Była i scena, a raczej ledwo sklecona, z latającymi farfoclami siatki po bokach i hulającym zimnem na podeście. W takiej scenerii muzycy grali Lublinianom. Żadnej akustyki, bo plac duży... Gdyby do Lublina zawitała Kozidrakowa, czy jakaś inna Doda, to władze Lublina postawiłyby scenę na pół placu, a tak te "marne" 170 muzyków musiało się produkować na miniaturce sceny. Brawa dla włodarzy miasta. Podobały się pióropusze, więc muzyka była rzeczą drugorzędną. Miasto nie docenia potencjału orkiestr dętych, bo gdyby doceniało, to umożliwiałoby w sobotnie, czy niedzielne popołudnia posłuchanie standardów danej orkiestry. Wspomnę też o podobno niesmacznym, mało zjadliwym cateringu. Miasto się "pokazało".
Napisz komentarz
Komentarze