Reklama
Ranking wegetariańskich restauracji w Lublinie
1/8
1. Małe Indie (ul. Rybna 2)
Małe Indie, a raczej ogromne Indie w małym Lublinie.
Ta niezwykle aromatyczna, kolorowa, a przede wszystkim smaczna kuchnia może przekonać niejednego mięsożercę do diety wegetariańskiej. Serwowane tu dania powstają według tradycyjnych indyjskich receptur, a ich przygotowywanie oddane jest w ręce rodowitych hindusów. To misz-masz lokalnych warzyw i owoców oraz egzotycznych przypraw i składników sprowadzanych prosto z Indii.
Ta wegańsko-wegetariańska restauracja oferuje 26 dań głównych, m.in. potrawy z indyjskim, delikatnym w smaku i konsystencji serem paneer. Polecam wersję z pieczonym w indyjskim piecu Tandoor, podawanym w sosie pomidorowym ze świeżym imbirem oraz serowe kotlety nadziewane pastą z orzechów nerkowca podawane w sosie curry z szafranem.
Zjemy tu również popularną indyjską zupę z soczewicy Dal Tadka, ciecierzycę w sosie pomidorowym, a także szpinakowo-serowe pulpeciki w zielonym sosie. Wszystko to, oczywiście, w akompaniamencie indyjskich przypraw i świeżych ziół.
Każde danie podawane jest z aromatycznym, pełnoziarnistym ryżem basmati (uważanym za najszlachetniejszy ryż na świecie) lub tradycyjnym indyjskim pieczywem z pieca Tandoor, z dodatkiem masła.
W Małych Indiach warto pokusić się o przystawki m.in. samosę – chrupiące pierożki nadziewane ziemniakami, zielonym groszkiem i świeżą kolendrą, a przede wszystkim desery np. firni, czyli mleczny pudding z wodą różaną i siekanymi migdałami czy tradycyjne indyjskie lody pistacjowe z szafranem i orzechami nerkowca. Indyjskie napoje np. lassi (słony jogurt z kminkiem) dostarczą jeszcze więcej egzotycznych smaków naszym podniebieniom.
Za danie główne zapłacimy od 21 do 32 zł – jednak polecam wybrać się tu w porze obiadowej (od 12.00 do 16.00). Restauracja przygotowuje wtedy specjalną, lunchową ofertę – mamy wybór jednego wśród pięciu różnorodnych dań, a do tego mały deser. Taka przyjemność będzie nas kosztować jedynie 20 zł.
Restauracja, oprócz pysznego jedzenia, ujmuje również klimatem. Kolorowej, słonecznej przestrzeni dodają uroku dekoracje np. wszechobecne mandale i kojąca, indyjska muzyka.
2/8
2. Falla (Al. Racławickie 8)
Fallafel, hummus, marynowana rzepa, sos orzechowy, arabska pita, warzywa, a nawet owoce – i to wszystko w jednym daniu. Jest kolorowo. Serwowane tu potrawy przyprawiają o eksplozję kubków smakowych. A przyprawiają tu dobrze – orientalnie, bliskowschodnio.
Falla ma swoje klasyki, których warto spróbować m.in. orientalny bakłażan w słodkim sosie podawany z baba ghanoush (dipem z pieczonego bakłażana) czy talerz fallafeli. Tych ciecierzycowych kotlecików można spróbować także we wrapach np. hemp wrapie, gdzie fallafel uzupełniony jest o zielony groszek, miętę i nasiona konopi, a w zawiniętym chlebku znajdziemy także hummus, pieczone warzywa, pikle, szpinak i sos musztardowo–miodowy.
