Był 3 kwietnia 2002 roku. Przez Polskę pędził srebrny seat ibiza na niemieckich numerach. W środku siedziało trzech uzbrojonych bandytów i dwie porwane pracownice banku. Za samochodem ciągnęła się policyjna eskorta. Radiowozy zmieniały się wraz z przejazdem przez kolejne województwa, a seata z powietrza obserwowały policyjne śmigłowce. Policjanci mieli świadomość, że wystarczy jeden błąd, żeby doszło do tragedii. Porywacze wcześniej dali jasno do zrozumienia, że są gotowi użyć broni.
Wszystko zaczęło się poprzedniego wieczoru w niewielkim misteczku Wrestedt w Dolnej Saksonii. Trzech zamaskowanych mężczyzn napadło na miejscową filię banku Sparkasse. Sterroryzowali pracowników, zabrali kilkaset tysięcy euro euro i uciekli samochodem. Wzięli ze sobą dwie pracownice banku – kobiety w wieku 25 i 39 lat. Ruszyli na wschód. Krótko po północy przekroczyli granicę niemiecko-polską we Frankfurcie nad Odrą. Początkowo jechali w kierunku Poznania, potem zmienili trasę i skierowali się na południe.
POŚCIG JAKIEGO POLSKA NIE WIDZIAŁA
Przez kolejne godziny uciekinierzy pokonywali setki kilometrów. Mijali miasta i wsie, przecinali kolejne województwa. Cały czas byli obserwowani. Policja jednak nie próbowała zatrzymać samochodu za wszelką cenę. W środku były zakładniczki. O trasie przejazdu bandytów media wiedziały niewiele. Policja celowo nie ujawniała szczegółów operacji.
– Nie mamy zwyczaju informowania o działaniach operacyjnych policji – mówiła wówczas podinsp. Bibianna Bortacka, rzecznik prasowy Komendy Wojewódzkiej Policji w Lublinie. – Proszę pamiętać, że w tym przypadku chodziło o życie zakładników.
Policjanci obawiali się także tłumów gapiów. Każdy przypadkowy samochód, pieszy czy osoba próbująca zobaczyć porywaczy z bliska, mogła sprowokować napastników do nieprzewidywalnego zachowania. Około godziny 8 rano było już wiadomo, że seat może wjechać na Lubelszczyznę. Nie było tylko pewności, którędy. Początkowo przypuszczano, że porywacze przekroczą Wisłę w okolicach Annopola.
POLICJA W STANIE GOTOWOŚCI
Seat przyjechał jednak od strony Radomia. Uciekinierzy przez Przysuchę dotarli w rejon Puław, a potem ruszyli w kierunku Lublina. Policja przygotowała na ich trasie fikcyjne roboty drogowe w Żyrzynie i Garbowie. Chodził o to, żeby kierowcę seata zmusić do zatrzymania. Jeden z pierwszych lubelskich radiowozów czekał w Jastkowie. Około godz. 9.30 obok tamtejszej stacji benzynowej przemknął srebrny seat. Policjanci zobaczyli obraz, którego trudno było zapomnieć.
– Jeden z porywaczy na widok radiowozu przystawił porwanej kobiecie pistolet do głowy – wspominał funkcjonariusz biorący udział w akcji.
Stało się jasne, że jakakolwiek próba siłowego zatrzymania samochodu może skończyć się tragicznie. Policjanci mieli rozkaz nie używać broni.
GODZ. 9.40: SEAT W LUBLINIE
Z przodu jechał policyjny passat. Za nim samochód porywaczy, a dalej kilkanaście radiowozów i samochodów operacyjnych. W kolumnie znajdowały się także nieoznakowane wozy Komendy Głównej Policji i CBŚ. Część miała warszawskie i łódzkie numery rejestracyjne. Większość lublinian nie zdawała sobie sprawy, co właśnie dzieje się na ulicach miasta. Kierowcy mijali srebrnego seata, nie wiedząc, że kilka metrów od nich siedzą uzbrojeni przestępcy z zakładniczkami.
Policja chciała skierować samochód możliwie bezpieczną trasą w stronę Piask i dalej ku granicy. Żeby uniemożliwić porywaczom wjazd w kierunku centrum, na wysokości alei Solidarności zablokowano ciężarówką wjazd w Aleję Warszawską. Plan prawie się udał. Prawie.
Porywacz nagle zawrócił na pasie zieleni w rejonie ulicy Kompozytorów Polskich i ruszył z powrotem w stronę Warszawy. Policjanci później przypuszczali, że obawiał się korka i ewentualnej interwencji funkcjonariuszy. Możliwe też, że po prostu się zgubił. Manewr zawracania powtórzył jeszcze dwukrotnie. W końcu pojechał ulicą Sikorskiego w stronę Kraśnika. Na Poczekajce ponownie zawrócił. Ostatecznie seat skierował się na trasę prowadzącą do Piask. Przez cały czas policja nie stawiała klasycznych blokad. Nie chciano zamknąć porywaczom drogi. Paradoksalnie policjanci ścigali przestępców, a jednocześnie robili wszystko, żeby mogli bez przeszkód jechać dalej. Stawką było życie dwóch kobiet.
