Wernisaż wystawy fotografii Kuby Wójtowicza i Michała Jadczaka w środę, 6 czerwca, o godz. 18 w hali biletowej Dworca Głównego PKP (Lublin, Pl. Dworcowy 1). Tego dnia ukaże się też album „Rzemieśnicy z Lublina” przedstawiający sylwetki dwunastu lubelskich rzemieślników. Dla naszych czytelników będziemy mieli kilka egzemplarzy książki. Rozdamy je w piątek, 8 czerwca 2012 r. o godz. 13. Dzwońcie, tel. 081-462-68-24.
1/13
Michał Jadczak
Foto Zorza, Lublin, Plac Zamkowy 6a
W zawodzie jestem od 33 lat i nie wyobrażam się w innym. Spełniona zawodowo jestem na tysiąc procent. Przykre tylko, że pewnie trzeba się będzie pożegnać. Moja mama przepracowała w „Zorzy” 53 lata. W pewnym momencie prowadziła trzy zakłady fotograficzne: na Krakowskim Przedmieściu, ul. Staszica i na al. Warszawskiej. Bywało że naraz pracowały nawet 24 osoby. Kto przyszedł pierwszy, to miał gdzie siedzieć. Jeden przy retuszu, drugi w ciemni, ktoś przy klientach, i po ośmiu uczniów naraz. Wesoło było. I każdy miał co robić. Dwieście filmów dziennie się wywoływało, potem jeszcze odbitki. Cały dzień w ciemni albo z ołóweczkiem przy retuszu klisz.
A dziś siedzi się, czeka na klienta i po ścianach patrzy. Smutno. W zeszłym roku dwa śluby miałam, dwie komunie, dwa chrzty. W tym żadnego, kompletnie nic. Dziś każdy ma aparat, sam sobie zdjęcia robi. A jak ma pieniądze, to przyniesie, by na papier wywołać. Zdjęcia na kliszy to czasem ktoś jeszcze do dyplomu zamówi. Filmy to końcówka. już tylko cyfra będzie, aparaty powyrzucamy.
To zawód bez przyszłości. W czarnych kolorach to widzę.
2/13
KUBA WÓJTOWICZ
Lublin, ul. Narutowicza 22
Oprócz dwóch lat wojska, to całe życie spędziłem w tej branży. Gdy zacząłem naukę zawodu, nie byłem nawet pełnoletni. Na początku pracowałem w państwowych firmach, a od 1986 r. mam prywatny zakład. To już 26 lat. Założyłem w Lublinie cech optyków, przez parę kadencji zasiadałem w komisjach egzaminacyjnych. Od Związku Rzemiosła Polskiego dostałem srebrny i złoty medal. Teraz powyłączałem się z tego wszystkiego. Trzeba żyć na luzie.
Obu synów i córkę wciągnąłem w optykę. Są po studiach, porobili kwalifikacje. Wnuk studiuje na politechnice, ale mówi, że też chce to robić. To dobry zawód, przynosi ludziom ulgę. Na brak klientów nie narzekam. Ludzie mnie znają. Kolejne pokolenia do mnie przychodzą. Nie reklamuję się, unikam mediów. Dzwonią i proponują, ale ja nie chcę. Dla mnie najlepsza reklama, to jak jeden powie drugiemu. A klientom mówię: U mnie nie ma promocji, dlatego jest taniej. Często, gdy mówię cenę, to ludzie dopytują, czy to na pewno za dwa szkła. Albo myślą, że to oprawki drugiego gatunku. Na Zachodzie podstawowe szkła dobiera optyk. W Polsce lekarze nie chcieli się na to zgodzić, choć im więcej mają sprzętu, tym więcej błędów robią.
3/13
Michał Jadczak
Lublin, ul. Narutowicza 13
Zawsze pociągały mnie przekładnie, koła zębate. Kiedyś, by się pobawić, to zabawkę trzeba było sobie zrobić samemu. Mały chłopiec musiał kombinować. Na przykład, jak ze szpulki po niciach i gumki zrobić traktorek. To były bardzo twórcze zajęcia. Coś w dzieciach rozwijały. A dziś wystarczy pójść do sklepu i kupić. Byle mieć za co.
Zegar to też mechanika, tylko bardziej precyzyjna. W 1972 r. zacząłem naukę zawodu, a po zdaniu egzaminu czeladnika, pracę. Zacząłem w tym samym miejscu, gdzie teraz jesteśmy. Siedziałem dokładnie tu, gdzie dziś siedzę. Tylko pomieszczeń było więcej i kilkanaście osób pracowało. To była państwowa firma - „Jubiler”. Robiliśmy naprawy gwarancyjne dla całego województwa. Ludzie przyjeżdżali z Chełma czy Poniatowej. Był porządek. Klienta nie obchodziło, gdzie kupił zegarek, czy w Lublinie, czy w Gdańsku. A dziś?