Choć lokal niedawno się otworzył, już zdążył zasłynąć ze swoich szakszuk – bliskowschodnich „jajecznic”. Falla oferuje je w trzech wersjach: klasycznej – jajka zapiekane w paście z pomidorów i papryki, podawane są z warzywami i bliskowschodnim serkiem labneh, meksykańskiej – z dodatkiem marynowanego kaktusa, guacamole, salsami i serem cheddar oraz włoskiej – z pesto bazyliowym, oliwkami, pomidorkami cherry, mozzarellą i świeżym oregano.
Polecam spróbować tu hummusów w różnych opcjach smakowych czy rozgrzewającej marokańskiej zupy z soczewicy, podawanej z daktylami i jogurtem. Oczywiście, jak na Bliski Wschód przystało, niemal każde danie dopełnia arabska pita. Aby osiągnąć pełnię orientalnych smaków, warto sięgnąć po napoje, jak turecki jogurtowy ajran czy jallab – napój na bazie winogronowej melasy, daktyli i wody różanej.
To, czym Falla wyróżnia się na tle innych wegetariańskich lokali (oprócz orientalnych smaków, które ciągną nasze głowy w stronę Egiptu czy Libanu) jest rozmiar porcji. Są ogromne. Jednym daniem mogą najeść się nawet dwie osoby. Nie jest tanio, ale doznania smakowe po zjedzeniu hummusu (14–16 zł), szakszuki (19– 26 zł) czy wrapa (18–26) są warte każdej ceny.
Klimat lokalu nie powala na kolana, choć jest spokojnie, schludnie i za sprawą roślinności – zielono.
3/8
3. Ósmesmake (ul. Wyżynna 16)
Przede wszystkim wegańska cukiernia. Choć dostaniemy tu też obiad – zupę i drugie danie. Codziennie inny. W zestawie na 18 zł. Czasem jest klasycznie, polsko. Wtedy zjemy wegański forszmak po Lubelsku czy pyzy z okrasą z wędzonego tofu i cebulki, gulasz seitanowy z suszonymi grzybami, a do tego korniszon. Innym razem trafimy na orientalne smaki. Seitan po arabsku z daktylami i ostrą papryką, gulasz z kaszą bulgur po marokańsku albo chilli sin carne z fasolą i kostką sojową.
Dania są nietypowe, a dobrane składniki pysznie się zgrywają. Orientalne kotleciki seitanowe w sosie słodko–ostrym świetnie komponują się z surówką z marchewki z pomarańczami, chilli i sezamem. Makaron z sosem szpinakowo–rukolowym pasuje do sałatki z pieczonej papryki z ciecierzycą. Spółdzielcy Ósmesmake gotują w myśl zasady: “dobry dobrego nie zepsuje”. Rzeczywiście, działa.
Na osiedle Widok warto wybrać się przede wszystkim na deser. Ciasto marchewkowe z surowej marchewki, tarta o smaku Kinder Bueno z kremem z orzechów laskowych i czekoladą, ciasto czekoladowe z kremem matcha, torcik Cherry Coke z wiśniami, czereśniami i coca colą. Znajdziecie tu spory wybór słodkości. Moje podniebienie podbiło brownie. Łakocie Ósmesmake można zjeść także w kawiarniach na mieście – w Centralnej, Hecy, Nie wylej i Próbie.
Przestrzeń Spółdzielni Roślinnej Ósmesmake jest niewielka. Choć jest przyjemnie. Pieką i gotują tu też na zamówienie, a od niedawna dowożą swoje pyszności.
4/8
4. Umeå (ul. Orla 4)
Królestwo wegańskich burgerów, których powinien spróbować każdy, a przede wszystkim zatwardziali mięsożercy. Burger: bułka, kotlet, warzywa i sos. W Umei każdy z tych na pozór zwyczajnych składników jest wyjątkowy. Weźmy taki „ratatui”, czyli niesamowicie przyprawiony kotlet z bakłażana, cukinii, papryki i soczewicy. Chrupiące pieczywo, świeże warzywa, których nie skąpią i sosy własnej roboty, których podstawą jest aquafaba – woda z ciecierzycy. Raj dla podniebienia za 18 zł. Można się uzależnić. Potwierdzone info.