BYSTRZEJOWICE. KILKA SEKUND SZANSY
Najważniejszy moment całej akcji na Lubelszczyźnie rozegrał się na stacji benzynowej w Bystrzejowicach. Seat zjechał pod dystrybutor. Tuż za nim zatrzymał się policyjny samochód. Odległość między nimi wynosiła zaledwie kilka metrów. Z seata wysiadła starsza z zakładniczek – 39-letnia Niemka. Bandyci kazali jej zatankować.
– Zatankowała za 75 zł – wspominał pracownik stacji. - Porywacze pozostali w samochodzie.
Jeden z nich obserwował kobietę przez szybę. Przez kilkanaście godzin siedziała w aucie pomiędzy jednym z napastników a drugą zakładniczką. Wiedziała, że mężczyźni mają broń. Teraz trzymała w ręku pistolet dystrybutora. Za plecami miała policyjny samochód. Zaryzykowała. Nagle schowała się za dystrybutorem. Porywacze nie zareagowali. Kobieta rzuciła się biegiem w stronę policyjnego passata, otworzyła drzwi i wskoczyła do środka. Była wolna.
Seat po chwili gwałtownie ruszył w kierunku Piask. Druga zakładniczka nadal znajdowała się z bandytami.
DLACZEGO NIE STRZELILI?
Policjanci później oceniali, że kobieta bardzo dobrze wybrała moment ucieczki. – Przypuszczała, że bandyta nie pociągnie za spust na stacji benzynowej – mówił jeden z funkcjonariuszy. – Mógł się obawiać, że dojdzie do wybuchu i sam może zginąć.
Ryzyko było ogromne. Ale kalkulacja okazała się trafna. 39-letnia kobieta odzyskała wolność. Przez pewien czas Niemka jechała w policyjnym passacie bezpośrednio za seatem. Szybko uznano jednak, że dalszy udział w pościgu jest dla niej zbyt niebezpieczny.
Kilka kilometrów za Piaskami miała zostać przekazana innemu patrolowi. Passat zatrzymał się po jednej stronie drogi. Po przeciwnej stał policyjny polonez. Kobieta wyskoczyła z samochodu.
W emocjach wpadła do rowu. Za kierownicą poloneza siedział policjant z lubelskiej drogówki. Ruszył w jej stronę.
– O mało nie wpadłem pod samochód – opowiadał później. – Uwolniona kobieta rzuciła mi się na szyję. Nie chciała mnie puścić. Szlochała jak małe dziecko. Była w szoku.
Jedno z pierwszych pytań, które zadała policjantowi, brzmiało: czy jest już na Ukrainie. Kiedy usłyszała, że znajduje się w Polsce, rozpłakała się jeszcze bardziej. Lekarz musiał podać jej środek uspokajający. W drodze do Lublina poprosiła, żeby zadzwonić do jej matki oraz poinformować bank, że żyje i nic jej się nie stało. Cały czas martwiła się jednak o drugą kobietę.
Porywacze tymczasem jechali w stronę Chełma. Momentami prędkość dochodziła do 170 km na godzinę. Kierowcy jadący z przeciwka zjeżdżali na pobocze.
Policja nadal robiła wszystko, żeby nie doszło do kolizji albo przypadkowego zatrzymania seata. Do zabezpieczenia przejazdu przez Chełm skierowano 38 policjantów i 11 radiowozów. Seat przemknął ulicą Rejowiecką, a następnie Aleją Przyjaźni. Dalej prowadziła już prosta droga na Dorohusk.
GRANICA MIAŁA STAĆ OTWOREM
Straż Graniczna przygotowywała się na pojawienie uciekinierów od kilku godzin. Nie było tylko wiadomo, czy wybiorą Dorohusk, czy pojadą w stronę Hrebennego. Wszystko stało się jasne, kiedy za Piaskami seat skręcił na Chełm. W Dorohusku wstrzymano odprawy podróżnych. Ludzi usunięto z miejsc, w których mogliby znaleźć się na drodze samochodu albo zwrócić uwagę porywaczy. Nikt nie miał próbować ich zatrzymywać. Zadaniem funkcjonariuszy było zapewnienie bezpiecznego przejazdu. Kolumna z ogromną prędkością przejechała przez graniczny most.
Porywacze znaleźli się na Ukrainie. Polskie radiowozy zawróciły. Zawrócił również policyjny śmigłowiec „Kania”. