Historia kamienicy przy ul. 3 Maja 22 w Lublinie
Opis galerii
1/20
Fundamenty
Sztuczny pilaster udaje, że podpiera: gzyms udający głowicę greckiej kolumny i owalny kartusz z datą MCMX–MCMXI. Cały w kamiennych laurach, jak pomnik. Od podwórka tylko data 1911. Od frontu obfite kamienne girlandy kapią z obu boków bramy. Mniejsze sięgają okien pierwszego piętra.
Okazałą eklektyczną kamienicę w Lublinie postawił Żyd z Międzyrzeca. Szymcha Bromberg. Nie miał jeszcze trzydziestki.
Komiwojażer handlujący szczeciną i szczotkami 2-3 lata wcześniej ożenił się z 16-letnią Gitlą Borenstein. Ojciec dziewczyny zmarł nagle mając lat 40. Zostawił żonie i córce świetnie prosperujące przedsiębiorstwo: suszarnię i skup chmielu. By firma dalej działała, potrzebny był obrotny zięć. 10 lat starszy od jedynaczki Szymcha był jednym z kandydatów zaproponowanych przez swatów. Sugestia aranżujących małżeństwo, by nie nosił chałata i zgolił brodę, okazał się skuteczna.
Nieruchomość Borensteinów była już na granicy ówczesnego, cywilizowanego Lublina. Ulica Czechowska, zaczynająca się przy Krakowskim Przedmieściu, ginęła wśród pagórków łąk i pól nad rzeką Czechówką. Do ul. Czechowskiej dochodził trakt, przy którym działało przedsiębiorstwo ojca, a potem męża Gitli. Używali go plantatorzy chmielu i browarnicy. Z czasem stał się miejską ulicą, która do dziś nazywa się Chmielna.
Szymcha Bromberg nie skończył żadnej szkoły. Nieźle mówił po polsku i rosyjsku, czytał po hebrajsku i niemiecku i szybko liczył. Sam nauczył się gatunków chmielu, zasad uprawy, praw rynkowych, giełdy towarowej, finansowania. Kupował chmiel na pniu, w marcu, kiedy plantatorzy potrzebowali pieniędzy. Tracił, jeśli chmiel nie obrodził albo obrodził tak bardzo, że ceny spadały. Podobno by robić wrażenie na plantatorach jeździł do nich autem, bo był pierwszym w Lublinie właścicielem takiego pojazdu.
Na nieruchomości teścia najpierw zbudował istniejący do dziś czteropiętrowy magazyn z windami. Potem kupił przyległy plac i wybudował kamienicę. Kiedy Bromberg stawiał dom, fronton - gdzie sztuczny pilaster udaje, że podpiera gzyms - był od ul. Czechowskiej. W 1916 roku, z okazji 125. rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 maja ulica zmieniła nazwę. Eklektyczna kamienica do dziś stoi przy ul. 3 Maja.
2/20
Parter
Po pchnięciu ciężkich, metalowych, przeszklonych drzwi, tych samych od nowości, wchodzi się z ulicy na schody. Wydają się wąskie, bo nad głową do sufitu bardzo daleko. Ściany ozdobione stiukami noszą kilka warstw mniej i bardziej szarej farby. Widać kilka mosiężnych kul, które kiedyś podtrzymywały nieistniejące dziś poręcze. Na ścianie marmurowy prostokąt z otworami, który wygląda jak zepsuta tablica na klucze, okazuje się pozostałością po przedwojennych dzwonkach. Każda dziurka to mieszkanie.
Mrocznie, pachnie piwnicą, kurzem. Przez wysokie okna widok na ściany oficyn, dawną suszarnię, dawne magazyny i podwórko. Na szybach, trudno uwierzyć, ale widać zarysy malowideł z 1911 roku. W jeszcze lepszym stanie są bukiety kwiatów i secesyjne muszle ozdabiające jasny sufit sieni. Pod stopami, przez wszystkie piętra, biały marmur.
3/20
Piętro
Drzwi frontowe szklone rżniętym kryształem, schody z białego marmuru wyścielone czerwonym chodnikiem. Kryształowe szyby w oknach klatki schodowej, wymalowane w dziewoje z bujnym biustem i rozwianym włosem. Kryształowe lustra na podestach. Tak rodzinny dom zapamiętał Adam Bromberg, jedno z czworga dzieci Szymchy i Gitel.
Rodzina właściciela zajmowała dwa połączone mieszkania na pierwszym piętrze. W ankiecie wypełnionej w 1936 roku przez zarządcę nieruchomości na potrzeby inspekcji budowlanej jest mowa o jednym lokalu ośmioizbowym. Zapewne chodzi o mieszkanie Brombergów.
Kiedy przyjmowali u siebie ważnych gości, na przykład Wacława Wiślickiego, żydowskiego posła, usuwali przepierzenia między pokojem stołowym a pokojami synów. Dzięki temu mogli rozstawiać stoły, przy których siadało czterdzieści osób. W takich momentach kolację sprowadzano z restauracji, razem z dwoma kelnerami we frakach.
Detale z codziennego życia przedwojennej, finansowej elity żydowskiej Lublina, znamy dzięki setkom kartek i dziesiątkom nagranych kaset, jakie zostawił po sobie Adam Bromberg. Koleje losu jednego z trzech synów Szymchy, który przeżył wojnę i zmarł na emigracji w Szwecji, to historia niezwykła.
Henryk Grynberg na podstawie wspomnień Adama Bromberga napisał książkę. Historia zaczyna się w Lublinie od dziadka Borensteina, chmielu i domu przy ul. 3 Maja 22.
4/20
Suterena
- Mój dziadek urodził się w 1923 roku w kamienicy Brombergów. Jego dziadkowie mieli tam sklep. W suterenie. Polski sklep w żydowskiej kamienicy. To jest dziadek Ryszard i jego rodzice Helena i Zygmunt - mówi Jacek Chachaj i stuka palcem w pocztówkowej wielkości fotografię w sepii.
Kilkuletni Ryszard ma jasną twarzyczkę i minę chłopca, któremu kazali się ładnie ubrać i iść do fotografa. Ale lewą dłoń zwinął w pięść. Ma aksamitny beret włożony na jedno ucho, marynarkę i krótkie spodenki z rajtuzami. Całość dopełnia kokarda pod szyją. Stoi na tle sztywno ustawionych rodziców.
