sobota, 10 grudnia 2016 r.

Praca

Syndyk Daewoo chce milionów

Dodano: 29 września 2002, 19:52

Na ponad 800 tys. zł zostało wstępnie określone wynagrodzenie syndyka poniatowskiej Edy. Syndyk Zamojskich Fabryk Mebli złożył wniosek o 693 tys. zł. Rekord może paść w przypadku lubelskiego Daewoo. Jego syndyk wystąpił o wstępne ustalenie wynagrodzenia na 49 mln zł.

– Całość postępowania upadłościowego jest tu przewidziana na 10 lat, a od wynagrodzenia, które zostanie ustalone, trzeba odjąć ponad 60 procent na podatki – podkreśla Leszek Liszcz, syndyk Daewoo Motor Polska. – Choć upadłość została ogłoszona przed rokiem, to jeszcze nic nie otrzymałem za swą pracę.
49 mln zł to pięć procent wartości bilansowej DMP. Wniosek syndyka najpierw zaopiniuje sędzia komisarz, który nadzoruje upadłość. Ostateczną decyzje podejmie sąd.
Inne firmy, które spieniężają lubelscy syndycy, są znacznie mniejsze od DMP. Syndycy za swoją pracę najczęściej inkasują od kilku do kilkudziesięciu tysięcy złotych.
– Wysokość wynagrodzenia zależy od wielkości majątku upadłej firmy – mówi sędzia Zofia Homa, przewodnicząca VIII wydziału gospodarczego Sądu Rejonowego w Lublinie. – W przypadku dużych zakładów wynagrodzenia są rzeczywiście wysokie, ale niekiedy masa upadłościowa jest niewielka i syndycy pracują praktycznie społecznie.
Syndykowi poniatowskiej Edy sąd ustalił wstępnie wynagrodzenie na 811 tys. zł. Syndyk Zamojskich Fabryki Mebli złożył wniosek, żeby było ono równe trzem procentom wartości firmy, czyli 693 tys. zł. Zamojski sąd wkrótce podejmie w tej sprawie decyzję. Syndyk kolejnej dużej upadłości – lubartowskiej Garbarni, która została już w całości sprzedana, chce ostatecznie 196 tys. zł wynagrodzenia. Sprzedaż majątku tej firmy przyniosła 3,9 mln zł, a wynagrodzenie wstępne zostało w przeszłości ustalone na kwotę 298 tys. zł. Sąd Rejonowy w Lublinie ogłosi postanowienie w tej sprawie za dwa tygodnie.
Na drugim biegunie znajdują się firmy bez majątku albo z niewielkim mieniem. Syndyk Energogranu, który nie miał nic do sprzedania, zainkasował ponad pięć tysięcy złotych. Tyle samo wziął syndyk niewielkiego przedsiębiorstwa handlowego, gdzie była do sprzedania tylko partia zabawek – śpiewających mikołajów i trochę sprzętu biurowego. Upadłości trwały po dwa lata.
Syndycy twierdzą, że upadłości nie przynoszą im kokosów.
– Zanim dostaniemy zaliczkę, trzeba miesiącami wykładać pieniądze z własnej kieszeni – mówi syndyk, który nie chce ujawnić nazwiska. – Upadłości się przeciągają, trudno sprzedać nieruchomości, długo trwa regulowanie ich stanu prawnego, no i otrzymaną kwotę trzeba rozbić na kilka lat. Prawdziwe kąski zdarzają się rzadko.
Syndycy w najbliższym czasie nie powinni narzekać na brak zajęcia. Recesja sprawia, że do sądów wpływa coraz więcej wniosków o upadłość.

Co robi syndyk

Syndyk ma za zadanie sprzedać majątek upadłej firmy. Z uzyskanych pieniędzy spłaca jej długi oraz dostaje wynagrodzenie. Może wziąć do pięciu procent wartości firmy. Należy mu się też zwrot poniesionych kosztów. Już na początku postępowania upadłościowego sąd wstępnie ustala mu wynagrodzenie i na jego poczet przyznaje zaliczki. Ostateczne wynagrodzenie sąd określa po całkowitej likwidacji firmy. Nie może być ono wyższe od ustalonego na wstępie.
Czytaj więcej o:
(0) komentarzy

Skomentuj

avatar
Komentujesz jako Gość (Zaloguj się)

Ostatnie komentarze

Na razie brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Pozostałe informacje

Alarm 24

CENEO