Rzemieślnicy z Lublina
1/4
Lublin, plac Zamkowy 6aW zawodzie jestem od 33 lat i nie wyobrażam się w innym. Spełniona zawodowo jestem na tysiąc procent. Przykre tylko, że pewnie trzeba się będzie pożegnać. Moja mama przepracowała w „Zorzy” 53 lata. W pewnym momencie prowadziła trzy zakłady fotograficzne: na Krakowskim Przedmieściu, ul. Staszica i na al. Warszawskiej. Bywało że naraz pracowały nawet 24 osoby. Kto przyszedł pierwszy, to miał gdzie siedzieć. Jeden przy retuszu, drugi w ciemni, ktoś przy klientach, i po ośmiu uczniów naraz. Wesoło było. I każdy miał co robić. Dwieście filmów dziennie się wywoływało, potem jeszcze odbitki. Cały dzień w ciemni albo z ołóweczkiem przy retuszu klisz.
A dziś siedzi się, czeka na klienta i po ścianach patrzy. Smutno. W zeszłym roku dwa śluby miałam, dwie komunie, dwa chrzty. W tym żadnego, kompletnie nic. Dziś każdy ma aparat, sam sobie zdjęcia robi. A jak ma pieniądze, to przyniesie, by na papier wywołać. Zdjęcia na kliszy to czasem ktoś jeszcze do dyplomu zamówi. Filmy to końcówka. już tylko cyfra będzie, aparaty powyrzucamy.
To zawód bez przyszłości. W czarnych kolorach to widzę.
2/4
Oprócz dwóch lat wojska, to całe życie spędziłem w tej branży. Gdy zacząłem naukę zawodu, nie byłem nawet pełnoletni. Na początku pracowałem w państwowych firmach, a od 1986 r. mam prywatny zakład. To już 26 lat. Założyłem w Lublinie cech optyków, przez parę kadencji zasiadałem w komisjach egzaminacyjnych. Od Związku Rzemiosła Polskiego dostałem srebrny i złoty medal. Teraz powyłączałem się z tego wszystkiego. Trzeba żyć na luzie.
Obu synów i córkę wciągnąłem w optykę. Są po studiach, porobili kwalifikacje. Wnuk studiuje na politechnice, ale mówi, że też chce to robić. To dobry zawód, przynosi ludziom ulgę. Na brak klientów nie narzekam. Ludzie mnie znają. Kolejne pokolenia do mnie przychodzą. Nie reklamuję się, unikam mediów. Dzwonią i proponują, ale ja nie chcę. Dla mnie najlepsza reklama, to jak jeden powie drugiemu. A klientom mówię: U mnie nie ma promocji, dlatego jest taniej. Często, gdy mówię cenę, to ludzie dopytują, czy to na pewno za dwa szkła. Albo myślą, że to oprawki drugiego gatunku. Na Zachodzie podstawowe szkła dobiera optyk. W Polsce lekarze nie chcieli się na to zgodzić, choć im więcej mają sprzętu, tym więcej błędów robią.
3/4
ul. Narutowicza 13
Zawsze pociągały mnie przekładnie, koła zębate. Kiedyś, by się pobawić, to zabawkę trzeba było sobie zrobić samemu. Mały chłopiec musiał kombinować. Na przykład, jak ze szpulki po niciach i gumki zrobić traktorek. To były bardzo twórcze zajęcia. Coś w dzieciach rozwijały. A dziś wystarczy pójść do sklepu i kupić. Byle mieć za co.
Zegar to też mechanika, tylko bardziej precyzyjna. W 1972 r. zacząłem naukę zawodu, a po zdaniu egzaminu czeladnika, pracę. Zacząłem w tym samym miejscu, gdzie teraz jesteśmy. Siedziałem dokładnie tu, gdzie dziś siedzę. Tylko pomieszczeń było więcej i kilkanaście osób pracowało. To była państwowa firma – „Jubiler”. Robiliśmy naprawy gwarancyjne dla całego województwa. Ludzie przyjeżdżali z Chełma czy Poniatowej. Był porządek. Klienta nie obchodziło, gdzie kupił zegarek, czy w Lublinie, czy w Gdańsku. A dziś?
To zawsze była moja pasja, coś, co mnie wciągało. Lubię pracę, która przynosi efekty. Coś było gratem, a potem chodzi, gada. Cyka z wdzięcznością.
Ile ja miałem takich przypadków, że człowiek był w trzech zakładach i wszędzie mówili, żeby do śmieci wyrzucić i kupić nowy. Przecież klientowi nie można tego sugerować! Jak zechce, to sam sobie kupi nowy.
4/4
Kiedyś to było całkiem inaczej. Wyrób, sprzedaż, handel obwoźny – po całym województwie jeździłem. Ale już z 10 lat będzie, jak się w te historie nie bawię.
Fachu uczyłem się 55 lat temu w pracowni krawieckiej na ul. 3 Maja 22. Matula mnie tam wysłała. Miałem 14 lat i nic do gadania. Tylko podstawówkę skończyłem.
Potem w różnych miejscach się popracowało. W „pierwszej krawieckiej”, w „Lubgalu“, a to wojskowym mundury się szyło. Potem garnitury sam robiłem i handlowałem. Ale to się skończyło. Teraz w ciucholandach po parę złotych kosztują, więc ludzie do krawca nie chodzą.
Pamiętam taką historię. Jako młody chłopak szyłem spodnie dla jednego faceta. Na ul. Chopina miał zakład. Drogi, ekskluzywny, bo znał się na fachu. Jednej klientce parę razy musiał palto przerabiać. To jej nie pasowało, tamto nie pasowało. W końcu w nerwach wziął nożyce i pociął to palto na kawałki. Potem siadł na krześle, dostał zawału i umarł.
U mnie bywało różnie. Raz miałem parę złotych, raz nie miałem. Teraz czasem się zarobi, ale opłaty nie są małe. Ubezpieczenie, lokal, prąd, telefon. Na robaki się jeszcze zarobi i na krople do oczu, żeby spławik widzieć.
Żyje człowiek, bo się tak przyzwyczaił. Raz jest słodko, raz gorzko. Jak za słodko, to zemdli. Ale jakoś się wytrzymuje. Nie ma czym się pochwalić, ale grzech narzekać.
Reklama
Napisz komentarz
Komentarze