• Jaka piosenka najbardziej kojarzy się panu z przełomem lat 80. i 90.?
– Przełom tych dekad to dla mnie Bajm, Tadeusz Nalepa, Kciuk Surzyn Band, formacja jazzowa Three Generations Trio, współpracowałem też z zespołem Krzysztofa Krawczyka... To był bardzo dobry czas dla polskiej muzyki. W końcówce lat 80. rynek muzyczny działał bardzo intensywnie. Chodzi tu o wszystkie kapele rockowe, które przetrwały i były z tzw. młodej generacji: Republika, Maanam, Perfect i Lady Pank... Współpracowałem wtedy z grupą Bajm, także na tapecie była „Biała armia”. Już się szykowała sytuacja z Budką Suflera. Byłem w takim wirze estradowo-muzycznym i grałem w wielu grupach.
• Z tego, co pan mówi, wnioskuję, że nie można było wtedy narzekać na nudę.
– Czasy są lepsze lub gorsze, ale zawsze jest co robić. Zawsze pracowałem równolegle w wielu zespołach i do dzisiaj tak jest. W tym roku mam jubileusz 40-lecia swojej pracy zawodowej. Odwołując się do lat 80., to była moja pierwsza dekada pracy. Wszystko było „na rozruchu”, ale obserwowałem rynek muzyczny od środka. Były festiwale opolskie, w Sopocie jeszcze te stare, były wielkie przeboje... Kończyła się komuna i wszyscy byliśmy ufni, że cokolwiek by się nie działo, to będzie dobrze.
• I faktycznie zmieniło się na lepsze?
– Nie wiedzieliśmy, co te zmiany ze sobą przyniosą, ale wszyscy ich chcieliśmy. Dzisiaj mamy już jakiś ogląd, jak to wygląda po tych 30 latach. Zmieniło się bardzo dużo, jeżeli chodzi o stabilizację w kwestii praw autorskich i ich ochrony. Poprzedni ustrój nie dawał artystom niczego: stawki były żenujące i trzeba było grać bardzo dużo koncertów, żeby się utrzymać. O zakupie instrumentów nie było mowy, bo było to nieosiągalne. Trzeba było całe życie poświęcić na to, żeby z pensji uzbierać na gitarę, które dziś są ogólnie dostępne. Mieliśmy nadzieję, że rynek się otworzy i że będziemy mogli ruszyć na Zachód, że będziemy mogli sobie kupić instrumenty, a nie gotować struny w rondelkach po dwóch koncertach. Było dużo niewiadomych, a szczególnie to, jak będzie wyglądała promocja muzyki polskiej w stacjach radiowych. Dziś już wiadomo, że ich formaty znacznie się zmieniły. Podówczas, wszystko miało swoje plusy oraz minusy i tak pozostało do dzisiaj.
Krzysztof Kurasiewicz
7/9
Krzysztof Żuk
prezydent Lublina
• Jak pan pamięta 4 czerwca 1989?
– Wielki entuzjazm i oczekiwanie na zmiany. Chciałbym przypomnieć, że Komitet Obywatelski, który został powołany i ta mobilizacja środowisk opozycji, solidarnościowych, spowodowała, że wszyscy wierzyliśmy, że te wybory będą wygrane. Ale, że będzie taka skala wygranej, tego się nikt nie spodziewał.
• Co pan wtedy robił?
– Pracowałem na uczelni, byłem zaangażowany w dyskusje związane z transformacją. Byłem razem z tymi, którzy opracowywali scenariusze zmian, które później zamieniły się w polski model transformacji. Przeżywałem to emocjonalnie bardzo mocno. Dwie sytuacje wywołały u mnie euforię. Pierwsza to jest właśnie ta wygrana, bo ona zainicjowała całkowitą zmianę systemu. Weszliśmy dzięki tym wyborom w model demokracji zachodniej. Drugi ważny moment to był wybór Polaka na papieża. To było wcześniej, ale zainicjowało taką mobilizację i wiarę, że ta zmiana jest możliwa i dało siły wielu działającym w opozycji. Są momenty w życiu narodu, o których trzeba mówić dobrze i tylko dobrze.
• Ale czy to zwycięstwo obozu solidarnościowego zostało dobrze skonsumowane?
– Dobrze, jeśli popatrzymy na Ukrainę, na kraje Europy Środkowej, bo w tej części Europy nie ma drugiego takiego lidera w zmianach społeczno-gospodarczych, jakim jest Polska. To trzeba sobie powiedzieć: zapracowaliśmy na to, również ponosząc duże wyrzeczenia, żeby dzisiaj pozycja Polski, gospodarcza i polityczna, była tak silna. Jakież wtedy były modele transformacji, po które można było sięgnąć do podręcznika i wdrożyć? To wszystko było tworzone przez ludzi ad hoc, stosownie do sytuacji, na dodatek z ogromnym sukcesem. Ja uczestniczyłem w procesie
• Co pan czuje słysząc, że w 1989 r. zwyciężył układ, zgniły kompromis, albo nie było żadnego zwycięstwa?
