Lublin od dawna lubił tę dyscyplinę, ale na przełomie lat 70. i 80. zainteresowanie koszem osiągnęło poziom, którego wcześniej miasto nie znało. Sprawił to jeden człowiek – właśnie Zdzisław Niedziela oraz drużyna, którą stworzył. To pod jego wodzą koszykarze Startu odnosili największe sukcesy w dziejach klubu: w 1965, 1979 i 1980 roku zdobywali brązowe medale mistrzostw Polski.
Po latach Start doczekał się kolejnych wielkich chwil, w tym wicemistrzostwa Polski w 2020 roku, ale zespół Niedzieli pozostał legendą. Takie nazwiska jak Mulak, Pyszniak, Szarata, Żytkowski, Dąbrowski czy Krzykała, znało całe miasto, a po bilety i karnety ustawiały się kolejki.
Sportowiec od wszystkiego
Zanim Zdzisław Niedziela został trenerem, poznał sport od podszewki. Nie było dyscypliny, w której nie spróbowałby swoich sił. Grał w piłkę nożną – także na poziomie drugiej ligi – piłkę ręczną, siatkówkę, tenis i tenis stołowy. Uprawiał lekkoatletykę: biegał w sprintach i sztafetach, startował również w trójskoku. Najważniejsza była dla niego jednak koszykówka.
W 1950 roku został uznany za najwszechstronniejszego sportowca Lublina. Wyprzedził między innymi inną legendę miejscowego sportu – Janusza Cieślińskiego, znakomitego piłkarza i późniejszego trenera. W czasie okupacji obaj grali w jednej drużynie.
– Był najważniejszy w zespole, bo po prostu… miał piłkę – wspominał po latach z żartem Cieślińskiego.
Jako młody chłopak zdobył też mistrzostwo Lublina w tenisowym mikście. Jego partnerką była Bogna Wójtowicz, późniejsza mama Tomasza Wójtowicza – mistrza świata i olimpijskiego, jednego z najwybitniejszych siatkarzy w historii tej dyscypliny.
Najważniejsza była koszykówka
Największe sukcesy odnosił jednak na koszykarskich parkietach. Grał w OWKS Lublin, Legii Warszawa, Lubliniance, a następnie w Starcie. Do 1959 roku występował w podwójnej roli: zawodnika i trenera. Grał w drużynie, która – jak sam wspominał – potrafiła osiągać niewiarygodną skuteczność rzutów. Nie był to cud ani przypadek. Po zajęciach zawodnicy zostawali jeszcze na dwie lub trzy godziny i urządzali konkursy rzutowe. Nagrodą dla zwycięzcy były słodycze. Karierę zawodniczą Niedziela zakończył po tym, jak w jednym ze spotkań przydarzył mu się „niedolot” – piłka po jego rzucie nie dotknęła nawet obręczy. Totalny obciach dla każdego koszykarza. Uznał, że pora skupić się na pracy szkoleniowej.
Od 1960 roku przez dwie dekady prowadził seniorów Startu. Już w 1961 roku po raz pierwszy w historii wprowadził klub do najwyższej klasy rozgrywkowej. Cztery lata później zdobył z nim pierwszy brąz mistrzostw Polski. Kolejne dwa medale przyszły w latach 1979 i 1980.
Nie zajmował się wyłącznie pierwszą drużyną. Prowadził także juniorów Startu i zdobył z nimi dwa tytuły mistrzów Polski. Pracował z juniorską reprezentacją województwa, a po rozstaniu z męskim zespołem Startu w latach 1980-1984 trenował Bobry Bytom. Później wrócił do Lublina i zapisał następną ważną kartę: jako pierwszy szkoleniowiec awansował z żeńską drużyną Startu do ekstraklasy.
Kent, który odmienił Lublin
W 1978 roku w Starcie pojawił się Kent Washington – pierwszy czarnoskóry koszykarz w polskiej lidze. Jego przyjazd był sensacją sportową i obyczajową. W szarej rzeczywistości końca lat 70. Amerykanin, grający szybko, efektownie i z fantazją, natychmiast stał się gwiazdą. Niedziela wkomponował go w zespół i zbudował drużynę, w której indywidualności pracowały na wspólny wynik. Washington miał przyciągać uwagę, ale za sukces odpowiadali wszyscy.
Od tego czasu koszykówka w Kozim Grodzie stała się niezwykle popularna. Zdobycie biletu na mecz było nie lada wyczynem. Zdarzały się nawet przypadki fałszowania wejściówek. Ochrona musiała interweniować na dachu hali przy al. Zygmuntowskich, bo właśnie stamtąd najbardziej zdesperowani próbowali oglądać spotkania czerwono-czarnych.
W czasie występów Washingtona kibice stali nieraz przez całą noc w kolejce po karnety. Ciągnęła się ona od kas hali aż do mostu na Bystrzycy. Dzisiaj brzmi to jak miejska legenda, ale dla tysięcy lublinian była to zwyczajna rzeczywistość: jeśli chciało się zobaczyć wielki Start, trzeba było swoje odstać.
Lubelski dream team
Zdzisław Niedziela stworzył drużynę, która wygrywała z ówczesnymi potęgami: Śląskiem Wrocław, Wisłą Kraków, Resovią czy Lechem Poznań. Ponieważ Start nie miał wielu bardzo wysokich zawodników, jego gra opierała się na szybkości, kondycji i agresywnej obronie.
