Wiadomo, że to gra na referendum o odwołanie prezydenta Krzysztofa Żuka. Środowiska Konfederacji i PiS próbują płynąć na fali Krakowa, w którym mieszkańcy usunęli ze stanowiska niebudzącego chyba niczyjej sympatii Aleksandra Miszalskiego. 45-latek, w przeciwieństwie do Jacka Majchrowskiego, swojego poprzednika, nie znalazł bowiem żadnego sensownego pomysłu na rządzenie stolicą Małopolski, a i sporo w niej zdążył napsuć, nie wyczuwając zupełnie nastrojów społecznych, więc po zaledwie dwóch lat został zmuszony do abdykacji.
Ale argumenty organizatorów referendum w Krakowie były niezwykle merytoryczne. Bliskie krakowskiej rzeczywistości. Wyłuskiwane przez społeczników. A nie marionetki sterowane przekazami dnia z partyjnych central. Nagłaśniane przez zwykłych ludzi. A nie anonimowe konta z najbardziej śmierdzących szambem zakamarków mediów społecznościowych.
I w Lublinie opozycja względem prezydenta Żuka, który przy dobrych wiatrach może dobrnąć nawet do ćwierćwiecza u władzy, w ostatnich miesiącach też naprawdę nieraz udowadniała, że zajmuje się realnie istotnymi sprawami.
Przewodniczący Robert Derewenda jeździ po mieście i nagłaśnia historie niewyremontowanych ulic. Radni PiS jesienią przedstawili „szóstkę dla Lublina”, a teraz skutecznie krytykują tempo prac nad planem ogólnym. Poseł Michał Moskal aktywnie działa wokół szpitala wojskowego. Marszałek Jarosław Stawiarski z wicemarszałkami i radnymi Sejmiku Województwa pompują pieniądze w region, starając się przy tym funkcjonować poza strefą partykularnych partyjnych interesów.
Rafał Mekler z Konfederacji, jeden z najzagorzalszych uczestników dyskusji o „Afryce” w Lublinie, do tej pory mógł autentycznie imponować nie tylko retoryczną sprawnością, ale też argumentacyjną precyzją i brakiem choćby śladowego hołdowania nurtom populistycznym w nagłośnieniu żywotnych problemów: firm transportowych, których kierowcy utknęli na Białorusi, protestów rolników przeciwko umowie UE-Mercosur, systemu kaucyjnego.
W przypadku awantury o Afrykanów w Lublinie ten sam Mekler postanowił jednak zagrać inną talią kart. Wraz z kolegami z Konfederacji i środowisk narodowców w social mediach, które żywią się polaryzacją i nienawiścią, podnieśli histeryczne larum. Ich zdaniem Lublin znalazł się na prostej drodze do stania się połączeniem „Mogadiszu i Bagdadu”.
Sygnał do ataku dał marszałek Krzysztof Bosak, który spytał: „Mieszkańcy Lublina, co z wami jest nie tak, że wybieracie władze, które zasiedlają wasze piękne miasto cudzoziemcami?”.

Prawicowi działacze i wspierający ich internauci wyciągnęli odcinek programu „Studenci zagraniczni w Polsce i w Lublinie” z kanału UMCS-u z… 3 stycznia 2026 roku. Wiktoria Herun, zastępczyni dyrektora Wydziału Strategii i Obsługi Inwestorów Urzędu Miasta Lublin i koordynatorka programu „Study in Lublin”, mówi w nim, że kiedyś studenci z Afryki, Indii czy Bangladeszu przyjeżdżali tu sami, a teraz zdarza im się przybywać z rodzinami. I że miasto Lublin pomaga im się osiedlić.
Same pozbawione kontekstu słowa Herun nie brzmiały przy tym wystarczająco kontrowersyjnie, żeby rozgrzać do czerwoności żądnych sensacji odbiorców przekazu Konfederacji. Ale Herun jest Ukrainką. Ukrainką zatrudnioną w urzędzie miasta. Nic, że przyjechała tu z Łucka w 2005 roku jako siedemnastolatka. Nic, że skończyła UMCS i mówi językiem polskim bez najmniejszych naleciałości. Nic, że jest jedną z matek projektu „Study in Lublin”, o którym nikt z tych święcie oburzonych krytyków przez ostatnie kilkanaście lat nie słyszał, a jeśli jakimś cudem słyszał – raczej chwalił niż krytykował.