– Mówią to ci, którzy najczęściej wtedy niczym nie ryzykowali, nie uczestniczyli w tych przemianach. Ci, dla których zacietrzewienie ideologiczne jest ważniejsze niż pewna racjonalność działań. Wszyscy, również państwo, działamy w określonych uwarunkowaniach społecznych, politycznych i gospodarczych. Ludzie, którzy wzięli odpowiedzialność za Polskę sprostali wyzwaniu, które na nich nałożono. Zrobili swoje. Jeśli dzisiaj oglądamy premiera Mazowieckiego z jego potwornym zmęczeniem, to ono odzwierciedla stan zdrowia, sił i energii tamtej opozycji, która rzuciła się na głęboką wodę i łapała oddech, żeby móc dalej zmieniać kraj. Jeśli dzisiaj ktoś tego nie dostrzega, to ma w sobie złą wolę. Oceniajmy działania tamtych polityków według uwarunkowań, które wtedy były. Dzisiaj każdy jest mądrzejszy, bo funkcjonuje w demokratycznym systemie europejskim, przy ogromnym wspomaganiu funduszami unijnymi, ogromnym potencjale gospodarczym i społecznym, w zupełnie nieporównywalnych warunkach. Proszę się cofnąć 30 lat i zobaczyć, jaka była gospodarka i w jakim stopniu byliśmy zorganizowani jako społeczeństwo. To są dwa różne światy.
Dominik Smaga
8/9
Maria Olszak-Winiarska
przewodnicząca zarządu Regionu Lubelskiego Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych
Lata 80. wspominam jako czas okres niepokoju przed stanem wojennym, ale też wielkiego entuzjazmu związanego z Solidarnością, wolnymi wyborami, rodzącą się wolnością i wielkimi nadziejami na zmiany. Środowisko pielęgniarek bardzo angażowało się w działania związane z Solidarnością. Jedną z legend była Alina Pieńkowska, którą wiele lat później maiłam okazję poznać. Mieliśmy też świadomość, że w szpitalu są osoby, które są po przeciwnej stronie i niestety donoszą. Dla mnie był to też czas radości związanej z narodzinami moich dzieci, ale też z drugiej strony ogromnych trudności, szarości, kartek ciążowych, na które można było kupić np. pieluchy.
Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że wiele osób wtedy istotnych dla przemian w życiu polityczno-społecznym rozczarowało mnie. Decyzje, które teraz są podejmowane nie tylko w służbie zdrowia wskazują na to, że brakuje przemyśleń na temat demokracji i tego, jak powinniśmy z niej korzystać.
Sytuacja w służbie zdrowia cały czas się zmienia. Pielęgniarkom jest teraz na pewno łatwiej jeśli chodzi o możliwości kształcenia i rozwoju zawodowego. Jesteśmy przede wszystkim samodzielne, mamy też wsparcie w postaci samorządu. Możemy zdobywać doświadczenie za granicą i tam pracować. Kiedyś nie było takich możliwości. Są też znacznie większe możliwości jeśli chodzi o postęp medycyny. Zmienia się świadomość pacjentów, którzy zdają sobie już sprawę z tego, że zdrowie i leczenie kosztuje, a także samych pracowników, który potrafią zabiegać o godne wynagrodzenie i warunki zatrudnienia.
(kp)
9/9
Marcin Nowak
wiceprzewodniczący Rady Miasta Lublin, wykładowca
• 4 czerwca 1989. Jak tamten dzień pamięta ówczesny, jeżeli dobrze liczę, trzynastolatek?
– Pamiętam to jako młokos. Trzynastolatek pojmował rzeczywistość pewnie inaczej niż osoba dorosła. Ja życiem publicznym wówczas nie interesowałem się tak jak dziś, ale w moim domu mówiło się o tym sporo. Byłem w szkole podstawowej, w siódmej klasie. Ale widać było, że zmienia się charakter zajęć szkolnych. Mówiło się już o demokratyzacji, o pluralizmie. Pojawiały się słowa, których wcześniej się nie używało, a nazwa „PZPR” była słowem niechcianym. Pamiętam, jak moja nauczycielka historii napisała nazwisko Józefa Piłsudskiego na tablicy i uczyła, jak trzeba to nazwisko pisać. Nie wiem, czy było to tego dnia, prawdopodobnie nie, ale w tym okresie. Dodam, że chodziłem do „szóstki”, która była w klubie szkół przodujących w Lublinie i tam indoktrynacja była wcześniej niemała. W 1989 czuło się powiew świeżości. Marazm odchodził do lamusa, a ludzie czuli się wolni.
• Wtedy rzeczywiście Polska coś wygrała?
– Dyskusja w tej kwestii jest złożona. Bo czy te wybory były w pełni wolne? Wybierany był tylko Senat, a nie Sejm, który był przecież podzielony parytetowo. Dla mnie osobiście pierwszymi wolnymi wyborami były te samorządowe, rok później. No ale nie sposób nie zauważyć, że w 1989 r. mieliśmy jednak inną rzeczywistość. Po raz pierwszy wybieraliśmy tych, co chcemy, a nie tych, których nam każą, przynajmniej jeśli chodzi o wyższą izbę parlamentu.
• Mur się zaczął kruszyć, ale czy nie zbudowaliśmy nowego?
– Ten międzyludzki mur jest. Polska zawsze była podzielona. Na komunistyczną i solidarnościową, potem na socjalną i liberalną, a dzisiaj podzielona jest kluczem partyjnym. Niestety. Gdzieniegdzie drobne podmioty polityczne próbują zmieniać ten stan rzeczy, ale fakt jest taki, że Polska jest podzielona między dwie partie polityczne: Prawo i Sprawiedliwość oraz Platformę Obywatelską. To jest potężny problem.
Reklama
Napisz komentarz
Komentarze