Jeszcze kilka lat temu, była to najlepsza wegańska restauracja w Lublinie. Przez te lata rynek eskalował, restauracja zmieniła właściciela – po tej zmianie jedzenie nieco się pogorszyło, chociaż nadal trzyma poziom.
Co polecam? Zupy. Zawsze świetnie przyprawione. Zawsze pożywne. Pełne pasujących do siebie składników. Moja ulubiona to soczewicowa. Często na nią czyham, bo każdego dnia gotują tylko dwie wersje pierwszego dania. Jadłam ich tu kilkanaście i wszystkie mi smakowały. Kosztują 8 zł.
Mają też pyszne desery. Za kawałek ciasta, co prawda, trzeba wydać kilkanaście złotych, ale warto. Za to nie jestem fanką kebabów w ich wykonaniu.
W oczekiwaniu na jedzenie można poczytać prasę, leżącą na półkach. W tle słychać energetyczną muzykę. Wrzosy na stołach robią klimat. Jest przyjemnie.
5/8
5. Wegetarianin (ul. Prezydenta Gabriela Narutowicza 13)
Stosunek ceny do jakości – 10/10. Wegetarianin to bar, w którym, pomimo rosnących cen żywności, wciąż można zjeść zdrowy i pożywny obiad za mniej niż 10 zł. Ceny na każdą kieszeń i dobre jedzenie ściągają tu Lubelaków od ponad 20 lat.
Klasyczna domowa kuchnia w wersji wegańskiej lub wegetariańskiej. Codziennie nowe zupy. Jedna lub dwie. Za 5 złotych można zjeść pomidorową czy barszcz ukraiński. Za 8 – zestaw obiadowy, czyli panierowane kotlety sojowe, do których wybieramy ziemniaki z cebulką czy brązowy ryż bądź kaszę oblane sosami – pomidorowym lub curry. Do tego surówka lub buraczki.
Dla bardziej szalonych – zamiast kotletów: danie taco, cieciorka w sosie curry czy dynia w mleku kokosowym. Hitem Wegetarianina jest falafel. Konkuruje z nim pita, gdzie zamiast kotlecików fallaflowych są sojowe.
Porcje są ogromne, dlatego jest opcja, by zamówić połowę dania. Pół zupy i drugiego wystarcza, by wyjść z baru z pełnym brzuchem.
Do picia – pyszne, świeże soki na bazie marchewki. Z dodatkiem gruszki, jabłka, buraka czy pomarańczy. Za mniej niż 5 złotych.
Wegetarianin to także sklep ze zdrową, wegetariańską żywnością. Na półkach znajdziemy również naturalne kosmetyki, olejki eteryczne czy kadzidełka. Sklepik jest bardzo dobrze wyposażony, a obsługa chętnie służy radą.
Obiad tu to przyjemność. Nie tylko dla podniebienia. Z głośników dobiega uspokajający dźwięk mantr, a ulubione danie można zjeść drewnianym widelcem. Jest miła, swojska atmosfera. Niestety, brakuje toalety.
6/8
6. Fresh Kitchen (ul. Fryderyka Chopina 11)
Kuchnie z różnych stron świata w wegańskim wydaniu. Od japońskiego sushi z wędzonym tofu (serwowanego tylko w piątki po 17.00) do meksykańskiego taco z gyrosem sojowym i guacamole. Od włoskiej pizzy do sojowo–sejtanowych amerykańskich burgerów. Jest też polsko. Kotlet sojowy a’la schabowy czy pieczeń z soczewicy pokryta sosem grzybowym. Dobry jak u mamy.
Kucharzowi nie brakuje finezji. Na przystawkę – tatar z suszonych pomidorów, zupa – flaki z boczniaka, a zamiast kawy – kurkuma latte. Do obiadu klasycznie – kieliszek wina lub kufel piwa, jak kto woli.
