czwartek, 14 grudnia 2017 r.

Magazyn

Rowerzyści wciąż na przodzie

  Edytuj ten wpis
Dodano: 17 kwietnia 2009, 15:30
Autor: Kamil Kozioł

Koniec zimy oznacza jedną rzecz: w miejsce śniegu na chodnikach pojawiają się rowerzyści. - Turystyka rowerowa: najtańsza i zdrowa - zachęca Bogumiła Nowodworska, członkini klubu kolarskiego Welocyped Lublin, który zrzesza w swoich szeregach kilkudziesięciu miłośników dwóch kółek

- Wyjeżdżamy na wycieczki raz w tygodniu. Spotykamy się zawsze w niedzielę na placu Litewskim. Nie jeździmy zbyt szybko, bo większość z nas przekroczyła już czterdzieści lat. Ale w ciągu jednego dnia pokonujemy jednak około 70 kilometrów - tłumaczy Lech Wojtachnia, członek Welocypedu.

Rowerem na Ural

Aby wybrać się na taką wycieczkę, nie trzeba wiele przygotowań. - Przyzwoity rower kosztuje minimum tysiąc złotych. Ja właśnie na takim jeżdżę. Kiedyś w szprychy wpadł mi solidny wojskowy termos. Herbata się rozlała, termos zniszczył, a szprychy zostały całe - opowiada Wojtachnia i dodaje, że przed rozpoczęciem jazdy należy koniecznie zrobić specjalistyczny przegląd. - Zima mogła podniszczyć nasz sprzęt, ale w serwisie mechanicy pomogą nam doprowadzić go do stanu używalności.

- Nie wolno również zapominać o dobrym rozłożeniu kilogramów w sakwach przy rowerze - dodaje Henryk Król, skarbnik Welocypedu.

- I o zabraniu ze sobą ogromnej ilości pozytywnego nastawienia - śmieje się Agnieszka Martinka, znajoma Welocypedu, która na rowerze pojechała na Ural i objechała afrykańskie Jezioro Wiktorii.

I wokół jeziora

Agnieszka Martinka na wyprawę wokół największego jeziora Afryki wyruszyła pierwszego stycznia 2004 roku. - Teraz, kiedy po pięciu latach wspominam tamten wyczyn stwierdzam, że nie brakowało mi odwagi. Biała kobieta w czarnej części Afryki mknąca na rowerze przez laterytowe drogi była zjawiskiem niecodziennym w tej części świata. Gdzie się pojawiałam, tam tubylcy witali mnie radośnie okrzykiem "Mzungu” (biała) i zapraszali pod swój dach - wspomina.

Ponad dwa lata temu Agnieszka Martinka zdecydowała się na inny, nie mniej trudny wyczyn. Rowerowa wyprawa na Ural miała być hołdem dla jej ojca, który w 1944 roku został aresztowany przez Sowietów, a następnie zesłany przez połączone siły UB i NKWD do pracy w kopalni węgla kamiennego w Połowince na Uralu.
- Jechałam trasą powrotu taty z zesłania, Lublin-Biała Podlaska-Wilno-Moskwa-Perm-Kizel-Gubacha-Nagorna-Połowinka. Nie mogłam nie być w miejscach więzienia i mordu naszych oficerów, a więc w Ostaszkowie, Miednoje i Twerze. To było dla całej mojej rodziny silne przeżycie - wspomina.

Ciągle wiatr i deszcz

Przez półtora miesiąca przejechała prawie 4,5 tysiąca kilometrów. Przez całą wyprawę towarzyszyli jej Agnieszka Koper z Poznania i Tomasz Świątek z Krosna. - W czasie całej podróży musieliśmy zmagać się z silnym czołowym wiatrem, nieustającymi ulewnymi deszczami oraz niskim temperaturami - opowiada Martinka.

Jedna rowerzystka na miesiąc

Turystyka rowerowa nie jest jeszcze w Polsce tak popularna, jak w innych krajach. - Pod tym względem dużo lepiej od nas prezentuje się chociażby Francja.

Trzykrotnie byłem na zakończeniu Tour de France na Polach Elizejskich w Paryżu. Setki tysięcy miłośników dwóch kółek od wczesnych godzin rannych koczowało na trawnikach, aby zobaczyć przejeżdżający peleton - wspomina Ryszard Lachutowicz, wiceprezes Welocypedu.

- Na szczęście, jest u nas lepiej niż w Rosji. Tam przez ponad miesiąc spotkałam zaledwie jedną cyklistkę, która najprawdopodobniej zajmowała się tym sportem zawodowo - dodaje Agnieszka Martinka.

Emerytka wciąż na przedzie

Inną sprawą jest jednak kultura jazdy w Polsce. - Jeździmy zawsze w kamizelkach odblaskowych i kaskach, więc z policją nie mamy problemów. Wiadomo że czasami wzbudzamy sensację, bo kilkudziesięcioosobowa grupa starszych osób na rowerach nie jest widokiem spotykanym na co dzień. My jednak nie narzekamy, bo dobrze czujemy się w swoim towarzystwie i jesteśmy dumni z tego, że mimo naszego wieku, wciąż znajdujemy w sobie siłę i ochotę zwiedzać świat z perspektywy siodełka. - wyjaśnia Wojtachnia.

- A ja zawsze powtarzam moim znajomym: emerytka wciąż na przedzie. Chociaż stara, ale jedzie - śmieje się Bogumiła Nowodworska, 68-letnia cyklistka.

