poniedziałek, 21 sierpnia 2017 r.

Magazyn

On tylko uratował im życie




Anna i Leszek Puszkarscy wspominają 24 lipca tego roku jako pasmo dość dziwnych przypadków. – Mąż nie bardzo chciał jechać nad żwirownię, ale z synami zdołaliśmy go namówić – opowiada pani Anna.
Tego samego dnia, w tym samym miejscu
– w „dzikim kąpielisku” w międzyrzeckiej żwirowni – mogły zginać trzy dziewczyny, które wybrały się tam kąpać. Po dawnej kopalni kruszywa pozostały wyżłobione olbrzymie doły, które zalała woda. Osoba brodząca przy brzegu może tam nagle wpaść w wielometrową głębię. O nieszczęście zatem łatwo.
Pan Leszek z synami i psem pływali na „wyspę”, czyli miejsce gdzie woda jest płytka. W pewnym momencie starszy syn Karol zaczął nalegać, aby już wracać do domu. Pan Leszek jednak zwlekał z wyjazdem.
– Coś nas trzymało, choć byliśmy tam już prawie cztery godziny. Jakbyśmy oczekiwali na to, co miało się zdarzyć... – wspomina pani Anna, nauczycielka międzyrzeckiej SP nr 3.
– Siedziałem na przywiezionym z domu krzesełku. W czapce i okularkach, bo nie lubię słońca. W pewnym momencie, z odległości 30-40 metrów zobaczyłem, że
znikają pod wodą i topią się dwie dziewczyny.
Zerwałem się i skoczyłem. Szybko wyciągnąłem dwie dziewczyny na brzeg – relacjonuje Leszek Puszkarski. „A Kaśka gdzie?!” – krzyczały uratowane. Zanurkowałem więc. Nie wiem, jak ją znalazłem i kiedy wyciągnąłem. Tego nie potrafię sobie przypomnieć i uświadomić...
Na brzegu w tym czasie stała pani Anna. Obserwowała, jak mąż ponownie rzucił się na ratunek. Nie pozwoliła starszemu synowi, aby uczynił podobnie.
Po minucie, dwóch pan Leszek i tonąca dziewczyna byli na brzegu.
– Jestem instruktorem pływania, ale nigdy nie byłem ratownikiem. Naciskałem na klatkę piersiową dziewczyny i metodą usta-usta pompowałem powietrze w jej płuca. Starałem się przywrócić akcję serca. 20 lat wcześniej udało mi się w podobny sposób uratować człowieka – wyjawia pan Leszek.
Jego żona zadzwoniła z komórki na pogotowie. Karetka nie mogła trafić do wskazanego miejsca nad rozległą żwirownią. Na szczęście, nauczyciel nie ustawał w ratowaniu dziewczyny, która ciągle nie dawała oznak życia.
– Jej koleżanki siedziały na brzegu i niesamowicie płakały. Wreszcie reanimowana otworzyła oczy. Wysłałam syna, aby wskazał karetce drogę. Kaśka odzyskała świadomość, ale była wycieńczona. Nie mogła nawet poruszyć ręką. Przykryliśmy ją ręcznikiem – opowiada pani Anna.
Podczas pierwszych badań okazało się, że
Kasia otarła się o śmierć
– miała bardzo mało tlenu we krwi. Szybko jednak powróciła do zdrowia.
Leszek Rostek, ojciec Kasi, powiedział nam, że feralnego dnia nie wiedział o tym, że córka poszła z koleżankami na żwirownię.
– Nagle zadzwoniono do nas ze szpitala. Gdyby nie profesor, byłaby tragedia. Podziękowaliśmy mu oficjalnie poprzez miejscową prasę – mówi Leszek Rostek.
Michał Kiryluk, dyrektor Zespołu Szkół Ekonomicznych im. Marii Dąbrowskiej w Międzyrzeca nie kryje dumy z zachowania swego nauczyciela wychowania fizycznego. Okazuje się, że
w tej szkole uczą się też wszystkie uratowane uczennice
– dwie Anie i Kasia.
– Panu Leszkowi podziękowałem na zebraniu Rady Pedagogicznej za godną postawę. Wystąpiłem z wnioskiem do starosty o ufundowania nagrody – mówi Michał Kiryluk.
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!