Górnik - GKP 2:1. Trzy punkty zostają w Łęcznej
Górnik nie zmarnował szansy i pokonał przeżywający kryzys GKP Gorzów. Niestety gospodarze znowu zafundowali swoim kibicom masę nerwów. W tym sezonie łęcznianie jeszcze ani razu nie wygrali większą różnicą, niż jednego gola.
- 06.11.2010 18:51
Lista nieobecnych w drużynie gospodarzy była bardzo długa. – To widać, a brakuje zwłaszcza kapitana Veljko Nikitovicia – martwił się w przerwie dyrektor sportowy Artur Kapelko, choć Górnik prowadził wtedy 1:0. Bo mecz zaczął się dla \"zielono-czarnych” wyśmienicie. Już w 3 min Dejan Miloseski wykorzystał rzut karny, podyktowany za zagranie piłki ręką jednego z rywali.
Kłopoty kadrowe sprawiły, że Mirosław Jabłoński musiał mocno nagłowić się nad podstawową jedenastką. Na środku obrony wystąpił stary duet: Adrian Bartkowiak i Wallace Benevente. Natomiast w ataku, razem z Adrianem Paluchowskim, po raz pierwszy w tym sezonie wybiegł Grzegorz Szymanek. I był jednym z najlepszych zawodników na boisku, jeśli w ogóle nie najlepszym. Do pełni szczęścia brakowało mu tylko gola.
Przez całe spotkanie w Łęcznej padał deszcz. Z minuty na minutę boisko stawało się coraz trudniejsze. Piłkarze mieli kłopoty z utrzymaniem równowagi, a akcjami często rządził przypadek. W poczynaniach obu drużyn dużo było niedokładności.
Mimo to już przed przerwą Górnik powinien rozstrzygnąć losy meczu. W 7 min Szymanek mógł głową podwyższyć prowadzenie, a w 20 min Paluchowski w ładnym uderzeniem przymierzył w słupek.
W 60 min obaj napastnicy znowu wystąpili w roli głównej. Szymanek jednym zwodem oszukał trzech przeciwników, ale \"Paluch” nie wykorzystał sytuacji sam na sam. Dobitka Tomasa Pesira też była nieskuteczna.
Krzysztof Pawlak nie czekał dłużej. Zrobił dwie zmiany i obie okazały się strzałami w dziesiątkę. W 67 min, po niefrasobliwości obrońców, Sebastian Janusiński minął Sergiusza Prusaka, jednak piłkę jeszcze udało się wyekspediować sprzed bramki. W 73 min już tak wesoło nie było. Janusiński podał z prawej strony, a Maciej Górski z bliska dopełnił formalności.
– Przy straconej bramce źle wyprowadziłem piłkę. Ona poszła do Peresa, który też dobrze w nie trafił – tłumaczył Sergiusz Prusak. – Niepotrzebnie oddaliśmy trochę miejsca w polu – skwitował Veljko Nikitović, oglądający kolegów z trybun.
Trener Jabłoński też już nie miał na co czekać i od razu wprowadził dwóch graczy. Po dwóch minutach obecności na murawie Nildo mógł strzelić gola. Niestety spudłował. W 81 min był już bezbłędny. Rafał Niżnik posłał piłkę na \"długi słupek”, a Brazylijczyk z bliska wepchnął ją do siatki.
– Niestety zdrzemnęliśmy się w jednej sytuacji i nadzialiśmy na kontrę. Wpadliśmy w dołek i w Łęcznej szukaliśmy odbicia. Nie wyszło – żałował potem pomocnik gości Grzegorz Wan.
Ale końcówka była jeszcze bardzo emocjonująca. Najpierw po główce Szymanka Jacek Skrzyński zatrzymał piłkę na linii bramkowej. W rewanżu w opałach znalazł się Prusak, którego próbował zaskoczyć Josef Petrik. Z kolei chwilę później uderzał Niżnik, a w ostatniej akcji gorzowianie mieli rzut wolny z 17 m.
