Zakład Medycyny Pola Walki i Katastrof w 1. Wojskowym Szpitalu Klinicznym w Lublinie otwarty został w styczniu 2026 roku. Władze placówki chwaliły się, że będzie służył do szkolenia personelu medycznego i wojskowego w zakresie ratownictwa pola walki i reagowania kryzysowego, przygotowywania lekarzy, pielęgniarek i ratowników medycznych do udzielania pomocy w ekstremalnych warunkach, między innymi pod ostrzałem czy w przypadku masowych katastrof.
W Zakładzie Medycyny Pola Walki i Katastrof miała znaleźć się profesjonalna infrastruktura treningowa: sale szkoleniowe wiernie odzwierciedlające realia pola walki, wykorzystujące efekty specjalne, choćby hałas, dym, ograniczone oświetlenie. Szpital miał tym samym zwiększyć zdolności obronne wschodniej flanki NATO.
Onet atakuje
Idylliczny obraz Zakładu Medycyny Pola Walki i Katastrof w 1. Wojskowym Szpitalu Klinicznym w Lublinie zaburzył jednak artykuł Edyty Żemły i Marcina Wyrwała w Onecie. Dziennikarze pisali, że zamiast nowoczesnego centrum szkoleniowego powstała prowizoryczna infrastruktura ulokowana w adaptowanych szpitalnych piwnicach, z ograniczonym wyposażeniem i niewielką kadrą bez doświadczenia bojowego. Wskazywali że sam szpital w odpowiedzianych udzielonych na pytania Onetu przyznał, że placówka nie osiągnęła jeszcze pełnej gotowości szkoleniowej: brakuje specjalistycznego sprzętu, a program kursów jest dopiero opracowywany.
Żemła i Wyrwał podkreślali również, że wokół projektu toczy się szerszy konflikt dotyczący wpływów i pieniędzy w wojskowej służbie zdrowia. Według rozmówców Onetu, Ministerstwo Obrony Narodowej i Departament Wojskowej Służby Zdrowia próbują budować alternatywę wobec Wojskowego Instytutu Medycznego, który od lat prowadzi szkolenia z medycyny pola walki, dysponuje doświadczoną kadrą i nowoczesnymi symulatorami. W tle znajdują się wielomilionowe środki na szkolenia medyczne związane z przygotowaniami państwa do sytuacji kryzysowych i wojennych, a krytycy projektu z Lublina twierdzą, że powstał on w pośpiechu i bardziej służy walce o finansowanie i polityczne wpływy niż realnemu budowaniu wysokich standardów szkolenia.
W kolejnej części tej opowieści dziennikarze Onetu relacjonowali, że wokół 1. Wojskowego Szpitala Klinicznego w Lublinie narósł kolejny konflikt po kontrowersjach związanych z Zakładem Medycyny Pola Walki i Katastrof. Tym razem chodzi o planowaną przez komendanta płk. Aleksandra Michalskiego likwidację wewnętrznego Banku Krwi i Pracowni Immunologii Transfuzjologicznej i przekazanie ich zadań Wojskowemu Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa. Lekarze mają alarmować, że może to wydłużyć czas dostępu do krwi podczas operacji i zagrozić bezpieczeństwu pacjentów, szczególnie w sytuacjach kryzysowych lub wojennych. Według Żemły i Wyrwała, sprawie towarzyszą oskarżenia o konflikty personalne, naciski na personel, działania odwetowe wobec pracowników kontaktujących się z mediami i zarzuty, że decyzje dyrekcji mogą być motywowane prywatnymi ambicjami i walką o wpływy w wojskowej służbie zdrowia.
Kontrole wiceministra Tomczyka
Sprawą tą zajął się poseł Michał Moskal z Prawa i Sprawiedliwości, który twierdzi, że wszystkiemu winny jest wiceminister obrony narodowej Cezary Tomczyk, który pod koniec 2025 roku zapowiadał konieczność ukonstytuowania Zakładu Medycyny Pola Walki i Katastrof w 1. Wojskowym Szpitalu Klinicznym w Lublinie.
- Sama zapowiedź była oczywiście bardzo optymistyczna, bo rozwój takich miejsc należy traktować jako coś potrzebnego i ważnego. Problem polega na tym, że Ministerstwo Obrony Narodowej nie poradziło sobie z zapewnieniem jakiegokolwiek finansowania. Od momentu deklaracji ministra Tomczyka nie wydarzyło się w tej sprawie absolutnie nic. Zakład udało się stworzyć wyłącznie dzięki wysiłkowi kierownictwa szpitala, które wykorzystało własne oszczędności i własnymi siłami podjęło się tego przedsięwzięcia. Oczywiście towarzyszą temu różne problemy: braki sprzętowe, brak dodatkowych gratyfikacji dla personelu. Ale wynikają one z tego, że MON nie przekazał żadnych dodatkowych pieniędzy. Tymczasem w ostatnich miesiącach i dniach pojawiły się publikacje Onetu krytykujące działalność szpitala. Minister Tomczyk zapowiedział kontrole - mówi nam poseł Moskal.
- Zmiana nastawienia ministra Tomczyka wynika z dwóch rzeczy. Po pierwsze, obecny rząd i obecne kierownictwo MON po prostu nie radzą sobie z zadaniami, które przed nimi stoją. Widzimy problemy budżetowe, kryzys w ochronie zdrowia i próbę przerzucenia tego chaosu także na szpitale wojskowe. Po drugie, mamy do czynienia z polityką. Z moich informacji wynika, że całe to zamieszanie ma służyć zmianie kierownictwa szpitala wojskowego w Lublinie i zastąpieniu obecnych władz ludźmi przychylnymi ministrowi Tomczykowi i Platformie Obywatelskiej. To pokazuje pewną logikę działania: najpierw medialne oskarżenia, potem zapowiedź kontroli, a następnie wnioski personalne. Tymczasem ja dwa tygodnie temu skierowałem interpelację do MON i do dziś nie otrzymałem odpowiedzi. Chciałbym najpierw zobaczyć wyniki kontroli i dowiedzieć się, czy w ogóle stwierdzono jakiekolwiek nieprawidłowości. Mam wrażenie, że chodzi raczej o polityczne rozgrywki niż o realne problemy szpitala - stwierdza polityk Prawa i Sprawiedliwości.
Absurdalność zarzutów
Spytaliśmy posła Moskala, jak jego zdaniem należałoby rozwiązać ten konflikt wokół szpitala.
- Przede wszystkim tu nie powinno być żadnego konfliktu. Jeśli są jakieś wątpliwości dotyczące funkcjonowania szpitala, to naturalnym miejscem do dyskusji jest choćby sejmowa Komisja Obrony Narodowej. Można tam rozmawiać merytorycznie o problemach i potrzebach takich placówek. Natomiast z tego, co wiem, większość zarzutów wobec szpitala jest po prostu wyimaginowana. Prawdziwym problemem jest to, że minister zapowiada pewne działania, a później ich nie realizuje. I tak dobrze, że placówka, mimo ograniczonych środków, rozwija się i samodzielnie otwiera nowe inwestycje. Zakład Medycyny Wojskowej i Katastrof miał służyć nie tylko mieszkańcom Lublina czy wojsku, ale także szkolić medyków z innych placówek w Polsce. Tymczasem pojawiły się absurdalne zarzuty, że personel nie ma doświadczenia frontowego czy wojskowego. Ale przecież ci ludzie nie mają walczyć na froncie. Ich zadaniem jest przygotowanie do pracy w szpitalach i ratowania pacjentów trafiających z sytuacji kryzysowych czy wojennych - podsumował Michał Moskal z PiS.














Komentarze