piątek, 18 sierpnia 2017 r.

Magazyn

Spokój ma swoją cenę

Dodano: 31 stycznia 2008, 13:45

Ali ma siedem, może osiem lat. Zawsze kiedy pojawia się wojsko, przybiega pierwszy. Kiedyś będzie piłkarzem.

Z piłką, którą dostał od żołnierzy, właściwie się nie rozstaje. - Pograsz ze mną? Ja stanę na bramce, między murem szkoły a opancerzonym hummerem - mówi, rzucając piłkę. No to gramy.


Patrole CIMIC (Ciwil Military Cooperation) przyjeżdżają tu dość często. To jedna z biedniejszych dzielnic Divaniji, stolicy prowincji Kadisija, gdzie stacjonuje Dywizja Wielonarodowa pod polskim dowództwem. Kiedy jest "rozdawka”, przychodzą tłumy. Dzisiaj artykuły gospodarstwa domowego. Żeby nie było bałaganu, rozdawane są specjalne kartki. - I tak je podrabiają - uśmiechają się żołnierze.

Kartki są rozdawane przez rady dzielnic. To one decydują o tym, komu należy się pomoc.

Ja chyba umieram

Wojna w Iraku kojarzy się z zamachami, minami-pułapkami i uzbrojonymi patrolami. Z ofiarami. Tak pokazują wojnę media. Iwona, psycholog w bazie Echo, opowiada: Teraz pracujemy z pewną rodziną. Przypadkowo został ostrzelany ich dom. Kilkumiesięczne dziecko zmarło na rękach matki. 7-letni chłopiec zdążył powiedzieć "mamo, ja chyba umieram”. Córka nic nie powiedziała.

Tym ludziom trudno wytłumaczyć, dlaczego tak się stało. - Czasem po prostu siedzimy i milczymy, oglądając zdjęcia. W Iraku coś takiego jak pomoc psychologiczna praktycznie nie istnieje - dodaje Iwona.

Bazy wojskowe stały się miejscem pomocy medycznej. We wtorki mieszkańcy Divaniji przychodzą tu do lekarzy. - Często są to bardzo ciężkie przypadki - mówi pułkownik Stefan Nowak. - A co my tu możemy zrobić z chorobą nowotworową? Za jakiś czas żołnierze wyjadą, a na miejscu medycyna jest... - pułkownik bezradnie rozkłada ręce.

Kolaboracja

W bazie tłumaczem jest miejscowy, który kiedyś studiował w Polsce. - Znam się na medycynie - mówi Ahmed. - Kiedyś zaczynałem studia na Akademii Rolniczej.
Tłumacz jest zawsze w masce. - To z obawy, że mogę zostać rozpoznany, a wtedy - tu wymowny ruch dłonią po szyi. - Pomoc pomocą, a życie jest najważniejsze. Tłumacze boją się o siebie i swoje rodziny. Chodzą w polskich mundurach. W końcu taka pomoc to w pewnym sensie współpraca z obcym wojskiem.


Żeby nie myśleć

Mario - pułkownik z CIMIC - naprawdę ma na imię Stanisław, ale tutejsze dzieci nazwały go Mario. Jedno z nich, mały chłopiec, nie odstępuje go na krok. - Powiedział, że mam rzucić palenie. Obiecałem, że jak wrócę do kraju, przestanę palić - śmieje się Mario.

Powrót do Polski i do rodzin to od Bożego Narodzenia najczęstszy temat żołnierskich rozmów. W bazie jest Internet, a każdy już na początku zmiany kupił telefon komórkowy i iracką kartę. - To znacznie taniej niż gdybyśmy korzystali z naszych operatorów - mówią żołnierze.

Ale co robić w wolnym czasie, żeby nie myśleć o powrocie? W bazie możliwości jest wiele. Teatr, siłownia, boiska i sklepy. W jednym z hangarów ustawiono słupki i rozpięto siatkę. Poza tym, każdy ma swoje obowiązki i wie, co robić. Wyjazdy na patrole. Powrót do bazy. Odpoczynek. Wyjazdy, powroty itd.


300 dolarów

Największe wrażenie robią patrole humanitarne. W jednych żołnierze rozdają wnioski na mikrogranty. Właściciele małych zakładów czy sklepów mogą dostać pieniądze na rozwój firmy; nawet kilka tysięcy dolarów. A w Iraku to prawdziwy majątek. Zawsze, kiedy pojawiają się żołnierze, przybiegają dzieci. - Jeszcze kilka tygodni temu było inaczej - wspomina Mario. - Samochody były obrzucane kamieniami. Padały strzały ostrzegawcze. Teraz się zmieniło. To m.in. efekt działalności humanitarnej. Nie można tego przerwać, bo wykorzystają to terroryści. Kiedy dajesz człowiekowi jedzenie czy środki czystości, ten nie interesuje się "zatrudnieniem” przy przewożeniu ładunków wybuchowych i podkładaniem min. Niektórzy płacili za to nawet 300 dolarów. Rodzina może za to przeżyć kilka tygodni.
Ostatni atak moździerzowy na bazę był w październiku.


Pamiętamy ten dzień

- Spokój ma swoją cenę - mówi dowódca Dywizji Wielonarodowej, generał Tadeusz Buk. - My złożyliśmy taką daninę w listopadzie, kiedy zginął kapral Filipek z Lublina.

Dziś w bazie stoi krzyż, a na nim fragment munduru, hełm i kamizelka kuloodporna. Codziennie płonie znicz. - Dzień, w którym zginął Andrzej, pamiętamy doskonale - mówią koledzy. Po powrocie do kraju chcą się spotkać i pójść na jego grób w Lublinie.

A to już niedługo. 9 zmiana w Iraku dobiega końca, część żołnierzy już wróciła do kraju. Prawie wszyscy z ponad 50-ciu lubelskich żołnierzy. Ale niektórzy jeszcze przed powrotem planowali kolejne misje. - Teraz Afganistan - mówili. - Bo prawdziwy żołnierz powinien się sprawdzić w warunkach wojennych. W kraju jesteśmy wojskowymi na misjach żołnierzami.
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Zaznacz "Nie jestem robotem", by dodać komentarz:

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24
Widzisz wypadek? Jesteś świadkiem niecodziennego zdarzenia?
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

Kliknij i dodaj swojego newsa!