Jak powstawały Przejścia
W sobotę na scenie lubelskiego Centrum Spotkania Kultur spotkanie blisko 200 artystów i energii muzyki Igora Strawińskiego. "Przejścia" według „Święta wiosny” i „Wesela”. Można by powiedzieć, że zaglądaliśmy za kulisy ich powstawania gdyby jakieś kulisy były. Dla próbujących symfoników, czterech pianistów, perkusistów, chóru, solistów i tancerzy trzeba całej przestrzeni sceny
1/10
- "Przejścia" - tytuł naszego przedstawienia kieruje ku sytuacjom w życiu ludzi, w których doświadczają rozchwiania dotychczasowego ładu, żyją w poczuciu, że nic już nie będzie takie jak dotychczas, a zarazem lękają się nadchodzącej postaci świata. Znaleźli się w miejscu, w którym nie obowiązują dotychczasowe reguły, a nowych jeszcze nie ma. Chcemy, aby nasz spektakl opowiedział o ludziach na granicy. Wyrzuconych, wykorzenionych, wydziedziczonych - bez domu, ojczyzny i bogów. O tych, którzy znaleźli się "w przejściu" historii - wyjaśnia Mirosław Haponiuk, dyrektor Ośrodka Międzykulturowych Inicjatyw Twórczych "Rozdroża", który jest autorem koncepcji przedsięwzięcia.
2/10
Jacek Łumiński
- Tancerze współcześni rzadko mają kontakt z żywą muzyką i to zetkniecie jest wielkim przeżyciem dla każdego. Jestem o tym przekonany - mówi choreograf Jacek Łumiński, założyciel, dyrektor i choreograf Śląskiego Teatru Tańca. - Każdy z osobna wnosi jakąś energię do tego spektaklu. Począwszy od dyrygenta, przez każdego muzyka w orkiestrze i osoby w chórze. Każdy wykonawca. To jest zbiór, koncentracja energii, która się nie spotka drugim razem - dodaje choreograf, który wprost przyznaje, że nie podobają mu się dotychczasowe realizacje "Święta wiosny". - Obejrzałem ich mnóstwo i jeśli jakieś zapamiętałem, to te tradycyjne. Nie wiem czy moja jest najlepsza. Ale próbuję się zmierzyć z tym materiałem. Kiedy zacząłem pracę, zacząłem zupełnie inaczej tę muzykę rozumieć. Moim zdaniem chodzi o to, żeby być z nią w zgodzie. W partyturze jest bardzo wyraźny podział na tematy, które kompozytor brał pod uwagę. Strawiński wyraźnie podzielił: tu jest poświęcenie ofiary, tu jest adoracja ofiary, tu jest wybór ofiary i tak dalej. W tym miejscu jest wejście Panny Młodej, tu jest coś innego. Jeśli się tych rzeczy nie bierze pod uwagę, tworzy się jakiś bałagan. Teraz rozumiem skąd jest bałagan w kompozycjach oglądanych przeze mnie, z czego on wynika. Najprawdopodobniej choreografowie nie brali pod uwagę Strawińskiego.
3/10
Błażej Wincenty Kozłowski i Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Lwowskiej
- Niestety dyrygentom nie zdarzają się często okazje do udziału w takich wydarzeniach. Jeśli pomyślimy o jego randze, to najważniejsza jest partytura, która tu jest realizowana. Nie ukrywam, że "Święto wiosny" to mój wymarzony utwór, dlatego bardzo chętnie przyjąłem propozycję - mówi dyrygent Błażej Wincenty Kozłowski i przyznaje, że miał być dziś w Krakowie i dyrygować na Akademii Muzycznej, ale gdy się dowiedział jaki jest repertuar "Przejść" wybrał Lublin. I dodaje, że "Święto wiosny" jest jednym z takich utworów, które gdyby chciał napisać, to napisał by jak Strawiński. - Przez to jest mi bliski. To jest utwór – symbol. Dla każdego dyrygenta jest kuszącym ale potężnym wyzwaniem. I muszą go grać najlepsze orkiestry, bo to karkołomne zdanie. Tam się co takt zmienia metrum, w bardzo dużym tempie. W 100 procentach trudno zagrać to, co jest w nutach. Muzycy przez pół godziny są w takim skupieniu i napięciu jak piloci F16.
A przy tym to dzieło, które wywołało skandal.
4/10
Błażej Wincenty Kozłowski
- Było przełomem w muzyce ale i w epoce. Symbolem XX wieku nie jest Jean Cocteau, ani Chaplin, to nie jest Picasso. To jest Strawiński. W "Święcie wiosny" skumulowało się wszystko. Każdy z wielkich z tamtej epoki jest w tym dziele, które jest prorocze. To był 1913 rok, a ono ujmuje to, co się ma wydarzyć. Wybuchła I wojna światowa, potem II wojna światowa, to wszystko się dzieje w tym utworze. Historia nie znała jeszcze faktów, które by mogły być nim skomentowane. Dlatego publiczność przeżyła szok. Jak się cytuje wypowiedz kompozytora po premierze - wszyscy byli oburzeni, wściekli, ale szczęśliwi. Publiczność wpadła w szał - dodaje Kozłowski, który studiuje dyrygenturę, założył zespół orkiestry kameralnej i sam komponuje.