- W rodzinie opowieść o przedwojennym sklepie była taką trochę legendą. Czasami się o nim opowiadało, jakaś daleka krewna pamiętała szyld. Jestem historykiem, więc szperałem w dokumentach szukając informacji o przodkach i w „Spisie firm polskich i chrześcijańskich w Lublinie” z około 1933 roku w dziale „spożywcze artykuły” jest: M. Modrzejewski przy ul. 3 Maja 22. Michał Modrzejewski to ojciec Heleny, mamy mojego dziadka Ryszarda - opowiada Jacek Chachaj, pracownik naukowy na KUL. I dodaje, że dzięki zbieżności imion i nazwisk może mówić, że w jego rodzinie była Helena Modrzejewska, jego prababka.
Pan Jacek zna wspomnienia Adama Bromberga. I ten fragment, kiedy opisując kamienicę mówi o suterenach pod wysokim parterem, w których znajdował się warsztat, za którym mieszkał szewc i... sklepik, za którym mieszkał sklepikarz. Zapewne chodzi o jego przodków.
- Moja rodzina po jakimś czasie wyprowadziła się od Brombergów. Z pamiątek po nich mam fotografie, a po sklepie został moździerz. Wtedy, jak ktoś przychodził po pieprz czy kawę, dostawał je utłuczone w moździerzu. Mamy go do dziś, bo uratowała go moja mama. Dziadkowie chcieli wyrzucić. Już chyba był nawet na śmietniku - dodaje.
Sklep Michała Modrzejewskiego musiał być ówczesnymi delikatesami, bo nawet złodzieje uważali go za atrakcyjne miejsce. 26 listopada 1931 roku „Ziemia Lubelska” informowała o złapaniu szajki, która okradła sklep przodków pana Jacka. Łupy - artykuły żywnościowe, wyroby tytuniowe (pisownia oryginalna) i weksle - odzyskano a sprawców zatrzymano: 21-letniego Franciszka Bukowskiego* z ulicy Drobnej, 17-letniego Stefana Górskiego* z ulicy Czechowskiej i prostytutkę Marię Dajan*, sąsiadkę Stefana. Sprawcy w nocy z 21 na 22 listopada weszli do sklepu uszkadzając okiennicę i wybijając kratę. Właściciel szacował straty na 732 zł (artykuły) i 800 zł (weksle).
O sklepie spożywczym czynnym w kamienicy mówi ankieta budowlana z 1936 roku i dokumenty z 1940. W kwietniu 1947 roku administracja domu wydała zaświadczenie, że obywatel Czesław Ruszowski wydzierżawił lokal handlowy w suterenie, którego okna wychodzą na ulicę. Czynsz obywatelowi wkalkulowano w komorne za mieszkanie na parterze.
Dziś do sutereny i dawnego sklepu pradziadków pana Jacka wchodzi się od ulicy, ale schody i drzwi zamiast okien pojawiły się w latach 70. ubiegłego wieku. Wcześniejsze wejście od podwórza zasypano. Jego ślad powinien być za trójkątnym ogródkiem na podwórku. Teraz o dawnym wejściu do sklepu świadczy tylko ozdobny płotek z kutego żelaza.
5/20
Obiekt architektoniczny
Podwórko, płotek, eklektyczna fasada, marmurowe schody, pokoje w amfiladzie, klatki schodowe. Za tym wszystkim stoi architekt Henryk Paprocki. Były komiwojażer z Międzyrzeca musiał się dobrze orientować, jeśli na projektanta swojej kamienicy wybrał ówczesnego architekta miejskiego i człowieka, którego nazwisko jako jedynego z Lublina pojawiało się wśród laureatów konkursów architektonicznych.
Paprocki - rocznik 1870 - był bardzo wszechstronnym architektem. Zostały po nim kamienice w stylu eklektycznym - jak ta Brombergów, przy Narutowicza 22 , Kołłątaja 5 czy przy Krakowskim Przedmieściu 20. Ale także lubelska secesja to jego twórczość: Ogrodowa 5, Górna 11, 1 Maja 41. Projektował i nadzorował budowę gmachów użyteczności publicznej, obiektów przemysłowych czy hal fabrycznych jak te Teofila Laśkiewicza na Bronowicach. Projektował nawet budki z wodą sodową, a w trakcie wojny polsko-bolszewickiej w 1920 roku kierował robotami przy sypaniu szańców. Nieistniejące już kino Corso (wcześniej Oaza) u zbiegu ulic Radziwiłłowskiej i Staszica też było jego projektu.
Jak zauważa historyk sztuki dr Hanna Bieniaszkiewicz, o pochodzącym z Lublina Paprockim wiemy dużo dzięki temu, że był zatrudniony w urzędzie miejskim. Zachowała się jego teczka osobowa, no i projekty. Autorka podczas pisania rozprawy doktorskiej poświęconej architekturze secesyjnej Lublina widziała ich w archiwach dziesiątki.
Zapewne zaglądała też do składanej, oprawnej w granatowe płótno teczki z rozrysowanym na kolorowo i opisanym po rosyjsku projektem kamienicy Brombergów.
6/20
Oficyna. Prawa
Jak wyliczono w 1936 roku, a więc dekadę po zmianie magazynu w mieszkalną oficynę, w kamienicy Bromberga były 33 mieszkania. Dwadzieścia z nich miało balkony. 6 od frontu, 14 od podwórka.
- To były chyba lata 60. a może 70. ubiegłego wieku, kiedy zawalił się jeden z balkonów na pierwszym piętrze, od podwórka. Zginęła lokatorka, która na nim siedziała i czytała książkę - wspomina Zofia Morawińska*, jedna z dawnych mieszkanek kamienicy.
Po tym wypadku wyremontowano wszystkie balkony. Najprawdopodobniej wówczas te od frontu straciły ozdobne barierki jakie przewidział dla nich - przynajmniej w projekcie - architekt Henryk Paprocki.
7/20
Oficyna
Z lewej strony podwórka stoi najstarszy budynek na tej posesji. Już w dokumentach z 1940 roku jego wiek określano na około 60 lat, czyli jego historia musi sięgać przedsiębiorstwa Borensteinów. To suszarnia chmielu z paleniskami, na których paliła się siarka. Za czasów Adama Bromberga siarka ulatniała się pod sufit z żelaznej siatki, na którą wysypywało się chmiel. Chodziły po niej dziewczyny z grabiami i mokrymi chustkami na nosie i ustach, bo chmiel trzeba było w czasie siarkowania przegrabiać. Później trafiał do jutowych worków, które mężczyźni zanosili pod prasę i do magazynu, na drugi koniec podwórka.
