wtorek, 22 sierpnia 2017 r.

Kuchnia

Robert Makłowicz: Do lubelskich potraw więcej białego wina

Dodano: 28 maja 2017, 17:00

Rozmowa z Robertem Makłowiczem, dziennikarzem, pisarzem, publicystą, krytykiem kulinarnym i podróżnikiem

• Co zamierza Pan robić po zakończeniu współpracy z TVP?

– Życie nie znosi próżni, pojawiło się kilka propozycji, wręcz byłem zaskoczony, że tak dużo, ale to było miłe zaskoczenie. Nie mogę jeszcze powiedzieć, dla kogo będę pracował, bo z nikim nie podpisałem umowy. Rozmowy trwają. Nieprawdą są plotki, jakobym specjalnie sprowokował to zamieszanie, żeby wypisać się z telewizji publicznej. Nie byłem z nikim dogadany.

• Najbliższa Pana podróż kulinarna?

– Na początku czerwca, zaraz po wrocławskim festiwalu „Europa na Widelcu”, jedziemy na Ukrainę, w taką specyficzną część, bo mało znaną Ruś Zakarpacką i fragment dzisiejszej Ukrainy, który przez tysiąc lat należał do Królestwa Węgier. To południowa strona Karpat, więc już winorośl, ciekawa kuchnia. Potem byłoby grzechem nie pojechać na Huculszczyznę i tereny, które słynęły z kurortów. W miejscowości Kosowo leczono ludzi podając im wegetariańskie jedzenie. Pierwsza w historii Polski książka wegetariańska, dawniej nazywana jarską, powstała w Kosowie. Żyła tam bardzo ładna pani doktor, która – jak głosi legenda – była kochanką Piłsudskiego. Z kolei potem znowu byłoby grzechem nie pojechać na Bukowinę, a tam do Czerniowiec. Od osiemnastego wieku należały one do Austrii, to był Galicja, miasto wielokulturowe, gazety wychodziły tam w kilkunastu językach. Niemcy, Ukraińcy, Polacy, Ormianie... Prawdziwy tygiel.

• Proszę opowiedzieć mi o swojej drugiej pasji, która sprowadza Pana do Lublina, do restauracji Alan Hugs.

– Do Lublina sprowadza mnie podawane tu wino i życzliwość gospodyni tego miejsca. Tak się składa, że importuję wina. To trunki wyłącznie z Europy, pochodzące od niewielkich producentów, najczęściej moich przyjaciół.

• Wiem, że są to niszowe wina, a Pan szczególnie wspiera dobre polskie winnice.

– Polscy winiarze nabierają coraz większego doświadczenia. Wchodząc do Unii Europejskiej nie byliśmy traktowani jako kraj winiarski, nie ma u nas zatem ograniczeń w produkcji. Czechy, Słowacja mają ograniczenia, a u nas można wszystko.

• Mam wrażenie, że Polacy szukają win z najdalszych zakątków świata, a nie doceniają europejskich, które Pan popularyzuje.

– Oczywiście tego polskiego wina nie wystarczy dla wszystkich, bo produkcja jest niewielka. Właśnie piliśmy wino od człowieka, który ma kilkunastohektarową winnicę. To spory areał jak na Polskę. W „nowym świecie” kilkanaście hektarów to jest jakiś żart, winnice mają kilka tysięcy hektarów, dlatego wino jest tańsze, ale jest też przemysłowe. Z tego powodu powinniśmy szukać wokół nas. Wiadomo, że częściej jadamy jabłka niż mango, ziemniaki częściej niż bataty. Ale do naszych produktów powinniśmy dobierać wina, które są u nas wytwarzane.

• Jakie zatem wina poleca Pan do kolacji opartej na lubelskich produktach regionalnych?

– Powinno być zdecydowanie więcej wina białego, co jest zgodne z tym, że 70 proc. win wypijanych na całym świecie to wina białe. Wina czerwone mają garbniki i taniny, są zatem ciężkie. Do restauracji Alan Hugs wprowadzamy polskie wino Pino Gris, bardzo ciekawe, bo różowe, choć z białych winogron.

Użytkownik niezarejestrowany
(1) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Gość
Gość (29 maja 2017 o 05:25) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
Spadaj Mośku nach Galizien.
Rozwiń
Zobacz wszystkie komentarze (1)

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!