To zawsze była moja pasja, coś, co mnie wciągało. Lubię pracę, która przynosi efekty. Coś było gratem, a potem chodzi, gada. Cyka z wdzięcznością. Ile ja miałem takich przypadków, że człowiek był w trzech zakładach i wszędzie mówili, żeby do śmieci wyrzucić i kupić nowy. Przecież klientowi nie można tego sugerować! Jak zechce, to sam sobie kupi nowy.
4/13
Kuba Wójtowicz
Lublin, ul. Kaprysowa 5/ 6a
Kiedyś to było całkiem inaczej. Wyrób, sprzedaż, handel obwoźny - po całym województwie jeździłem. Ale już z 10 lat będzie, jak się w te historie nie bawię.
Fachu uczyłem się 55 lat temu w pracowni krawieckiej na ul. 3 Maja 22. Matula mnie tam wysłała. Miałem 14 lat i nic do gadania. Tylko podstawówkę skończyłem.
Potem w różnych miejscach się popracowało. W „pierwszej krawieckiej”, w „Lubgalu“, a to wojskowym mundury się szyło. Potem garnitury sam robiłem i handlowałem. Ale to się skończyło. Teraz w ciucholandach po parę złotych kosztują, więc ludzie do krawca nie chodzą.
Pamiętam taką historię. Jako młody chłopak, szyłem spodnie dla jednego faceta. Na ul. Chopina miał zakład. Drogi, ekskluzywny, bo znał się na fachu. Jednej klientce parę razy musiał palto przerabiać. To jej nie pasowało, tamto nie pasowało. W końcu w nerwach wziął nożyce i pociął to palto na kawałki. Potem siadł na krześle, dostał zawału i umarł.
U mnie bywało różnie. Raz miałem parę złotych, raz nie miałem. Teraz czasem się zarobi, ale opłaty nie są małe. Ubezpieczenie, lokal, prąd, telefon. Na robaki się jeszcze zarobi i na krople do oczu, żeby spławik widzieć.
Żyje człowiek, bo się tak przyzwyczaił. Raz jest słodko, raz gorzko. Jak za słodko, to zemdli. Ale jakoś się wytrzymuje. Nie ma czym się pochwalić, ale grzech narzekać.
5/13
Michał Jadczak
Lublin, ul. Cyrulicza 4
W Polsce jest dziś autentyczna bieda. Są tacy, co nie mogą sobie pozwolić na wizytę u fryzjera. Po 30 latach składek wstyd dziś przyznać, ile mam emerytury. Moje klientki zubożały razem ze mną. A tym, co mają więcej, nie mogę przecież liczyć drożej. Wszystkich traktuję jednakowo. Nigdy nie zwracam się do klientek przez pryzmat wykształcenia czy zawodu. Tu wszyscy są równi.
Zgadzam się, że sami sobie tak wybraliśmy. Ale z jednego zła wpadliśmy w gorsze. Polska to dziś wcale nie lepszy kraj niż Argentyna: same kliki i układy. Naprawdę, nie chciałabym dziś mieć 20, czy 30 lat.
6/13
Michał Jadczak
Prawiedniki 171 b
Tata zaprowadził mnie kiedyś do mistrza tapicera i kazał się zająć tym fachem. Tak to się zaczęło i trwa do dziś. W zawodzie jestem już 40 lat. I jestem z tej pracy zadowolony.
Wszystko się robiło: bryczki, sanie, antyki, zabytkowe samochody, motocykle, meble. Sanie zamówił jeden profesor. Były bodajże z 1937 roku. Odziedziczył je po rodzicach. A bryczki dla Muzeum Wsi Lubelskiej, Zamku Lubelskiego, tych wszystkich dworków. Wiele ciekawych rzeczy przez te wszystkie lata zrobiłem.
Najbardziej jestem dumny z mebli antycznych, bo interesuję się starymi rzeczami. Na giełdach staroci zawsze coś kupię. Zbieram bagnety i inne przedmioty, które nie są drogie, ale jakąś wartość mają.
7/13
Michał Jadczak
Lublin, ul. Zamojska 33
Klienci przyjeżdżają do mnie z Zamościa, Chełma czy Lubartowa, ale teraz to nie ten handel, co kiedyś. Widzi pani, tyle gadamy i nikogo nie było. A kiedyś najwięcej się sprzedawało właśnie w poniedziałki. Ludzie ze wsi przyjeżdżali wtedy do miasta.
Tylko na ul. Zamojskiej było czterech czapników. Ja byłem najbardziej wykwalifikowanym rzemieślnikiem. Bo zanim przeszedłem na swoje, robiliśmy czapki dla wojska, kierowców autobusów, księży. Wszystko ręcznie. Na maszynach to dopiero w spółdzielni.
Kiedyś wszyscy chodzili w nakryciach głowy. I nikt na ulicy rękawów koszuli nie podwijał. A teraz? Ludzie w robią zakupy w ciucholandach. Potem przychodzą, by wymienić podszewkę czy skrócić daszek.
