czwartek, 19 października 2017 r.

Magazyn

Bombardowanie włóczką, czyli urban knitting w Lublinie

  Edytuj ten wpis
Dodano: 19 maja 2014, 15:00

Zamiast farby - kłębek włóczki. Zamiast pędzla - szydełko lub druty. Cel: sprawić, by w mieście było przytulnie i kolorowo.

Kolorowe paski i kwadraty zajmują już całą podłogę. I ciągle powstają nowe. Na krzesłach pod ścianami kilkanaście pań, każda ma w rękach druty lub szydełko. Ryżem, warkoczem, dwa lewe - dwa prawe... Praca wre. A przy okazji ile się można dowiedzieć.

- 5-centymetrowe trzykolorowe kółko - zgadnijcie za ile kobitka w necie sprzedaje? Za złotówkę! Czy to nie przesada?
- Ewuś, kopnij mi tę włóczkę! A gdzie pani te druty kupiła?
- Najtańsze ma człowiek na deptaku.
- A najbliższa stąd pasmanteria, ta przy Okopowej, nie prowadzi sprzedaży ani szydełek, ani włóczki.

Może trudno w to uwierzyć, ale w epoce second handów i sezonowych wyprzedaży w sieciówkach są jeszcze tacy, co wolne wieczory spędzają dziergając czapki i szaliki. Albo czwartkowe popołudnia w Centrum Kultury zastanawiając się, czy lepiej ubrać w swetry rynny czy drzewa...

W paski i na drzewa

To był pierwszy pomysł: wydziergać kolorowe opakowania dla trzech drzew rosnących na wirydarzu dawnego klasztoru. Potem pojawił się kolejny: nie drzewa, a rynny.

- Też byłoby ładnie, prawda? Ja już nawet zaczęłam robić na rynnę, teraz jednak będę zwężać. Bo ostatecznie stanęło na tym, że ubierzemy drzewa - opowiada pani Ewa podczas krótkiej przerwy na papierosa.

Tymczasem w sali zapadają ważne decyzje.

Anna Nawrot, szefowa galerii Białej: - Może zróbmy tak: te dwa na wejściu zrobimy w paski, jedno w pionowe, drugie w poziome. A to trzecie w kwadraty. Kto jest za?

Nikt nie jest przeciw, pełna zgoda.

Przeglądam ankiety, które wypełniła część uczestniczek akcji. Zawód wyuczony? Lingwista stosowany, urzędnik, kurator sądowy, emerytka, niedoszła właścicielka galerii sztuki użytkowej. Wiek od 20 do 60+. Zainteresowania? Książki, komiksy, teatr, wyszywanki i, oczywiście, robienie na drutach.

- Cała grupa liczy około 30 pań. Część z nich przychodzi zawsze, inne sporadycznie. Dziś na przykład nie ma tej, która robi na drutach zwierzątka. Zrobi sowę, będzie siedziała na gałęzi - tłumaczy Ewa Molik z Centrum Kultury, inicjatorka akcji "Bombardowanie włóczką”.

Kasztanka w swetrze

Ubrane w kolorowe sweterki drzewa mają być jedną z atrakcji tegorocznej Nocy Kultury (7/8 czerwca), a potem kawiarni, która latem wystawi na wirydarz stoliki. Im bliżej końca akcji, tym rośnie apetyt na więcej.

- Jak bym taki chodniczek na schodach do zamku położyła.
- A wiecie, o czym ja myślałam? O tych koszykach, w których rosną drzewa na deptaku.
- A może odziejmy kasztankę?
- Piłsudski? Marzenie!

Nie wszystkim udziela się ten entuzjazm. Najbardziej sceptyczna jest jedna z organizatorek całego tego włóczkowego zamieszania.

- Ja na miasto w życiu bym nie poszła. To barbarzyński kraj. Co nie moje, to trzeba zniszczyć - kręci głową Anna Nawrot. I wspomina podobną akcję w 1997 r., gdy na słupach ogłoszeniowych pojawiły się rajstopy. - Jak artysta powiesił je o godz. 9, to w południe już nie było. Frustracja to stan umysłu - kwituje.