Pakowanie w worki i prasowanie do dziś nazywa się balotowaniem. Baloty nosili mężczyźni, bo jeden zawiera 150-200 kg chmielu. Współczesne zasady postępowania z chmielem są podobne. Dziś też chodzi o to, by szyszki nie chłonęły wilgoci, bo cenne kwasy goryczkowe się utleniają, a chmiel starzeje. U Bromberga mężczyźni pracowali jedenaście godzin za siedem złotych, a dziewczyny dziesięć godzin za cztery złote.
8/20
Piętro. Trzecie
- Miałam chyba 10 lat, kiedy w czasie wakacji, jakie bardzo często spędzaliśmy w Zwierzyńcu, przyjechaliśmy do Lublina, do kamienicy przy 3 Maja 22. To chyba wtedy pierwszy raz ją zobaczyłam. Rodzice, a właściwie ojciec, chcieli się zobaczyć z panem Jezierskim, który był administratorem i reprezentował interesy ojca - mówi Ewa van der Veer-Chrościechowska, córka Antoniego Chrościechowskiego, który w 1937 roku kupił od Szymchy Bromberga nieruchomość.
- Ojciec miał przed wojną w Wierzchowinie, w powiecie krasnostawskim, majątek odziedziczony po rodzicach. Sprzedał część ziemi i chciał zainwestować w Lublinie, w kamienicę. Podobno zaoferowano mu wówczas cztery nieruchomości, a on wybrał kamienicę Brombergów. Mówił, że była najbardziej interesująca. Nigdy tu nie mieszkał. Miał tylko do dyspozycji mieszkanie, z którego korzystał przyjeżdżając w interesach. Żyliśmy w Krakowie, gdzie ojciec przyjechał w 1951 roku. Do emerytury, a nawet i później był prawą ręką prof. Majewskiego w kierownictwie odnowienia Zamku Królewskiego na Wawelu. Ja wyjechałam z Polski w 1981 roku. Po śmierci ojca w 1990 roku odziedziczyłam kamienicę i wtedy postanowiłam wrócić do kraju. Od kilku lat mieszkamy z mężem w Lublinie na stałe - opowiada właścicielka nieruchomości oprowadzając po kamienicy.
- Wyremontowaliśmy kilka mieszkań według najostrzejszych zasad respektu dla zabytków. To nie było łatwe. Niektórzy wykonawcy nie chcieli więcej z nami współpracować. Parkieciarz powiedział, że już nie odbierze ode mnie telefonu. Miał dość przekładania mozaiki podłogowej z trzech kolorów drewna, a my się upieraliśmy się, że da się to piękne drewno i wzór uratować. Bo wszystkie mieszkania u Brombergów były z pięknymi podłogami, piecami. Miały stiuki, secesyjną snycerkę, marmurowe i mosiężne elementy. Po wykończeniu i detalach architektonicznych widać, że nie szczędzili pieniędzy - dodaje i zwraca uwagę na szeroki fryz biegnący pod sufitem, na którym secesyjne pawie chodzą za zajączkami, wśród liści kasztanowca i kiści winogron.
Dwa miesiące stał restaurator na drabinie i odskrobywał ze starych farb te piękne sztukaterie.
- Wszystkie drzwi i okna w naszym mieszkaniu są oryginalne, odnowione, oczyszczone, dopasowane. Nawet klamki, zamki w drzwiach i klucze. Jak ich brakowało, to kupowaliśmy na giełdzie staroci. Półki w spiżarni też chcieliśmy zachować stuletnie. Stolarz pukał się w czoło, dlaczego się upieramy przy tych starych deskach zamiast dociąć na wymiar nowe, z płyty, będzie porządnie. W czasach PRL-u nieruchomość była kłopotem. Ojciec zatrudniał administratora, wspominanego pana Jezierskiego. Czasami w dzieciństwie słyszałam: o, dziś już piąty, a pieniędzy od Jezierskiego jeszcze nie ma. Pamiętam, że to była kwota 1000 złotych, chyba istotna dla naszego budżetu, bo pensja ojca wynosiła wtedy około 5 tysięcy. Potem, gdy ten pan już sobie z kamienicą nie radził, administrację przejęło miasto - wspomina Ewa van der Veer-Chrościechowska, z wykształcenia inżynier architekt, konserwator zabytków i antykwariusz.
Na przełomie lat 60. i 70. ubiegłego stulecia Antoni Chrościechowski sprzedał część nieruchomości, czyli zamykający posesję od strony zachodniej, dawny magazyn chmielu. Dziś jego użytkownicy mają wejście od strony ulicy Chmielnej, nie od podwórka. I dobudowali piętro.
- Załatwiania przy tej transakcji było mnóstwo, w rezultacie za część pieniędzy ze sprzedaży mama kupiła dywan i odkurzacz - opowiada córka i dodaje, że nie jest jedyną właścicielką kamienicy, bo ojciec sprzedał kilka mieszkań.
Z czasem jedno z nich, od kolejnych właścicieli, odkupił mąż pani Ewy. - Jak się pokłócimy, nie mam nawet gdzie się wyprowadzić, bo wszystkie mieszkania są wynajęte - żartuje.
Kłopoty z zarządzaniem nieruchomością, o których wspomina pani Ewa, wiązały się pewnie także ze stanem technicznym kamienicy. We wrześniu 1944 roku do Zarządu Miejskiego Wydziału Administracyjno-Budowlanego trafiła prośba o przysłanie komisji, która oszacuje wielkość szkód wojennych niemal we wszystkich mieszkaniach. Kamienica solidnie ucierpiała w czasie lipcowych walk o miasto. W listopadzie 1944 roku ojciec pani Ewy dostał zaświadczenie, gdzie wyliczono koszty napraw, jakie zostały wykonane: suma ponad 100 tysięcy złotych. A już w 1948 roku miejscy urzędnicy ponaglają właściciela, by zabrał się za naprawę dachu i wykonał prace na terenie oficyn.
Pod jednym z takich dokumentów podpisał się i służbową, fioletową pieczątkę przystawił inspektor budowlany Henryk Gawarecki.