8/13
Kuba Wójtowicz
Lublin, ul. Kunickiego 33
Z klientami dziś jest słabo. Teraz jak parasole się psują, to ludzie je wyrzucają. A ja może też za uczciwa jestem. Często sama ludziom mówię, że nie ma sensu reperować. I potem, jak pada, to jest kolejka. Za to w zimie nie ma za co opłacić zakładu. W styczniu miałam tylko 230 złotych przychodu. Ale ta praca to bardziej moje hobby niż zarobek. Czasem siedzę tu nawet do godz. 22.
Ludzie kupują parasolki po 10 czy 20 złotych. Dla mnie to złom. Przynosi mi raz jedna pani taką parasolkę na sześciu drutach. I ten drut kruszy się milimetr po milimetrze. Mówię do niej, z troską o jej pieniądze: „Dziewczyno, co ty kupiłaś?”. A ona: „Jak pani śmie? Ja za to 180 zł zapłaciłam!”. Zdenerwowałam się i powiedziałam: „Ja pani tego nie zrobię. Śmieci niech pani nosi do tych, co chcą śmieci reperować”.
9/13
Kuba Wójtowicz
Lublin, ul. Cyrulicza 3
Nie wybierałem tego zawodu, to tradycja rodzinna. Ojciec mnie nauczył, potem przejąłem po nim zakład. Jak umierał, to powiedział mi: Synu, Cyrulicza to żyła złota. Tylko ja do tej pory jej nie odkopałem.
Swojemu synowi powtarzam: Nigdy nie czepiaj się rowerów, to katastrofa! Mnie też w sercu gra coś kompletnie innego. Mam duszę zapiętą inaczej.
Moja historia, to historia człowieka niespełnionego. Tutaj tylko zarabiam pieniądze, by utrzymać rodzinę. Nigdzie się nie reklamuję, ale klientów mi nie brakuje. Tyram od rana do nocy.
10/13
Michał Jadczak
Lublin, ul. Lubartowska 8 (w podwórku)
Mam 70 lat. Nie wiem, czy nie jestem najstarszym rzemieślnikiem w Lublinie. Muszę o to w cechu zapytać... Te wszystkie pawilony wokół, to kiedyś były zakłady krawieckie. A teraz, kto jakieś przeróbki zrobi? Zakładów coraz mniej, stara gwardia poodchodziła. Życie przeleciało, jak drzwi otworzyć i zamknąć.
Dziś rzemieślnikom nie jest łatwo. Usługi się robi po 2, 3, 5 złotych, a trzeba zapłacić ZUS, lokal, prąd, gaz. Naprawdę jest ciężko. Wcale się nie dziwię, że młodzi nowych zakładów nie otwierają. Szkoły zawodowe się zamyka, a fachowców brakuje. Od kilkunastu lat nikt o naukę zawodu mnie nie zapytał.
11/13
Kuba Wójtowicz
Lublin, ul. Furmańska 4
Piekarzem był już mój ojciec. Przed wojną prowadził piekarnię w Czeremsze na Podlasiu. Zniszczyła ją jedna z pierwszych bomb, jakie spadły na tę miejscowość.
W 1940 r. przyjechaliśmy do Lublina.
W 1941 r. wydzierżawił piekarnię w Piaskach i tam spędziliśmy większość wojny. Po wyzwoleniu Lublina ojciec znalazł ten budynek. Zaczął go remontować, stawiać piece. My z bratem i mamą zjechaliśmy do miasta 6 grudnia. Pamiętam, że był to Mikołaj, bo dostałem wtedy dwa zeszyty: jeden w linie, drugi w kratkę. A brat książkę, więc była awantura. Piekarnia ruszyła tuż przed świętami. Pierwszy wypiek był dokładnie w Wigilię 1944 r.
Rzadko chodzę po sklepach, ale zdarza się. Biorę z półki „chleb razowy”, a to pszenny farbowany na ciemno. Wkurza mnie to straszne. Ktoś powinien to kontrolować. Ja wciąż robię według starych receptur mojego ojca.
12/13
Michał Jadczak
Lublin, ul. Narutowicza 41
Największe zainteresowanie biżuterią było w latach 80. i 90. Złoto to była dobra lokata. W tym roku też mocno poszło w górę, z 60 zł do 100 zł za 1 gram, ale dziś ludzie nie mają pieniędzy. To widać na każdym kroku. Każdy kto wejdzie, od razu pyta: Ile to będzie kosztowało? Kiedyś stała kolejka i nikt nie pytał o ceny.
Wyszkoliłem ośmiu uczniów. Pani Agnieszka pracuje we Włoszech, inny uczeń w Kanadzie. Ja przez dwa lata pracowałem w USA, u Tiffany’go. Jeśli się człowiek uczy u mistrza, to podstawy jubilerstwa w Polsce są bardzo dobre.
Kilka dni temu absolwent prawa pytał, czy nie wziąłbym go do nauki zawodu. – Niech pan szuka dalej. Ja sobie powoli odpuszczam – powiedziałem mu.
13/13
Podziel się
Oceń
Napisz komentarz
Komentarze
Aktualnie nie ma żadnych komentarzy. Bądź pierwszy, dodaj swój komentarz.
Napisz komentarz
Komentarze