5/10
Jeden z korytarzy Centrum Spotkania Kultur. Ja w trzewikach, okutane przedszkolaki idące na spektakl w kozakach, ktoś w glanach. I nagle bose stopy. Na kamiennej posadzce. Jedna para, druga, kolejne. Właśnie skończyła się jedna z prób i tancerze mają chwilę dla siebie.
- W tym tygodniu świat nie istnieje. Od 10 czy raczej 10.30 zaczynamy próbę, przerwa na lunch i dalej ćwiczymy do wieczora. Później spać i już jest kolejny dzień. Ale jesteśmy nastawieni na pracę - opisują rytm dni mijającego tygodnia młodzi ludzie.
Pytani, czy jeszcze ktoś w ich wieku w ogóle słucha Strawińskiego śmieją się, że jasne, przecież puszczają go sobie na imprezach. A teraz, po przesłuchaniu tyle razy na próbach nucą jadąc autobusem.
6/10
Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Lwowskiej
- To mega, mega trudne. U Strawińskiego, zwłaszcza w "Święcie wiosny" są takie różnice dynamiczne jak 1 milimetr i 20 metrów. Kiedy orkiestra uderzy tutti to, jak tu mówią panowie, trawa się kładzie. A zaraz gość w trzecim rzędzie gra na jakimś "pikolaku" czy oboju. Artykulacja jest ledwo, ledwo, ten instrument emituje cokolwiek, ale gra. Tak jak chce kompozytor. I jak ja będę kompensował to piano, wywrócę całą ideę utworu. Trudne zadanie, tak to zważyć, żeby ludzie na widowni mieli wrażenie, że nie ma nagłośnienia a mikrofony to element scenografii - mówi Marek Suberlak, o którym się mówi, że nie ma lepszego fachowca od nagłośnienia orkiestr. Od wielu lat pracuje na wielkich festiwalach od Sacrum Profanum, przez Kultury Żydowskiej i jazzowe po współpracę z filharmoniami.
Rozmawiamy na pustej widowni sali operowej, na scenie próba Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Lwowskiej. Mój rozmówca w pół zdania przeprasza - muszę zgasić ten obój - idzie do konsolety, by po chwili wrócić do rozmowy o "Przejściach".
- Jest to sytuacja wyjątkowa. Normalnie orkiestra w pomieszczeniu zamkniętym jest bliżej słuchacza. Rolą naszą jest, by pomóc orkiestrze w cichych instrumentach. Tutaj, ponieważ się będzie działo mnóstwo innych rzeczy, musieliśmy odjechać z orkiestrą. Na kompletny koniec sceny, w miejsce niespecjalnie akustyczne. Oni grają w zupełnie innej przestrzeni niż widownia. Moja praca polega na tym, żeby słuchacz nie odczuł, że orkiestra jest nagłośniona. Jeśli mi się to uda, jestem zadowolony. Na całe wydarzenie rozstawiliśmy ponad 120 mikrofonów. W pomieszczeniu - relatywnie dużo. To jest standardowe dla koncertów plenerowych. Zdobywam nowe doświadczenie. Jeszcze tak dalekiej orkiestry w pomieszczeniu nie robiłem - przyznaje Suberlak, który po jutrzejszej realizacji Strawińskiego jedzie w trasę z Anną Maria Jopek. - A potem do Chin i Mongolii z międzynarodowym składem. Wracam do domu grubo po Wielkanocy. Mam w samochodzie cztery walizki, każdą na inny tydzień - żartuje. I przeprasza, bo musi iść coś poprawić.
7/10
- "Święto wiosny" na scenie urzeczywistnia ryt kalendarzowy, odnoszący się do kosmicznej zmiany świata, "Wesele" - do przemiany statusu jednostki. O ile moc "Święta wiosny" jest dobrze rozpoznana, o tyle słabiej w świadomości powszechnej znana jest moc baletu "Wesele". "Przejściami" są również granice polityczne państw. Spektakl od początku był pomyślany jako przedsięwzięcie polsko-ukraińskie - transgraniczne i mocno osadzone w prowincjonalnym kolorycie pogranicza. To tutaj bowiem, w maleńkim Uściługu, mieszkał Strawiński i tu zaczął pisać "Święto wiosny". Tu szukać można ważnych źródeł, z których wyrasta impet i energia obu muzycznych arcydzieł - dodaje dyrektor Mirosław Haponiuk
8/10
Dyrygent pytany co sądzi o "Przejściach", gdzie oprócz muzyków i wokalistów na scenie będą też tancerze przyznaje się, że jest fanem baletu.