Czy to źle, że Herun jest Ukrainką? Nie. Czy to dobrze, że Herun nie posiada polskiego obywatelstwa, a pracuje w urzędzie miasta? Moim zdaniem niedobrze. Ale nie ja piszę prawo. A prawo stanowi, że obcokrajowiec może pracować w polskim urzędzie bez polskiego obywatelstwa. Przez osiem lat rządów PiS, który w jakiejś części podłączył się pod panikę pod tytułem „Ukraina mebluje nam Lublin”, tego nie ukrócił. Wprost przeciwnie, rozszerzał to prawo w tym właśnie kierunku.
Z ręką na sercu: czy widzieliście w całości ten dwunastominutowy wywiad z podcastu „Studenci zagraniczni w Polsce i w Lublinie”, którego udzieliła Herun? Podejrzewam, że nie, skoro przez pół roku wykręcił tysiąc wyświetleń, z czego ponad trzy czwarte w minionych dniach.
Otóż, nie ma w nim ani nic specjalnie ciekawego, ani kontrowersyjnego. Urzędniczka odpowiedzialna za umiędzynarodowianie studenckiego miasta opowiada o… umiędzynarodowianiu studenckiego miasta. Z pasją, bo z pasją. Ale tak to w życiu bywa: jedni w swoją robotę emocjonalnie angażują się bardziej, inni mniej. Ona akurat bardziej.
Herun, wbrew prawicowej narracji o jakimś makiaweliczny planie „wypłukania polskości z Polski i Lublina”, mówi o tym, że jednym z głównych zadań programu „Study in Lublin”, za który odpowiada, jest dbanie o to, żeby zagraniczni studenci uczyli się polskiego, integrowali się z polską kulturą, szanowali polskie zwyczaje, rozumieli Polskę jako Polskę.
I rozumiem, że przy odpowiedniej dozie sceptycyzmu wściekłość budzi jej wypowiedź o studentach z „Afryki, Indii i Bangladeszu”, którzy przyjeżdżają z rodzinami i którym miasto Lublin miałoby dokładać się do mieszkań. O ile tak to w ogóle można interpretować. Ale właśnie, czy można?
Wiceprezydent Tomasz Fulara na konferencji prasowej stwierdził, że nic takiego nie miało, nie ma i nie będzie miało miejsca. Lublin do żadnych mieszkań się nie dokłada. Radny Tomasz Gontarz z Prawa i Sprawiedliwości złożył w tej sprawie interpelację i należy traktować to jako drugi etap weryfikacji słów Fulary, więc wszyscy z niecierpliwością czekamy na odpowiedź magistratu.
Bo do tej pory nikt jakoś nie słyszał, żeby program „Study in Lublin” temu służył. Albo żeby którakolwiek z lubelskich uczelni dopłacała do studiów obywatelom Zimbabwe czy innego kraju Afryki. Że nic takiego się nie dzieje, głośno mówili profesor Beata Piskorska, prorektor do spraw studentów i umiędzynarodowienia na KUL, profesor Radosław Dobrowolski, rektor UMCS, profesor Maria Mazur, rektor Wyższej Szkoły Przedsiębiorczości i Administracji i docent Henryk Stefanek, kanclerz i prezydent Akademii Wincentego Pola.

Herun w podcaście UMCS chodziło więc najpewniej o służenie zagranicznym studentom dobrą radą. A wydaje mi się, że politycy Konfederacji powinni doskonale rozumieć, co to znaczy zostać skrzywdzonym przez „wyrywanie słów z kontekstu”. Od wielu lat bronią się rękami i nogami przed sklejaniem ich z przesadzonymi, krzywdzącymi gębami „onuc”, „faszystów”, „nazistów”. Bo wcale nimi nie są. Tak jak Herun jest Ukrainą z pochodzenia, ale już wcale nie musi być „Ukrainką, która odbiera nam polskość”.
Mariusz Sagan, dyrektor Wydziału Strategii i Obsługi Inwestorów Urzędu Miasta Lublin, wyliczał, że studenci z innych krajów zostawiają w Lublinie niemal pół miliarda złotych rocznie. Studentów jest tu 60 tysięcy. Studentów zagranicznych – trochę ponad 8 tysięcy. Tych z Afryki - jakieś 2 tysiące. Zaledwie 3,5 procent wszystkich studiujących. 95 procent z nich po studiach wraca do krajów, z których przyjechali lub przylecieli. Ewentualnie rusza na zachód Europy.