Kiedy nic nie widać

A wracając do kultury: na zachodzie wciąż jest lepiej. - Podczas moich przejażdżek po duńskim Bornholmie czy Anglii nie spotkałam się z sytuacją, aby kierowca parkował samochód na pasie przeznaczonym dla rowerzystów. W Polsce, jeżdżąc ścieżką rowerową, niejednokrotnie widzi się matki z dziećmi spacerujące po pasie przeznaczonym dla miłośników dwóch kółek, psy wypuszczone na długich smyczach prosto pod koła roweru, "niedzielnych turystów po dużej dawce alkoholu - wylicza Martinka. - To nieodpowiedzialne zachowania, narażające zdrowie i życie wszystkich osób korzystających ze ścieżek pieszo-rowerowych. Jeżeli chodzi o jazdę rowerem po szosie, to mimo wszystko, nie jest u nas tak niebezpiecznie, jak w krajach byłego ZSRR. Tam nikomu nie radzę poruszać się na rowerze po zmroku, bo drogi są pełne dziur, nieoświetlone, a kierowcy nagminnie jeżdżą bez włączonych świateł i po alkoholu.

Dookoła Nowej Zelandii

Mimo że Agnieszka Martinka zwiedziła już kawał świata, to ciągle nie przestaje myśleć o kolejnych wyprawach. - Marzę, aby kiedyś przejechać szlakiem zesłania mojego kuzyna, Aleksandra Skibickiego, który wracał z Syberii razem z armią gen. Władysława Andersa. Swoją podróż chciałabym zakończyć nad grobem mojego dziadka, bohatera spod Monte Cassino, w szkockim Glasgow - opowiada.

- Ja również marzę o przejechaniu tym szlakiem. Niestety, ale mam już 72 lata, więc chyba wiek i zdrowie już na to nie pozwoli - martwi się Henryk Kotowoda, członek Welocypedu.

Tymczasem Wojtachnia jest pewien, że kiedyś objedzie na rowerze Nową Zelandię.
- Ja swoją wyobraźnią sięgam znacznie bliżej. Mam nadzieję, że Trójprzymierze, które organizujemy od 30 kwietnia do 3 maja, okaże się udaną imprezą. Naszą bazą będzie Kraśnik, a w ciągu czterech dni pokonamy ponad 200 km. Wieczorem ostatniego dnia kwietnia gościć będziemy Agnieszkę Martinkę z jej pokazem zdjęć z wyprawy rowerem na Ural - mówi Henryk Król. - Jeżeli ktoś chce wziąć udział w naszej imprezie, to serdecznie zapraszamy.
  Edytuj ten wpis
Czytaj więcej o:
tolesz1@op.pl
aa
ella
(5) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

tolesz1@op.pl
tolesz1@op.pl (22 kwietnia 2009 o 21:23) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
Jak moi przedmowcy uwazam ze sciezek jest stanowczo za malo jestem stalym uzytkownikiem roweru potrzydziestce jednak to ze miasto jest studencki nie oznacza ze starsi ludzie nie poruszaja sie tymi jednosladami
Rozwiń
aa
aa (22 kwietnia 2009 o 19:14) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
Popieram wcześniejsze komentarze. W Lublinie nie ma dróg dla rowerów. Jest to miasto młodych ludzi, więc trzeba zadbać aby było więcej ścieżek rowerowych. Rower jest coraz bardziej popularnym środkiem transportu. Po ulicach strach się poruszać bo kierowcy samochodów lekceważą rowerzystów. Na Racławickich i okolicach myślę, że nie byłoby problemu wytoczyć pas dla rowerów.
Rozwiń
ella
ella (18 kwietnia 2009 o 14:42) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
To niestety prawda - ścieżki rowerowe w naszym mieście, a raczej ich brak, to porażka ! Inna sprawa, że na tych, które istnieją, ludzie nie potrafią się zachowywać Po to ktoś wyłożył ścieżki dwoma kolorami kostki, co kilka metrów zastosował "pismo obrazkowe", żeby nawet średnio rozgarnięty człowiek wiedział, którędy ma iść / jechać ! Szlag mnie trafia jak jadę rowerem i muszę się co jakiś czas praktycznie zatrzymywać, bo komuś zachciało się spaceru środkiem pasa dla rowerzystów :/ Kultura przede wszystkim. Ale o więcej ścieżek i tak musimy powalczyć !!!
Rozwiń
wika
wika (18 kwietnia 2009 o 12:40) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
W Lublinie - mieście studentów - brakuje ścieżek wstyd. Na Al. Racławickie, gdzie w pobliżu są uczelnie i dużo szkół wielu młodych ludzi przedziera się rowerem wśród pieszych, a wystarczyłoby wytyczyć tam pas dla rowerów. Ulicą wśród samochodów jest bardzo niebezpiecznie, bo ci traktują rowerzystów jak zło konieczne Buduje się ścieżki wokół zalewu, a główna ulica Lublina jej nie posiada. W innych miastach ich władze dbają o rowerzystów.
Rozwiń
Jazz
Jazz (18 kwietnia 2009 o 10:20) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
"Koniec zimy oznacza jedną rzecz: w miejsce śniegu na chodnikach pojawiają się rowerzyści"
No właśnie, na chodnikach, bo ścieżek rowerowych tyle co nic. A za jazde po chodniku rowerem mozna dostać mandat , ha! A po ulicach strach, bo rowerzyści są przez naszych polskich kierowców traktowani jak przeszkody, jak dziury w jezdni, omijają ich tylko zeby nie uszkodzić sobie samochodu.
Rozwiń
Zobacz wszystkie komentarze (5)

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!