Na szczęście po sporym zamieszaniu futbolówka zatrzymała się na bocznej siatce.
To spotkanie było następnym dreszczowcem w wykonaniu Górnika, bo zamiast wygrać w przekonujących rozmiarach, o zwycięstwo trzeba było drżeć do ostatniego gwizdka.
Choć nawet przed jego rozpoczęciem było już niespokojnie, kiedy prezes klubu musiał skorzystać z pomocy lekarskiej. – Źle się poczułem i trzeba było wezwać pogotowie. To wszystko przez nerwy – stwierdził Krzysztof Dmoszyński, już trochę spokojniejszy po meczu.
Górnik Łęczna – GKP Gorzów Wielkopolski 2:1 (1:0)
Bramki: Miloseski (3 z karnego), Nildo (81) – Górski (73).
Górnik: Prusak – Pielach, Bartkowiak, Wallace, Bożkow – Zasada, Miloseski (77 Niżnik), Bartoszewicz, Paluchowski (83 Żukowski) – Pesir (77 Nildo), Szymanek .
GKP: Skrzyński – Petrik, Ganowicz, Wojciechowski, Kaczmarczyk – Wan, Banasiak (68 Górski), Łuszkiewicz, Ciach – Mikołajczak (62 Janusiński), Drozdowicz.
Żółte kartki: Pielach, Bartkowiak (Ł) – Petrik (G).
Sędziował: Artur Radziszewski (Warszawa).
• To był dobry mecz w pana wykonaniu.
– Dobrze mi się grało, tylko szkoda, że nie padła bramka. Bo miałem dwie sytuacje. Gdyby to się udało, byłby przeszczęśliwy. Jednak najważniejsze, że wygraliśmy mecz. Chodzi tylko o punkty
• Ale mocno pracował pan dla zespołu.
– Trochę się obawiałem, bo już dawno nie grałem w pierwszym zespole od początku. Jednak wszystko dobrze się skończyło.
• Zaskoczenie było duże, kiedy Mirosław Jabłoński przeczytał wyjściowy skład i nazwisko Szymanek?
– Nie, bo już w trakcie tygodnia trener przymierzał mnie w parze z Adrianem Paluchowskim.
• Czemu nie potraficie wygrywać wyraźnie, z przytupem?
– Chyba za dużo luzu wkradło się do naszej gry. Niepotrzebnie straciliśmy gola, ale mimo to kontrolowaliśmy spotkanie.
• W drugiej części GKP był znacznie groźniejszy.
– Niestety za dużo zostawialiśmy miejsca rywalom. Piłkarze GKP zaczęli dochodzić do sytuacji, często dośrodkowywali piłkę z boku i w konsekwencji doprowadzili do wyrównania.
• Sergiusz Prusak to mistrz podnoszenia temperatury, tym razem wykopami.
– Trochę tak, ale boisko też nie ułatwiało zadania. Było miękkie, nierówne i trudne. Czasem lepiej grać prostymi środkami, niż rozgrywać piłkę przed szesnastką.
• Akację rozstrzygającą przeprowadzili rezerwowi.
– Chwała im za to, ale po to są. Każdy, kto wchodzi z ławki, ma coś dać drużynie i pomagać jej.
• Końcówka rundy może zdecydować, że czy do wiosny przystąpicie z pewnymi nadziejami.
– Musimy wygrywać teraz, bo na początku potraciliśmy za dużo punktów. Wtedy przygotowania zimą będą dużo spokojniejsze, a w rundzie rewanżowej będzie można pomyśleć nawet o wyższych celach.
• Której sytuacji żałuje pan najbardziej?
– Tej w drugiej połowie. To była już końcówka mecz i przeciwnik zostałby na łopatkach.
• Przestraszył się pan, kiedy GKP doprowadził do remisu?
– Ani trochę. Mieliśmy jeszcze kwadrans. Wiedziałem, że potrafimy grać do końca.













Komentarze