Swoją drogą, posłuchajcie filmu „Study in Poland 2026 – The Truth Nobody Is Telling” o tym, jak wymagającą, wielopoziomową procedurą jest zdobycie pozwolenia na studiowanie w Polsce z perspektywy młodego człowieka z Afryki.
I tak właśnie powinno to wyglądać w scenariuszu, w którym w Polsce żyć chce ktoś z radykalnie odrębnego kręgu kulturowego.
A jaki procent mieszkańców Lublina stanowią obywatele krajów Afryki?
0,7 procent.
Śmiesznie mały.
Ze zdziwieniem przyjąłem też, że do szumu wokół „Afryki” w Lublinie przyłączył się Przemysław Czarnek, kandydat na premiera PiS i profesor uczelniany KUL.
- Lublin ani żadne inne miasto w Polsce nie potrzebuje programu masowego sprowadzania migrantów z Afryki razem z rodzinami. Tym bardziej szokuje fakt, że koordynuje to Ukrainka zatrudniona przez samorząd. Polacy mają prawo pytać: kto dał mandat do zmieniania struktury społecznej miasta bez zgody mieszkańców? Europa Zachodnia już pokazała, czym kończy się masowa imigracja - wzrostem przestępczości, napięć i utratą bezpieczeństwa. Otwartość uczelni nie może oznaczać masowej i trwałej imigracji – napisał Czarnek.
I trudno się z nim nie zgodzić, że „Europa Zachodnia” już pokazała, czym kończy się masowa imigracja. Angela Merkel kompromitująco przestrzeliła ze słynną diagnozą „Damy radę” (Wir schaffen das). Tak, nie daliśmy rady, jako Europa.
Z danych Eurostatu wynika, że w minionym roku ponad 900 tysięcy osób zostało uznanych za nielegalnie przebywających w Unii Europejskiej. Zaledwie 110 tysięcy faktycznie odesłano poza UE.
Szwecja miała najwyższy poziom śmiertelnej przemocy z użyciem broni palnej w UE. W Niemczech wzrosła liczba brutalnych przestępstw, przestępstw z użyciem noża, podejrzanych cudzoziemców. Liczba zatrzymań nielegalnych migrantów we Francji wzrosła do około 150 tysięcy i był to wzrost o niemal 19% rok do roku. Francuskie MSW i Interstats pokazują wzrost części kategorii przestępstw: brutalnych napaści, prób zabójstw, przemocy seksualnej, przestępczości narkotykowej.
To paskudne oblicze nijak niekontrolowanej migracji. Straceńczej polityki otwartych granic. Sytuacji, w której ludzie nieprzystosowani do życia w europejskiej cywilizacji odreagowują w najbardziej bestialski z możliwych sposobów: próbując odegrać się za swoją „niedolę” na niczego niewinnych gospodarzach.
Problem w tym, że w Lublinie nic takiego się nie dzieje. Jeszcze raz, jaki procent mieszkańców Lublina stanowią obywatele krajów Afryki?
0,7 procent.
Śmiesznie mały.
Kiedy niedawno pisałem reportaż „Zalew Zemborzycki piękniejszy od Bałtyku!” o społeczności obywateli Zimbabwe w Lublinie, przy baobabie na Placu Litewskim spotkałem Lovemore'a Moyo Ngundu. 60 lat na karku. Zawód: TIR-owiec. Najbardziej w Polsce ceni sobie, że wszyscy zajmują się swoimi sprawami, nikt go nie zaczepia, o nic nie pyta. Prowadzi harmonijne, spokojne życie, chce zebrać kilkadziesiąt tysięcy, kupić ciężarówkę i traktor, wrócić do rodzinnego Zvishavane.
Lovemore przyleciał tu z córką, która kształci się na lekarkę. Złapałem się za głowę, gdy w ostatnich dniach konserwatywny profil Visegrad24 wykorzystał jego wypowiedź z mojego artykułu do budowania fantasmagorycznych, halucynacyjnych teorii. Padło o jego odpowiedź na pytanie, co myśli o Robercie Mugabe, wieloletnim premierze i prezydencie Zimbabwe: „Był dobrym przywódcą”.
„Mugabe był odpowiedzialny za brutalne przejmowanie ziemi, które doprowadziło do zamordowania niezliczonej liczby białych farmerów, podczas gdy inni zostali zmuszeni do ucieczki bez swojego dobytku. Następnie przemysł rolniczy Zimbabwe załamał się, co doprowadziło do galopującej inflacji i masowej emigracji z kraju do sąsiedniego RPA, a teraz, jak się wydaje, także do Polski” - wnioskowali twórcy Visegrad24.