9/20
Oficyna. Lewa
Tak, to ten sam Henryk Gawarecki, który w książce „O dawnym Lublinie” przywołuje wydarzenie z września 1937 roku. „W dawnej suszarni chmielu przy ul. Chmielnej 4 odbyła się wystawa rzemieślnicza, zorganizowana przez Związek Rzemieślników Chrześcijan”. Organizatorzy na trzech piętrach przygotowali pokaz rzemiosła lubelskiego, celem - jak pisali w katalogu - zaprezentowania jego wszechstronności i użyteczności oraz pobudzenia do szlachetnej rywalizacji.
W zbiorach Muzeum Historii Miasta Lublina jest szarozielona, wąska broszurka - cytowany przez Gawareckiego przewodnik po ekspozycji. Zawiera spis wystawców, są nawet plany poszczególnych pięter oraz dużo ogłoszeń wystawców.
Na parterze prezentowali się zduni i kaflarze, ślusarze i kowale. Na pierwszym piętrze było stoisko Vettera - koniak, likier, śliwowica vetterowska, duży kufel piwa - wszystko sprzedawano po 10 groszy i podobno tłum przy tym stoisku był największy.
Oprócz oferty szczotkarzy, mistrzów stolarskich czy prezentacji wag uchylnych przygotowano wystawę zabytków cechowych: sztandarów, ksiąg czy kubków obrzędowych a nawet dyscyplin, których używano, by karać uczniów. Wyżej prezentowali się szewcy, krawcy, kuśnierze czy czapnicy. Trzecie piętro wypełniały między innymi oferty wyrobów lubelskich zakładów dobroczynnych oraz... wystawa zdjęć.
Niedaleko wejścia były dwa stoiska: „64” Ludwik Hartwig Krakowskie Przedmieście 29 Portrety i widoki oraz „65” Maria Hartwig ul. Narutowicza 23 Fotografie, portrety i widoki.
Dziś trudno uwierzyć, że w stosunkowo niewielkiej suszarni z boku podwórka była wystawa, którą otwierali: ówczesny wojewoda Antoni Rożniecki, prezydent miasta, starosta, przedstawiciele Ministerstwa Przemysłu i Handlu, dyrektor Izby Rzemieślniczej. Byli dziennikarze i fotografowie. Byli, bo zachowały się zdjęcia z tego wydarzenia.
Wystawa trwała osiem dni.
I dzięki niej wiemy, że w roku 1937, kiedy nieruchomość zmieniła właściciela, chmielu przy ul. Chmielnej już nikt nie suszył.
10/20
Oficyna. Prawa
Dzisiejsza oficyna od strony ulicy Chmielnej swój wygląd zawdzięcza remontowi z przełomu 1923 i 1924 roku. W jakimś momencie Szymcha Bromberg potrzebował mniej miejsca na chmiel. A może uznał, że bardziej opłacają się mieszkania i część dawnego magazynu z 1905 roku kazał przebudować. Projekt robił i inwestycję nadzorował inżynier Henryk Bekker.
Bekker był znaną postacią w Lublinie, do którego przyjechał po studiach w Monachium.
Mieszkania w oficynie zrobił półtora metra niższe niż te Henryka Paprockiego w kamienicy. Dzięki temu wygospodarował dodatkowe czwarte piętro i poddasze z facjatkami. W Lubelskim Archiwum Państwowym zachowały się plany przebudowy, zgody miejskich radnych na inwestycję, a później na zamieszkanie. Jest też korespondencja z urzędnikami. Oprócz mieszkań w oficynie były też biura, magazyny i garaż spółki z ograniczoną odpowiedzialnością S. Bromberg i Synowie oraz laboratoria Dyrekcji Państwowego Monopolu Tytoniowego.
Jak wyliczył architekt Henryk Bekker i poświadczył podpisem, właściciel w przebudowę magazynu zainwestował 15 tysięcy. Wartość nieruchomości z mieszkaniami wzrosła do blisko 60 tysięcy złotych. Inwestor z architektem pewnie znali się długo, bo Bromberg był wiceprezesem gminy żydowskiej a Bekker radnym miejskim i prezesem gminy.
W 1940 architekt stanął na czele Judenratu (Żydowskiej Rady Starszych), ale tego Bromberg już pewnie się nie dowiedział.
Dzięki funkcji w Judenracie Bekker nie trafił do utworzonego w Lublinie getta i jak za czasów pracy dla Bromberga mieszkał przy ul. Bernardyńskiej. Ale w 1942 roku, po likwidacji getta na Podzamczu, Niemcy wysiedlili połowę członków rady. Jednym z nich był Bekker. Jak wspominają świadkowie, hitlerowcy, którzy przyszli po niego do mieszkania, kazali mu założyć szal modlitewny i tak ubranego przyprowadzili do punktu zbornego w bożnicy przy ulicy Jatecznej. Podobno żołnierze żartowali, że zostanie mianowany prezesem na nowym miejscu osiedlenia. Razem z innymi deportowano go do obozu w Bełżcu.
Oprócz przebudowanej oficyny Szymchy Bromberga po zamordowanym inżynierze z ul. Bernardyńskiej zostały kamienice. Na przykład ta przy ul. Okopowej 10 czy przy Wieniawskiej 6/8.
11/20
Piętro. Pierwsze
- Kiedy Bromberg stawiał kamienicę, oświetlenie było gazowe, elektryczności jeszcze wtedy nie mieli. O, ta rurka wystająca ze ściany pod sufitem, jest właśnie od gazu. W sypialni też widać ślady, że po obu stronach łóżka były gazowe lampy. Później rurki wykorzystano, by poprowadzić instalację - mówi Ewa van der Veer-Chrościechowska, wprowadzając za masywne drzwi do dawnego mieszkania pierwszych właścicieli.
Drzwi solidne, ozdobione roślinnymi elementami, oryginalne. Jak ściany w odcieniu szarym. Brak prądu u początku ich historii widać po manualnym dzwonku. Z płaszczyzny wystaje metalowy kluczyk-uchwycik, którym należało - zgodnie z napisem na dzwonku - obracać. Do skutku. Aż usłyszą za drugimi, przeszklonymi drzwiami.
Wewnątrz rzuca się w oczy głównie to, co z przedwojennym metrażem zrobiła powojenna historia. Komunałkę.