Ktoś wspomina, co mówiły Ukrainki, które kiedyś zajrzały na warsztaty "bombardowania włóczką”. Ich praca, którą zachwycali się mieszkańcy Łucka, któregoś dnia poszła z dymem. Ale może w Lublinie będzie inaczej?

Od klamki po autobus

Zaczęło się kilkanaście lat temu w USA. Początki ruchu opisują dwie historie. Według pierwszej, był to oryginalny pomysł teksańskich tkaczy na wykorzystanie swoich niedokończonych projektów. Za matkę kolorowej mody uważa się też Magdę Sayeg z Austin w Teksasie. Późniejsza założycielka grupy Knitta Please, najpierw zajęła się klamką butiku. Chwilę później dzianinową osłonkę dostał znak stop stojący po drugiej stronie drogi.

Zachęcona pozytywnymi reakcjami ludzi ("Wysiadali z samochodów i robili zdjęcia”), postanowiła działać dalej. W kolorowe sweterki zapakowała parkometry w Brooklynie, autobus w Meksyku, czy pistolet w ręku 8-metrowego żołnierza w Bali.

Pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę. Idea "personalizację odhumanizowanych miejsc publicznych” za pomocą kłębka włóczki, pary drutów i szydełka błyskawicznie rozprzestrzeniła się na cały świat. Ma tysiące naśladowców na wszystkich kontynentach. i wciąż pojawiają się kolejni.

Szyte historie

Jedna z bardziej znanych grup - The Knit the City Collective - powstała w 2009 roku w Londynie. Artystom (by ukryć swoje prawdziwe tożsamości używają pseudonimów superbohaterów) nie chodzi jedynie ocieplanie miejskiej przestrzeni dzianinowymi wstawkami, ale o tworzenie instalacji o konkretnym przesłaniu.

Swoje "szyte historie” (stitched stories) opowiadają za pomocą wydzierganych na drutach lub szydełku postaci. Popularność zdobyli już dzięki pierwszej swojej instalacji: pajęczej sieci rozpiętej nad jedną z londyńskich ulic, w której nie mogło oczywiście zabraknąć pająka i jego ofiar ("Web of Woe”). Potem na warsztat wzięli budkę telefoniczną, pomnik baletnicy, rzeźbę Erosa, czy most, po barierce którego podczas Tygodnia Wełny 2010 (Wool Week) przechadzało się stado dzianinowych owiec.

A w Polsce? Kolorowe drzewa i moherowe czapki na ulicznych słupkach na warszawskiej Saskiej Kępie to dzieło grupy Saskie Trykoty. Włóczkową partyzantkę promują też na Trykotowych Warsztatach w pobliskiej kawiarni, ostatnio też na stołecznych juwenaliach. Na swoim fanpage'u na Facebooku donoszą o nowych aranżacjach, reakcjach przechodniów, problemach z sąsiadami (jeden z nich złożył donos do urzędu) i akcjach poparcia dla swojej inicjatywy:

- Nie zamierzamy się poddać. Uważamy że pozytywna energia jaką generuje to przedsięwzięcie, jest tego warta.

Włóczkowa partyzantka

Knit Graffiti (Yarn Bombing, yarnstorming, guerrilla knitting) to rodzaj sztuki ulicznej. W założeniu chodzi o ocieplenie wizerunku miasta tak, by w miejscu publicznym poczuć się jak w domu. To działania nie zawsze legalne, ale w przeciwieństwie do graffiti, łatwe do usunięcia bez szkody dla budynków czy urządzeń. Najczęściej kolorowa włóczka pojawia się na parkowych ławkach, rzeźbach, ogrodzeniach, poręczach, pniach drzew. Ale zdarza się też, że ktoś zapakuje w ubranko znak drogowy, budkę telefoniczną czy porzucony rower.

  Edytuj ten wpis
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!