Jedzenie jest smaczne. W końcu restauracja deklaruje, że korzysta z produktów od lokalnych dostawców. Porcje są duże, a ceny umiarkowane. Za główne danie zapłacimy dwadzieścia kilka złotych, za zupę dnia 8 (tak jak za piwo). Warto skorzystać z promocji „Lunch dnia”. Wtedy dwudaniowy obiad mamy w cenie 20 zł.
Wyjątkowe i wręcz ujmujące jest to, że tuż po wejściu do lokalu, na naszym stole ląduje karafka wody. Zupełnie za darmo. Przypomina mi to tureckie zwyczaje. Obsługa jest bardzo, ale to bardzo miła.
W restauracji jest dużo przestrzeni. Warto wybrać się zwłaszcza z dziećmi – mają specjalnie wyznaczone miejsce do zabawy. Panuje przyjemna atmosfera. W lokalu jest mnóstwo kwiatów. Większość, jak się okazuje, jest sztuczna, za co wielki minus.
7/8
7. Soczysta Strawa (ul. Zesłańców Sybiru 4)
Działa na tej samej zasadzie co Wegetarianin (zaraz po nim jest drugą najtańszą opcją w Lublinie) – jest barek i sklep. Danie obiadowe nie kosztuje więcej niż 14 zł. Za zupę ogórkową zapłacimy 5,40, za dyniową – 6.
Kotlety z boczniaków czy szpinakowo–jaglane oraz pulpety falaflowe z curry zjemy z ziemniakami, ryżem lub kaszą. Są też pierogi: ruskie, ze szpinakiem. Neapolitańskie spaghetti, lasagne z warzyw, burrito, falafel i burgery. Tych ostatnich nie polecam. Kotlet marchewkowy niemal od razu “wypłynął” z bułki.
Super opcją są świeżo wyciskane soki np. szpinakowo–jabłkowo–selerowy za 7,50 zł. Za niecałe 3 złote wypijemy herbatę. W wersji jesienno–zimowej – imbirowo–pomarańczową, na pobudzenie – zieloną z guaraną.
Na słodko – deser czekoladowy z gruszką czy pudding z chia i bananem. Za mniej niż 7 zł. Niestety, w plastikowym kubeczku.
Plusem jest dobrze zagospodarowana przestrzeń. Podczas oczekiwania na zamówienie możemy urządzić sobie spacer między półkami ze zdrową żywnością. Minus – nie ma toalety.
8/8
8. Pomylone Gary (ul. Chopina 33)
Zdecydowanie brakuje im kreatywności, jeśli chodzi o nazewnictwo potraw. Po prostu skopiowali je od mięsożerców. Gyros, karkówka, schabowy. Oczywiście, wszystko wegańskie. “Ryba”, która jest bakłażanem czy skrzydełka, ale z boczniaka. Burgery i tortille na bazie soi.
Jedzenie jest średnie. Dobre, ale bez rewelacji. Tłuste i słabo przyprawione. Danie gyros z frytkami i surówką kosztuje 20 zł. Schabowy sejtan – 22. Najbardziej smakowały mi w nich surówki. Opłaca się skorzystać z opcji “danie dnia”. Wtedy zupa i drugie danie kosztuje niecałe 20 zł. Zupy mają niezłe – żadna nie powaliła mnie jednak na kolana.
Apetyt podkręcić można kieliszkiem wina czy kuflem piwa. Tę restaurację polecam na wyjścia ze znajomymi. W oczekiwaniu na jedzenie, można poczytać o podróżach czy pograć w gry. Jest dużo przestrzeni, bardzo gustownie urządzonej. Na stolikach zamiast kwiatów – świeże zioła. Na ścianach pełno obrazków, a za dekoracje służą przetwory domowej roboty.
Reklama
Napisz komentarz
Komentarze