Łazienka z oryginalnymi kafelkami z 1911 roku, kryształowym lustrem w drzwiach i wanną dostała szafkę kuchenną i zlew z suszarką i talerzami. W kryształowym lustrze zamontowanym przed wojną w drzwiach, odbijały się wielorodzinne prywatności. Przedpokój stał się korytarzem do kilku mieszkań, a każdy pokój mieszkaniem. Jeden z pokoi stał się kuchnią. Jest kuchenka i meble. Zlew - w łazience. Przedpokój stracił stiuki, zyskał system szaf. Pachnie meblowym komisem, cudzym życiem. Pani Ewa otwiera drzwi do salonu Brombergów, w którym przez ostatnie kilkadziesiąt lat mieszkali różni ludzie. Zamiast stiuków jest bezkształtny warkocz czegoś, co kiedyś było kompozycją z jabłek, może i gruszek, i liści. Wszystko zniknęło pod warstwami farby. Możliwe, że kiedyś właściciele uwolnią także amorki, które jak wspominał Adam Bromberg, miały fruwać tu po sufitach.
Śladem dawnego luksusu są jeszcze parapety. We wszystkich pozostałych mieszkaniach drewniane, tu zimny marmur.
Na klatce, na sąsiedzkich, identycznie szarych i ozdobnych drzwiach, ktoś wydrapywał mozolnie, aż do żywego drewna litery K+M+B.
12/20
Suterena
- Z ludzi, którzy pamiętali przedwojenne czasy, była tu chyba tylko jedna, starsza pani - wspomina Zofia Morawińska, dawna lokatorka, która mieszkała pod „22” w czasach PRL-u. - Byłam młoda, nie bardzo słuchałam tych jej opowieści, ale kiedyś zapytałam, dlaczego mieszka w suterenie. Wytłumaczyła mi, że jest samotna i jej mieszkanie na parterze, w którym była przed wojną, miało za duży metraż, nie spełniała normy. Dlatego po wojnie przeniesiono ją niżej. Opowiadała mi o stróżu, obowiązkowym zamykaniu bramy o godz. 22, o porządku.
13/20
Piwnica
Maria Pietraszewska miała 10 lat, kiedy we wrześniu 1939 roku siedziała z babcią i najmłodszą siostrą mamy w piwnicy domu gdzie mieszkała babcia. A babcia mieszkała przy ul. 3 Maja 22. Mała Maria miała dom na Rurach Jezuickich, ale rodzice musieli coś załatwić, jakieś zakupy zrobić przed ewakuacją i zostawili ją w śródmieściu u babci.
- Ale to było straszne przeżycie. Ten huk samolotów, bomb i jeszcze krzyki przerażonych, spanikowanych ludzi. My też płakałyśmy. To były przeważnie kamienice żydowskie i chowała się tam też rodzina żydowska. Nie zapomnę płaczu tej kobiety, Żydówki, która krzyczała: Aron, ja chcę z tobą! Aron, ja chcę z tobą! Tak sobie zapamiętałam to imię z tamtego czasu: Aron. Jak ucichło to straszne bombardowanie, to rodzice już wiedzieli, że śródmieście było strasznie zniszczone. Pamiętam, jak ich wyglądałyśmy. Wybiegłyśmy na ulicę, moja mamusia dosłownie słaniała się z przerażenia, z rozpaczy, bo bała się, że my tam już zginęłyśmy. Na szczęście bomba tak padła, że ulica 3 Maja ocalała - wspomina pani Maria.
14/20
Próg
Adam Bromberg zapamiętał, że jego ojciec był wybuchem wojny zdruzgotany i zupełnie nie widział, co robić. Najstarszy z braci, który czytał niemieckie gazety, widział, że trzeba uciekać. Znalazł sanitarkę, która za dolary woziła ludzi na sowiecką stronę. Razem z Brombergami, którzy mimo sprzedaży kamienicy Antoniemu Chrościechowskiemu nadal mieszkali przy 3 Maja 22, pojechał znajomy mecenas z żoną. Mecenasostwo wiozło ze sobą spory zapas puszek, w których mieli zakonserwowane dolary, brylanty i złoto.
Dojechali do Lwowa. Tu Adam widział się z rodzicami i krewnymi ostatni raz. On trafił do wojska, oni zostali. Gitel dobiegała 50., Szymcha nie miał jeszcze 60. lat. Adam wyrzucał sobie, że może gdyby został z nimi, przynajmniej umarliby jako ludzie.
Mężczyzn: 38, kobiet: 47. Dzieci do lat 6 jest 8, dzieci od 7 do 18 lat: 9. Ogólna liczba mieszkańców: chrześcijanie 102, żydzi (linia falista oznaczająca brak). Stan na 12 stycznia 1941. Informacje dotyczą nieruchomości z Mackensenstrasse 22, bo tak okupant nazywał ul. 3 Maja. Karta realności wypełniona grubym ołówkiem. Właściciel Antoni Chrościechowski, Wierzchowiny, dawny właściciel: Szymcha i Gitel, małż. Bromberg.
Rok wcześniej, taką samą kartę, też ołówkiem, wypełniono dla nieruchomości Chmielna 4.
Przeznaczenie: magazyny żywności, nieruchomość zajęta przez władze niemieckie, w nawiasie SS. Były właściciel: Bromberg, Ro... i poprawione grubszym śladem ołówka na Z.S.R.R.
15/20
Piętro. Drugie
Książka meldunkowa z lat powojennych, to gruby zeszyt w czarnej oprawie. Ma mozolnie ponumerowane strony, ich ilość poświadcza urzędowa pieczęć. W mieszkaniu pod „5” zameldowane są dwie kobiety. Jadwiga Mokrska, urodzona w 1921 roku i urodzona w 1886 roku Michalina Mokrska.
18 maja 1946 roku do Michaliny Mokrskiej przyszedł list od attache Marynarki Wojennej Ambasady Brytyjskiej w Warszawie zawiadamiający, że 8 czerwca 1940 roku poległ w akcji bojowej por. mar. Marian Tadeusz Mokrski. Jej syn. Zatonął z okrętem pełniąc służbę na O.R.P „Orzeł”.
Tak, ten sam, który jest patronem jednego z lubelskich gimnazjów i ma w Lublinie swoje rondo.