Cóż, celowo pominęli całą resztę wywodu Lovemore'a. Ten uważa bowiem, że Mugabe był „dobrym przywódcą”, kiedy „podążał za tym”, jak „nakierunkowali go biali”, którzy go „wychowali, wysłali do szkoły, nauczyli polityki i związali kościołem katolickim, a on uczy prawdy”. Moyo Ngundu twierdzi, że zapaść Zimbabwe zaczęła się wraz z reformę rolną przeprowadzoną przez Mugabe i wyjazdem z kraju kolonizatorów. Ale to już nie pasowało do chocholej tezy i Visegrad24 wolał napuścić na niego fanatyków.

Albo Tinashe Chaurura, kolejny z moich rozmówców. Jego mama w Zimbabwe jest znaną dyplomatką. Przez całe dzieciństwo podróżował szlakiem jej miejsc pracy: Szwecja, RPA. W Polsce uczy się z własnego wyboru. Za rok, może dwa wyruszy dalej w świat. Jest kosmopolitą. Moim rówieśnikiem. Znam dziesiątki, jeśli nie setki takich jak on.
Studenci z Afryki, przypominam, stanowią 3,5 procenta wszystkich lubelskich studentów. Zazwyczaj są to ludzie z bogatszych rodzin. Takich, które stać na wysłanie dzieci do dalekiego kraju i płacenie czesanych za ich edukację.
I Przemysław Czarnek doskonale to wie. To fragment artykułu z Radia Maryja: „Studenci z ośmiu krajów afrykańskich, korzystający z możliwości kształcenia w języku angielskim na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, zasiedli przy wigilijnym stole z ministrem edukacji i nauki, prof. Przemysławem Czarnkiem”.

A to fragment ze strony Ministerstwa Edukacji Narodowej: „- Warto pomagać, trzeba pomagać. Trzeba pomagać mądrze tam na miejscu, również zajmując się problemami, które realizujemy tutaj w Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Centrum Badań Wolności Religijnej – powiedział minister Przemysław Czarnek podczas konferencji. Jak podkreślał szef MEiN, edukacja to dla osób z Afryki szansa na lepszą przyszłość. Zdobytą wiedzą studenci i doktoranci będą dzielili się w swoich krajach. – Cieszę się bardzo z tych 16 doktorów, bo oni, pobierając naukę tutaj, wracają do swoich krajów i tam na miejscu służą swoją wiedzą. Tego serdecznie gratuluję – podkreślił minister”.

Mało tego, Przemysław Czarnek w wielu wywiadach jasno opowiadał się za migracją, z którą mamy do czynienia w Lublinie. Czyli migracją legalną, migracją kontrolowaną, migracją akademicką, migracją umiędzynaradawiającą środowisko studenckie.
Jacek Sasin, inny prominentny polityk PiS, pisze jednak: „Lubelska migracja akademicka szokuje! Urzędniczka sama przyznaje, że „studenci” z Afryki przyjeżdżają całymi rodzinami, a miasto musi im szukać mieszkań na wynajem. Ile kosztuje polskiego podatnika ten program „asymilacji” i utrzymania tych rodzin? Kto na tym zarabia i kto za to płaci?”.
Poniżej zamieszcza zrzut ekranu z informacją o tym, że pijany obywatel Zimbabwe potrącił pieszą, po czym chciał przekupić rejestrującego zdarzenie dziennikarza. Można też przywoływać obrzydliwy przypadek niejakiego Thasibo S., któremu prokuratura zarzucała usiłowanie zabójstwa partnerki, ale ostatecznie Sąd Okręgowy w Lublinie nie uznał tej narracji i skazał Zimbabweńczyka na cztery lata pozbawienia wolności.
Czy to świadczy o tym, że każdy Afrykanin jest złym, niebezpiecznym człowiekiem?
Nie.
Niedawno Sąd Okręgowy w Lublinie skazał Tomasza B., Krzysztofa B. i Piotra B. za bestialskie pobicie dwóch mężczyzn, których następnie podpalili żywcem, wszystko nagrywając telefonem, śmiejąc się i żartując, a na koniec przed wymiarem sprawiedliwości nie wyrażając choćby cienia skruchy.