- Teatr tańca i taniec współczesny to co innego niż balet. "Święto wiosny" to jednak muzyka baletowa, "Wesele" nazywane jest scenami choreograficznymi. Realizowały je Balety Rosyjskie Siergieja Diagilewa. To bardzo mi bliski okres w historii i chętnie bym był dyrygentem w Baletach Rosyjskich - uśmiecha się dyrygent i opowiada, że jako trzylatek oglądał przedstawienia baletowe, bo jego starsza siostra chodziła na lekcje tańca klasycznego. - Pierwsza muzyka symfoniczna jaką słyszałem, to była muzyka baletowa. Nie znałem orkiestry z innej strony, myślałem wtedy, że każda muzyka to jest realizacja ciała, realizacja ruchu. Stąd też pasja do dyrygentury. Tancerze realizują muzykę gestem, tak jak orkiestra realizuje muzycznie gest dyrygenta. Uważam, że taniec i muzyka są sobie najbliższe, bo są niekonkretne, mogą dużo więcej powiedzieć. Zaglądałem do tancerzy na próby, bo nic więcej nie zobaczę. Oni będą za moimi plecami. Niestety. W "Przejściach" ja też się przemieszczam na scenie. Sytuacja jest bardzo nietypowa, nie mogę, tak jakbym chciał, docenić muzyków. Nie mogę ponieść orkiestry, pokazać solistów. Orkiestra siedzi bardzo daleko na scenie, nie widać ich, a muzycy za równo po stronie polskiej jaki i ukraińskiej są wspaniali, są wielkimi artystami. Oni są gwiazdami wieczoru.
9/10
Monika Witkowska i Patryk Wawrzuta
- Praktycznie przez cały czas nie schodzimy w kulisy, to jest męczące tak czysto fizycznie, ale ta muzyka jest tak napisana, że daje nam mnóstwo energii. Tam są takie mocne momenty podbijające, że jeszcze jak usłyszymy ją na żywo to będzie niesamowity efekt. Będziemy ponad godzinę w działaniu ale myślę, że będziemy mieć tyle energii od adrenaliny i od muzyki. No i od muzyków, bo oni też będą bardzo zaangażowani. Masa ludzi, którzy siedzą na scenie i angażują się w to co robią - Patryk Durski, Monika Witkowska, Kamil Wawrzuta z Wydziału Teatru Tańca w Bytomiu i Ewelina Drzał-Fiałkiewicz z Lubelskiego Teatru Tańca opowiadają swoje wrażenia miedzy jednym a drugim kęsem obiadu.
- Z muzyką na żywo już pracowaliśmy ale ja osobiście z tak dużym składem nigdy - dodaje Monika, która jest Panna Młodą w "Weselu". Obok siedzi Patryk, weselny Pan Młody. Nasze role są bardzo delikatnie zaznaczone. Raczej są wydobyte przez orszak kobiet i orszak mężczyzn. Mamy duet weselny - opowiadają. Rozmawiamy na dwa dni przed jutrzejszym spektaklem. Tancerze są już po pierwszych próbach na rusztowaniach stojących na scenie. - Już się nie mogę doczekać, jestem podekscytowana - uśmiecha się Ewelina, która uważa, że im wyżej tym fajniej.
- Czujemy gigantyczną odpowiedzialność, najlepsze zespoły, najlepsze teatry to tańczą. Nasz ruch jest warstwa nałożona, dodana do muzyki. Czasami się inspirujemy klimatem, nie ilustrujemy. Są szybkie momenty gdy poruszamy się wolno, w opozycji. Nie tańczymy co do nuty - dodaje Monika.
10/10
- Każdy widz ma możliwość odbierania spektaklu zgodnie z własną wrażliwością i doświadczeniami. Na tym też polega nasze zadanie, żeby tak to było stworzone - mówi choreograf Jacek Łumiński pytany, o margines na interpretację "Przejść".
W sobotę 18 marca, o godz. 19 w Centrum Spotkania Kultur w Lublinie zobaczymy tancerzy z Wydziału Teatru Tańca w Bytomiu PWST w Krakowie (Agnieszka Bednarz, Patryk Durski, Katarzyna Gocał, Katarzyna Kania, Daniela Komędera, Jarosław Mysona, Piotr Stanek, Kamil Wawrzuta, Monika Witkowska, Paweł Zaufal), Lubelskiego Teatru Tańca (Ewelina Drzał-Fiałkiewicz, Ryszard Kalinowski, Wojciech Kaproń), Black O!Range Productions z Kijowa (Viacheslav Buchok, Olena Chuchko, Yuliia Danylenko, Iaroslav Kainar, Anna Ovchinnikova, Anton Ovchinnikov, Vadym Zhaliuk). Usłyszymy Orkiestrę Symfoniczną Filharmonii Lwowskiej, zespół Kwadrofonik (Magdalena Kordylasińska, Miłosz Pękala, Emilia Sitarz, Bartłomiej Wąsik) i jego gości (Joanna Opalińska, Wojciech Świętoński, Edward Wolanin, Olga Maria Przybył, Radosław Mysłek, Paweł Pruszkowski, Rafał Kucharski), Kameralny Chór Gloria ze Lwowa, solistów: Joannę Freszel, Agnieszkę Jadwigę Grochalę, Dionizego Wincentego Płaczkowskiego, Roberta Gierlacha.
Reklama
Napisz komentarz
Komentarze