- Jadwiga to siostra mojej mamy, a Michalina Mokrska z domu Popielowska to moja babcia. Marian Tadeusz Mokrski był moim wujkiem - mówi Marek Prochaska z Cieszyna, syn młodszej siostry Mariana, Barbary. - Dziadek Stanisław pochodził z Lublina ale wżenił się, jak to mówią, w majątek na Ukrainie. Koło 1905 roku Stanisław i Michalina sprzedali majątek i przyjechali do Lublina. Nie znam dobrze waszego miasta, byłem tylko kilka razy, ale ktoś mi pokazywał, że kiedy się stoi tyłem do Bramy Krakowskiej, to po lewej stronie, bardzo blisko bramy odchodzi ulica. Tam dziadek kupił sklep kolonialny. Wiem, że był spory, miał dwie witryny. Gdzie wtedy mieszkali, nie wiem. Po pewnym czasie, nie wiem w którym to mogło być roku, dziadek sklep sprzedał i wszystkie pieniądze zainwestował w nowy interes. Z kimś do spółki chciał stawiać elektrownię. Trafił na oszusta, który uciekł z pieniędzmi. Wtedy dziadkowie musieli szukać tańszego, mniejszego mieszkania, prowadzić skromne życie. Wówczas sprowadzili się do kamienicy przy 3 Maja 22 - opowiada koleje losu swoich przodków Marek Prochaska.
Państwo Mokrscy mieli pięcioro dzieci. Irenę, Hannę, Barbarę, Jadwigę i Mariana, który urodził się w 1915 roku. Zdał maturę w gimnazjum im. hetmana Zamoyskiego i został przyjęty na Wydział Morski Szkoły Podchorążych Marynarki Wojennej w Toruniu. Został bohaterem w czasie II wojny światowej, gdy jako nawigator O.R.P. „Orzeł” umożliwił w 1939 roku ucieczkę jednostki z Tallina, gdzie została internowana.
- Nie mieliśmy już ani map, ani uzbrojenia prócz sześciu torped na dziobie (...) Wyszliśmy zabierając ze sobą tego chama w centrali i wartownika z molo. (...). Wieczorem obliczyłem siatkę Merkatora i ze spisem latarń zrobiłem mapę Bałtyku i Sundów, na którą nawigując nanosiliśmy sondę. Na takiej mapie nawigowaliśmy przez trzy tygodnie. (...) Prowadziłem okręt samodzielnie, to znaczy sam na pomoście, d.o. stał z tyłu koło wieży działowej. Por. Piasecki w kiosku patrzył na „mapę” i na opis drogi tak, żebym w razie jeśli mnie pamięć zawiedzie, mógł mieć natychmiast powiedziane jak jest i co trzeba zrobić. (...) Na 600 m wołaliśmy Anglię i podaliśmy, gdzie jesteśmy i na drugi dzień w południe przyszedł torpedowiec i wprowadził nas do Firth of Forth. W dowód uznania dostałem 2 puszki ananasa (ostatnie) oraz pochwałę. Sam dumny byłem jak paw, musiałem otwierać usta, żeby mnie nie rozdęło, jak mało kiedy w życiu tak byłem szczęśliwy - tak Mokrski opisywał ucieczkę w liście do przyjaciela.
Zachował się list, jest też w londyńskim muzeum jego odręczna mapa. Dowód jego niezwykłej pamięci i całej operacji jak z filmu akcji.
25-letni nawigator zaginął wraz z załogą „Orła” na Morzu Północnym. Jako datę śmierci podaje się dzień, w którym miał wrócić z patrolu. Tablica na rodzinnym grobie przy ul. Lipowej jest symboliczna.
16/20
Próg
- Dotarła jakoś do Lublina, była ze swoim narzeczonym czy mężem, szli ulicą 3 Maja, zobaczyli opuszczony dom, który miał powybijane okna. Weszli do środka i zajęli jedno z mieszkań. Tak wspominała jedna z lokatorek, która tu mieszkała od wyzwolenia. W opowieści starszej już wtedy pani dało się wyczuć taką niepewność, nie wiedziała jak to ująć, że tu mieszkali i cały czas czekali, że przyjdą, że wrócą Żydzi i ich wyrzucą. Nawet jak się tu pojawiłam jako właścicielka, niektórzy lokatorzy myśleli, że jestem Żydówką. Żydowska kamienica. Ludzie ciągle traktowali ten dom jak żydowską kamienicę - opowiada Ewa van der Veer-Chrościechowska.
- Czasami lokatorzy chcąc się może ze mną jakoś zaprzyjaźnić, nawiązać kontakt, opowiadali o dawnych, powojennych czasach. Jedna pani przyznała, że trafiła tu jako młoda dziewczyna. Miała chyba męża milicjanta. Wspominała, że pracowała na lubelskim Zamku. Mówiła, że tam rozbierała, ważyła i mierzyła więźniów. A to przecież już nie było hitlerowskie więzienie... Tak sobie czasami myślałam czy może mierzyła i ważyła mojego ojca? On w 1949 i 1951 roku był aresztowany. Nie mogli go posadzić za to, że był ziemianinem, za szlacheckie pochodzenie, to wymyślali współpracę z okupantem. Po wyjściu z więzienia na Zamku dostał propozycję pracy na Wawelu. Było bardzo niewiele osób, przedwojennych znajomych, z którymi ojciec mógł rozmawiać o przedwojennych czasach, o życiu w majątku. On dotkliwie doświadczył zmiany jaka zaszła. Stracił wszystko. Ale nigdy nie słyszałam, żeby narzekał, rozpamiętywał. Nie był zgorzkniały. Z wykształcenia był inżynierem-rolnikiem i specjalistą od hodowli koni, przygotowanym do prowadzenia dużego majątku. Był świetnym organizatorem, wszystkiego - wspomina córka, wyjmując z teczek zdjęcia Antoniego Chrościechowskiego, jakieś pożółkłe pisma wystukane na maszynie: „Z okazji utworzenia się Frontu Narodowego oraz wyborów do Sejmu Ustawodawczego Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej wyrażam Obywatelowi podziękowanie za Jego wydajną pracę zawodową będącą wkładem w walkę o nową socjalistyczną kulturę i Pokój”. Kraków 1952.
17/20
Piętro. Trzecie
Chyba najczęściej w całej historii kamienicy lokalna prasa pisała o niej w 1957 roku. Do dziś wyszukiwarka internetowa pytana o ten adres proponuje teksty, które przypominały tragedię sprzed blisko 60 lat.
Wówczas „Sztandar Ludu” i „Kurier Lubelski” dzień w dzień robiły czołówki z odesłaniem na dalsze strony opisując wydarzenia z mieszkania spod „9”. Potem relacjonując proces.