Czy to świadczy o tym, że każdy Polak jest złym, niebezpiecznym człowiekiem?
Nie.
Rafał Mekler pod wpisem Bosaka o „mieszkańcach Lublina, z którymi coś jest nie tak” wrzucił zdjęcie z manifestacji, na której „narodowcy z kibicami wyrazili swoje zdanie na temat tego, co się w Lublinie dzieje”. Którzy kibice? Ci Motoru Lublin, którzy oklaskują gole Mbaye Jacquesa Ndiaye, skrzydłowego z Senegalu, którego trybuny polubiły, choć wciąż porozumiewa się z otoczeniem głównie po francusku, a na pytanie o ulubioną polską potrawę wskazuje „spaghetti bolognese”? Czy fani Bogdanki LUK Lublin, której liderem jest Wilfredo León, reprezentant Polski, mąż Polki, ojciec polskich dzieci, posiadacz polskiego paszportu, człowiek od lat porozumiewający się po polsku, choć rodem i sercem z Kuby?
Czy w nakręcaniu narracji pod referendum, budowaniu rewolucyjnego frontu, który ma zdmuchnąć z powierzchni ziemi administrację prezydenta Krzysztofa Żuka naprawdę trzeba sięgać do najmroczniejszych piwnic, stosować najbrudniejsze chwyty? Kiedy dojdziemy do mierzenia kształtu czaszek? Przypomnimy sobie znaczenia pseudonaukowych słów: „kraniometria”, „frenologia”?
W tym tempie myślę, że stanie się to prędzej niż później. A szkoda, bo mieszkańcy Lublina zasługują na ciekawszą, mniej furiacką dyskusję o swoim mieście. Taką jak do tej pory. Zresztą, chciałbym przytoczyć dwie bardzo wyważone opinie z profilu „Dziennika Wschodniego” na Facebooku.
Pani Agnieszka napisała: „Jestem Lublinianką, urodziłam się w Lublinie, tu spędziłam większość dzieciństwa, tu mieszkam. W przeciwieństwie do niektórych komentujących mam za sobą doświadczenie życia na emigracji (USA i Niemcy), doktoryzowałam się w Niemczech. Odkąd w 2010 roku wróciłam na stałe do Lublina, z radością obserwuję, że stał się międzynarodowym ośrodkiem akademickim (niezorientowanym przypominam, że Lublin to: Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej, Uniwersytet Medyczny, Uniwersytet Przyrodniczy, Katolicki Uniwersytet Lubelski, Politechnika Lubelska i parę prywatnych szkół wyższych). Czemu, do cholery, mielibyśmy mieć coś przeciwko temu, że przyjeżdżają tu studiować młodzi ludzie z całego świata? Bardzo niepokoi mnie nagonka ksenofobów na miasto, które od lat jest w praktyce multi-kulti i jakoś nie wynikają z tego problemy. Ktoś najwyraźniej ma polityczny interes w tym, żeby nagle rozkręcać ksenofobię tam, gdzie jej dotąd nie było”.
Pani Anna zaś tak: „A zobaczcie to teraz w lustrze. Spróbujcie zabronić polskiej parady w Chicago! Spróbujcie zabronić organizacji Polish Heritage Day na przykład w Hatfield, w UK! Michał Siewniak, burmistrz Welwyn Hatfield, jest z Lublina i właśnie z polską szkołą zorganizowali taka imprezę. Odwalcie się od mniejszości narodowych, że chcą mieć swój dzień, że chcą propagować swoją kulturę w obcym kraju. Od nadmiaru wiedzy nikt jeszcze nie umarł. Otwórzcie umysły, bo to brzmi jakby mówił malarz akwarelista!!! Taką mowę nienawiści już przerabialiśmy między 1939-45”.
Śmiem przy tym sądzić, że Africa Day Festival 2026, który wywołał tę całą histerię wokół „Afryki” w Lublinie, na ulicach stolicy Lubelszczyzny, tak jak rok temu i jeszcze rok wcześniej, będzie mniej zauważalny niż Parada Pułaskiego w Nowym Jorku, Parada Dywizjonu 303 i Konstytucji 3 Maja w Chicago czy Parada Polskości w Wilnie.
I tak, wiem, w Lublinie będzie to święto „czarnych”, a nie „białych”. Czarnych, więc gorszych niż białych, tak? Ale czy szczucie dla szczucia ma sens? Nawet jeśli w końcu poskutkuje referendum?

Komentarze