Znakiem rozpoznawczym zespołu stała się słynna „zona press” – agresywna odmiana obrony strefowej na całym boisku. Wprowadzona przez Niedzielę taktyka odbierała rywalom spokój, wymuszała błędy i sprawiała kłopoty nawet najlepszym zespołom w kraju.
W tamtym Starcie - obok Washingtona - występowali między innymi Ireneusz Mulak, Zbigniew Pyszniak, Adam Dąbrowski, Wojciech Szarata i Jerzy Żytkowski. Była to jedna z najbardziej widowiskowo grających drużyn w Polsce.
– Trener Niedziela wyznawał prostą zasadę – wspomina Jerzy Żytkowski. – Macie dać z siebie wszystko i wygrać. Interesował go wyłącznie sukces. Nic innego nie wchodziło w rachubę.
I sukcesy przyszły. Każdy młody chłopak chciał wtedy kozłować jak Washington albo imponować wsadem jak Mulak. Dzięki Niedzieli i jego zawodnikom sekcje koszykówki w Starcie, Lubliniance i AZS przeżywały prawdziwe oblężenie. Chętnych do gry było tylu, że nie dla wszystkich starczało miejsca.
Surowy, ale sprawiedliwy
– Zdzisław Niedziela był najlepszym trenerem, z jakim przyszło mi pracować – wspominał Andrzej Frączkowski, były dyrektor Startu. – Takich szkoleniowców już teraz nie ma. Zawsze skromny, miał świetny kontakt z zawodnikami, był niesamowicie pracowity.
Jerzy Żytkowski zapamiętał go podobnie. – To był wspaniały trener. Dużo wymagał od siebie i od zawodników. Miał wielkie marzenie: stworzyć w Lublinie koszykówkę na najwyższym poziomie. I to mu się udało.
Niedziela był wymagający, czasami surowy, ale sprawiedliwy. Potrafił utrzymać dyscyplinę, a jednocześnie stworzyć w zespole rodzinną atmosferę. Interesował się prywatnym życiem swoich podopiecznych. Wiedział, kiedy trzeba przycisnąć, a kiedy odpuścić. Po zwycięskim spotkaniu nie robił przeszkód, żeby jego zawodnicy wypili w autokarze po butelce piwa.
Sam zawsze był wzorem higienicznego trybu życia. Nie palił, rzadko sięgał po alkohol. Miał nienaganną sylwetkę i znakomitą kondycję. Trudno było wymagać od zawodników pracy i wyrzeczeń, jeśli samemu nie dawało się przykładu – i Niedziela tę zasadę stosował przez całe życie.
Za pracę sportową otrzymał między innymi Złoty Krzyż Zasługi oraz Złotą Odznakę Zasłużonego dla Miasta Lublina.
Pamiętał każdy mecz
Do końca życia marzył, żeby „jego” Start – oparty na kolejnym pokoleniu młodych zawodników – znów nawiązał do najwspanialszych tradycji klubu. Miał też znakomitą pamięć. – Po latach spotykałem go w klubie, jak grał w bilard – opowiadał Jerzy Żytkowski. – Często wracał do meczów, które odbyły się kilkadziesiąt lat wcześniej. Analizował je, mówił, dlaczego przegraliśmy. I jak dzisiaj pokierowałby zespołem.
Na emeryturze nadal kibicował Startowi. Często można go było spotkać na trybunach hali przy al. Zygmuntowskich. Patrzył na boisko nie tylko jak dawny trener. Wciąż analizował ustawienie, obronę, zmiany i pojedyncze decyzje zawodników. Koszykówka nigdy nie przestała być jego życiem.
Zdzisław Niedziela zmarł 21 grudnia 2010 roku w Lublinie po długiej chorobie. Miał 80 lat. Ze Startem był związany przez 35 lat. Rok po jego śmierci rozegrano w Lublinie pierwszy memoriał jego imienia. Pozostały medale, nazwiska zapisane w historii klubu i wspomnienia pełnej hali. Pozostała też rzecz trudniejsza do zmierzenia: całe pokolenie lublinian, któremu Zdzisław Niedziela pokazał, że miejscowa drużyna może grać bez kompleksów, pokonywać największych i porwać za sobą całe miasto.
Leszek Rouppert – człowiek koszykówki
Dwa dni po śmierci Zdzisława Niedzieli Lublin obiegła kolejna smutna wiadomość. Po długiej i ciężkiej chorobie zmarł Leszek Maria Rouppert – znakomity koszykarz, wieloletni działacz i człowiek, który o historii tej dyscypliny wiedział niemal wszystko.
Grał między innymi w Cracovii i Starcie Lublin. Przez wiele lat kierował Lubelskim Związkiem Koszykówki. Zawsze służył wiedzą i radą. Był także zaangażowany w rozgrywki „Pod koszami Dziennika Wschodniego” imienia Andrzeja Wawrzyckiego.
Jeszcze kilka lat przed śmiercią wkładał sportowy strój i wychodził na boisko. Niejednego młodszego zawodnika potrafił zawstydzić celnym rzutem albo sprytnym podaniem. Z koszykówką był związany do końca. Świetnie radził sobie również jako sędzia w amatorskiej lidze. Mało kto odważył się przy nim złośliwie sfaulować albo przekląć. Tego nie tolerował. Miał 70 lat.

Komentarze