- Czy krytycznego dnia w mieszkaniu Gorzelów był ktoś obcy? Czy nikt z domowników nie słyszał krzyków, szamotania, jęków? Czy przesłuchania zatrzymanych rzucą jeszcze dodatkowy snop światła na tło morderstwa, czy też krąg podejrzanych zamknie się wokół osoby syna Ryszarda? - dociekali dziennikarze. I na trzy miesiące przed rozpoczęciem procesu publikowali na pierwszej stronie zdjęcie 20-letniego chłopaka podejrzewanego o to, że zabił rodziców.
Rodzina Gorzelów to Franciszka i Mieczysław oraz dwóch ich synów. Starszy już pracował, młodszy chodził do szkoły. Gorzelowie pochodzili spod Lublina, sprowadzili się z Kozic wiosną 1945 roku. Najpierw mieszkali przy Krakowskim Przedmieściu 70, później przy 3 Maja 22.
W poniedziałek 25 marca 1957 roku rano starszy syn Ryszard przy użyciu młotka zabił siedzącą na łóżku matkę, a potem w przedpokoju ojca. Ciało wciągnął do sypialni, zamknął mieszkanie i poszedł na ul. Orlą do pracy. Chodził pewnie na skróty przez stadion przy ul. Okopowej, bo ul. Hempla jeszcze wówczas nie było. Tam, w warsztacie, zostawił ledwie oczyszczone z krwi narzędzie zbrodni i po jakimś czasie wrócił do domu. Jak relacjonowali dziennikarze, w kuchni zagrzał sobie garnek kapusty i po wejściu do sypialni rodziców zaczął krzyczeć, że ich zamordowano.
Oboje mieli po 47 lat. Oboje byli długoletnimi członkami PZPR. On były sekretarz Związku Bojowników o Wolność i Demokrację. Odznaczony krzyżami zasługi, odznaczeniami partyzanckimi. Nekrolog zamieściła Podstawowa Organizacja Partyjna, rada nadzorcza i zarząd Spółdzielni „Przełom”. Ją nekrologiem żegnała Podstawowa Organizacja Partyjna, rada nadzorcza i zarząd Spółdzielni Pracy Usług Kolejowych, której była prezesem. Była przewodniczącą Zarządu Miejskiego Ligi Kobiet, radną Miejskiej Rady Narodowej.
Za ich przeprowadzką do Lublina stoją wydarzenia z wiosny 1945 roku, kiedy to ich dom kilka razy otaczały „reakcyjne bandy”, czyli ówczesne antykomunistyczne podziemie.
Po kolejnej strzelaninie, w której Gorzelów broniły oddziały ORMO, zniknęli z Kozic i - jak zauważali dziennikarze relacjonujący rodzinną tragedię - bardzo rzadko tam wracali, nigdy nie nocując.
1 maja 1957 powstała w Lublinie rozgłośnia radiowa. Proces syna-mordercy był niecodziennym tematem. Przed Sądem Wojewódzkim przy Krakowskim Przedmieściu stał wóz radiowców, a ludzi zainteresowanych przesłuchaniami i werdyktem sędziów było tak wielu, że cisnęli się wokół wozu, by słuchać nagrywanych głosów z sali rozpraw. Do budynku wchodzili jedynie ci, którzy mieli przepustkę. Karty wstępu chciało 1000 osób. Miejsc było 300. Na zdjęciach w czerwcowych wydaniach gazet, za Ryszardem Gorzelem składającym zeznania, widać tłum.
Marian Brandys, który była na procesie i w warszawskiej „Nowej kulturze” opublikował tekst „Diabelskie piętno”, był zaszokowany postawą oskarżonego i publiczności. On nie wykazywał skruchy, oni trzymali jego stronę.
Brandys relacjonował, że gdy Ryszard w arogancki sposób zaatakował jednego ze świadków, dostał brawa.
- Klaskało kilkanaście osób o solidnym wyglądzie - bynajmniej nie pierwszej młodości. W starym katolickim Lublinie bito brawo mordercy - pisał w wydrukowanym w lipcu 1957 roku reportażu.
Ale Brandys popełnił chyba błąd biorąc za lublinian dawnych sąsiadów Gorzelów. Najprawdopodobniej przyjechali oglądać ich klęskę i swojego wybawiciela ci, których gnębili partyjni działacze. Franciszka i Mieczysław założyli w Kozicach komórkę PPS, zorganizowali komórkę ORMO, nadzorowali wprowadzanie reformy rolnej dbali, by nikt na lewo nie handlował mięsem, nie spekulował, nie pomagał ludziom z lasu. Jak czytamy w jednym z artykułów w „Sztandarze Ludu” powodów do zemsty na zamordowanych było wiele, choćby ten, że mieli pomagać organom bezpieczeństwa w likwidacji „zbrojnych, reakcyjnych band”.
Podobno Franciszka Gorzel znała o osiem lat młodszego Józefa Franczaka ps. „Lalek”. Są tacy co mówią, że chodzili razem do szkoły. Musiała go znać, bo byli z jednej wsi. Z Kozic. Możliwe, że to ostatni żołnierz polskiego podziemia antykomunistycznego stał za akcjami, w wyniku których Gorzelowie z tych Kozic uciekli.
Prawdopodobnie to wówczas ośmioletni Rysiek, który pewnie był świadkiem tamtych strasznych wydarzeń, został wysłany do Bierutowic pod Karpaczem. Dziennikarze pisząc o oskarżonym wspominali, że między 1945 a 1947 rokiem był w tamtejszej „szkole orląt”. To ciekawe w aspekcie poglądów politycznych i kariery rodziców.
Powojenna Szkoła Orląt Grunwaldzkich, która działała w poniemieckim hotelu, miała korzenie w organizacji młodzieżowej działającej od 1933 przy Związku Strzeleckimi, a w czasie wojny konspiracji. Była drugim co do liczebności po ZHP międzywojennym stowarzyszeniem młodych ludzi. Po wojnie, żeby odwrócić uwagę od tradycji orląt lwowskich, placówka przybrała nazwę grunwaldzkich. W mundurach i z wojskowym regulaminem uczyły się tam osierocone dzieci oficerów wojskowych i żołnierzy AK, młodociane ofiary niemieckich więzień i obozów koncentracyjnych. Z czasem szkoła przekształciła się w prewentorium dla dzieci.
Podobno Ryszard przyjechał stamtąd do Lublina z gruźlicą.
- Lubelski dom Gorzelów nie był już zbrojną fortecą, ale ział chłodem i pustką - pisał Brandys, który przyczyn tragedii upatrywał w tym, że Ryszard miał jakiś uraz na punkcie matki, „groźnej, wiecznie uzbrojonej, nienawidzonej i nienawidzącej”.
