czwartek, 19 października 2017 r.

Magazyn

Skok w historię przez Internet

  Edytuj ten wpis
Dodano: 9 lipca 2009, 22:54
Autor: Paweł Puzio

"Karaś” był cięższy, wolniejszy i mniej zwrotny niż niemiecki myśliwiec Messerschmitt. Po pierwszej serii pilot traci silnik i awaryjnie ląduje w okolicach Zezulina.

Piloci uratowali się skacząc na spadochronach. "Karaś” na lawecie zostaje przewieziony do Łęcznej. Tak zaczyna się historia pewnego zdjęcia kupionego w Internecie za 149,99 zł.

Norwegia, kwiecień 2009

Witold Walatek, mieszkaniec Łęcznej, wybrał się na święta do rodziny w Norwegii. Do bagażu wrzucił prezenty, kilka niezbędnych rzeczy oraz komputer, bez którego się nie rusza.

- Po godzinach biesiadowania wszedłem do Internetu i zacząłem surfować. Wpadłem na Allegro, patrzę i nie wierzę oczom: ktoś sprzedaje zdjęcie z Łęcznej. Na fotografii jest polski samolot "Karaś” i grupa niemieckich mechaników pozująca na tle uszkodzonego samolotu. Na odwrocie zdjęcia krótki opis "Leczna, 10 october 1939”. Takiej okazji nie mogłem przepuścić - opowiada Witold Walatek.

Co się stało z załogą

Walatek kupuje zdjęcie za 149,99 zł; jak się okazało od Polaka, który wydostał archiwalne fotki z przepastnych rodzinnych archiwów w północnych Niemczech.

- Wiem, że w Internecie pojawiły się jeszcze 3-4 zdjęcia przedstawiające rozbitego "Karasia” w Łęcznej. Bardzo bym się chciał dowiedzieć, kto wchodził w skład 3-osobowej załogi, czy lotnicy zginęli, czy też udało im się przeżyć, jakie były ich dalsze losy.

Łęczna, lipiec 2009

- Jak Witek do mnie zadzwonił, że namierzył to zdjęcie, od razu krzyknąłem w słuchawkę - kupuj! 150 złotych to nie majątek - opowiada Eugeniusz Misiewicz, prywatnie fotografik, zapalony regionalista, zawodowo szef CK w Łęcznej, lider projektu "Ratujmy od zapomnienia” współfinansowanego ze środków otrzymanych z Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej w ramach programu rządowego "Fundusz Inicjatyw Obywatelskich”.

- To zdjęcie znajdzie się w II edycji książki "Łęcznianie”, gdzie opisujemy losy rodów zamieszkujących nasze miasto przez ostatnich 100 lat - dodaje Eugeniusz Misiewicz.

Regionalista bez trudu rozpoznał miejsce ostatniego lądowania "Karasia”. - To jest brzeg Świńki, tuż koło starego mostu przy ulicy Lubelskiej. Teraz rosną tam potężne drzewa, a 70 lat temu to były łąki. Być może pilot zauważył, że może wylądować. Dlatego ten "Karaś” , co widać na zdjęciu, ma połamane podwozie. Być może załoga przeżyła - snuje przypuszczenia Misiewicz.

Różne rzeczy ze strychów

Sprawa zdjęcia "Karasia” wyszła jakby przy okazji zbierania materiałów do II części książki "Łęcznianie”. - Wiele osób, po pierwszej części, zapaliło się do tej inicjatywy. Stąd Witek Walatek od razu, jak zobaczył to zdjęcie, zadzwonił do mnie. To jest nasz skarb, ale nie jedyny - mówi tajemniczo Eugeniusz Misiewicz.

Podczas zbierania materiałów do wydawnictwa, ludzie wyciągają ze strychów różne rzeczy. I to bardzo unikatowe. - Od rodziny pana Gaudentego Drożdżyka, artylerzysty, weterana II Korpusu gen. Andersa, uczestnika bitwy pod Monte Cassino, otrzymaliśmy kombinezon z czasów wojny, który mimo upływu lat świetnie się zachował. Mamy także album z 90 unikatowymi zdjęciami lotniczymi Równego i Kowla, z lat 1918-1922, wypożyczony od rodziny pana Feliksa Przystupy - dodaje Eugeniusz Misiewicz.

Łęczna, wrzesień 1939

Jak zwykle trzej bracia - Kazimierz, Tadeusz i najmłodszy Bogdan - Hołowińscy, nie mogą wysiedzieć w domu. Już chcą lecieć nad Świnkę, za Wieprzem, koło rzeźni miejskiej, na zbocze przy bożnicy.

- To było dla nich jak magnes. Samolot lśnił nowością w słońcu, był cały, tylko koła miał pogięte. Bracia nie mogli wysiedzieć w domu. Zresztą, jak inni chłopcy w Łęcznej. Biegali do samolotu, bawili się wojnę. Wsiadali do środka, wszystkiego dotykali, kręcili, "strzelali i latali”. Nikt tego samolotu nie pilnował. Ja im nie pozwalałam tam się bawić, ale oni wcale nie słuchali - opowiada Wacława Klimaszewska (z domu Hołowińska), dziś torunianka.

Nikt nie pilnował

Samolot został strącony przez Niemców lub musiał awaryjnie lądować, około 10 września - tak wspomina pani Wacława. - Wtedy już nie chodziła komunikacja do Lublina. Pamiętam, że w kabinie nie było śladów krwi, a więc lotnicy chyba przeżyli, porzucili samolot. Moi bracia, ale także Sierpińscy, Plechowscy szabrowali "Karasia”, jak to chłopcy, bo nikt go nie pilnował. Odkręcali różne świecidełka, druty, blaszki, pokrętła. U nas w domu były dwa duże zwoje takiego miedzianego drutu z samolotu. Potem gdzieś to znikło.

Demontaż

Na początku października 1939 przyjechała grupa niemieckich mechaników, która odcięła skrzydła od kadłuba, a całość, po demontażu, wywiozła w nieznanym kierunku. To właśnie jeden z nich uwiecznił Karasia
w Łęcznej.
  Edytuj ten wpis
Czytaj więcej o:
lolo
Jacek
dzejkobs
(4) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

lolo
lolo (11 lipca 2009 o 20:34) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
to wy nie umiecie pisac,.Sory raczej czytac.
Rozwiń
Jacek
Jacek (11 lipca 2009 o 19:42) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
Skacze się ze spadochronem,a nie na spadochronie.
Pozdrawiam.
Rozwiń
dzejkobs
dzejkobs (11 lipca 2009 o 16:11) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
zanim kogoś obrazisz sam sprawdź swoją pisownie i doczytaj co w artykule jest dokładnie napisane. "Leczna" jest jakos orginalny opis pod zdjęciem. ludzie...
Rozwiń
łęczynianka
łęczynianka (11 lipca 2009 o 13:24) 0
Zaloguj się, aby oddać głos
Pisze sie ŁĘCZNA nie Leczna!! nauczcie sie wreszcie pisac panowie i panie redaktorzy... zal kto takich ludzi zatrudnia w gazecie którzy nawet nie znaja nazw miejscowości oddalonych zaledwie 20 km od Lublina
Rozwiń
Zobacz wszystkie komentarze (4)

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!