Powodem zbrodni miał być konflikt. Ryszard chciał się żenić z Danutą, telefonistką z poczty. Rodzice - w jednych gazetach matka, w innych ojciec - uważali przyszłą synową za pijaczkę, a przede wszystkim bikiniarkę! No i pojawił się motyw ślubu, Danusia miała chcieć kościelnego.
Oficjalna informacja: 14 listopada 1957 roku na dziedzińcu więzienia mokotowskiego w Warszawie został wykonany wyrok na Ryszardzie Gorzelu. Informacje nieoficjalne przekazywali sobie ci, co znali Franciszkę i Mieczysława. Ryszard dzięki partyjnym znajomościom miał być wywieziony za granicę i żyć spokojnie do naturalnej śmierci. Dziś by dobiegał osiemdziesiątki.
18/20
Piętro. Pierwsze
- Zapamiętałam tę starszą panią, bo kiedy mieszkałam w kamienicy, to czasami jej pomagałam. Bywało, że mnie wołała, żeby jej nawlec igłę. Była już w mocno podeszłym wieku, samotna. Miała takie oryginalne nazwisko Ohma - opowiada Zofia Morawińska.
Pani Emma zamieszkała w jednym z pokoi, już po tym jak przedwojenne metraże nowy system zamienił w komunałkę. Można było mieć sąsiadów za ścianą i raczej ich nie widywać, bo po kwaterunkowym dogęszczaniu oni używali innej klatki schodowej. A w łazience i kuchni ciągle spotykać kogoś z drugiej strony długiego przedpokoju.
- Tak sobie o niej ostatnio myślałam, w związku z tym filmem „Wołyń”, bo ona przeszła przez tę wołyńską rzeź. Była wtedy nastolatką, miała 14 czy 16 lat. Kiedy miewała gorsze dni, to wołała, że ich widzi, że przyszli, że znów tu są. Kiedyś mi opowiedziała, że mieszkali właśnie gdzieś tam, na Wołyniu. Jakimś cudem udało jej się uciec do lasu. Gdy wróciła, nikt z jej bliskich nie żył, a to była ośmio- czy dziewięcioosobowa rodzina. Starsi mieli odrąbane głowy, młodsze rodzeństwo zastała przybite gwoździami do podłogi. To wszystko do niej pod koniec życia wracało...
Zofia Morawińska przytacza też zasłyszaną od lokatorki historię jej oryginalnego nazwiska. Przodkowie pani Emmy mieszkali gdzieś w dworku i trafił do nich ranny czy może chory napoleoński żołnierz, który wracał z wojny do domu. Córka gospodarzy wpadła mu w oko. Chyba z wzajemnością. Dziecko dostało nazwisko, a on, jak już wyzdrowiał, pojechał do Francji. Po jakimś czasie rodzina dziewczyny postanowiła sprawę wyjaśnić, znali nazwę miejscowości, z której pochodził, chyba gdzieś w Lotaryngii. Pojechali, okazało się, że to nazwisko jest tam tak popularne jak nasz Kowalski. Wrócili z niczym.
- To była przesympatyczna pani, poznałam ją, gdy była już w podeszłym wieku. Musiałam się jakoś zameldować w odziedziczonej kamienicy, pokój obok niej był wolny. Pani Emma zapewniała, że się dogadamy w sprawie korzystania z łazienki, nie będziemy sobie przeszkadzać. Było mi głupio, bo ja tylko formalnie chciałam tam mieszkać - wspomina nieżyjącą już lokatorkę Ewa van der Veer-Chrościechowska.
19/20
Drzwi
Pewnie dużo osób, jeśli podniesie wzrok znad tego tekstu i popatrzy na półki z książkami, to je zobaczy. Albo pamięta z domu rodziców, albo dziadków. Stoją równo, okładka przy okładce, tom przy tomie, jak wojsko. Zajmują ponad pół metra półki. Trzynaście tomów Wielkiej Powszechnej Encyklopedii PWN. 82 tysiące haseł, przy których pracowało 1000 autorów. Internet i Google razem wzięte kilku powojennych pokoleń Polaków.
Tom pierwszy, hasła A-Ble wydrukowano w czerwcu 1962 roku. Na jednej z początkowych stron wymienieni są członkowie komitetu redakcyjnego, drugie nazwisko na liście Adam Bromberg, dyrektor PWN.
Ostatni, 13 tom, czyli suplement, ukazał się w 1970 roku. W tym samym roku Bromberg emigrował z rodziną do Szwecji. Encyklopedię, której pierwszy nakład trafił do 133 tysięcy subskrybentów, wspominał jako największy sukces swojego życia, choć drogo kazano mu za niego zapłacić. Aresztowaniem, wiezieniem i wygnaniem.
W Szwecji w 1975 roku powstało Brombergs Bokforlag. Wydawnictwo w mieszkaniu założyli Adam z córką Doroteą. W jednym z wywiadów Dorotea Bromberg opowiadała, jak jesienią 1978 roku mieli wydać szwedzkie tłumaczenie „Sztukmistrza z Lublina”. Po spotkaniu z księgarzami była szczęśliwa, bo miała zamówienie na 750 egzemplarzy, co pozwalało na nakład 3 tysięcy. A wtedy Akademia Szwedzka ogłosiła, że Izaak Bashevis Singer dostał Nobla. Sprzedali 150 tysięcy egzemplarzy. Podobnie było z Czesławem Miłoszem. Octavio Paz czy J.M. Coetzee też najpierw podpisywali umowę z Brombergs Bokforlag, a potem dostawali noblowską nagrodę.
Adam Bromberg wspominał, że Singer po Noblu odwiedzał ich co rok. Zawsze z maszyną do pisania. Wypytywał o Lublin.
20/20
Klucz
Eklektyczna kamienica, na której frontonie sztuczny pilaster udaje, że podpiera gzyms udający głowicę greckiej kolumny i owalny kartusz z datą MCMX–MCMXI, jest na sprzedaż.
>>>
Korzystałam z Historii Mówionej Ośrodka Bramy Grodzkiej Teatr NN, materiałów Gimnazjum nr 11 im. por. mar. Mariana Tadeusza Mokrskiego w Lublinie, Muzeum im. gen. Sikorskiego w Londynie oraz prasy z epoki.
*Personalia niektórych bohaterów zostały zmienione.
Reklama
Napisz komentarz
Komentarze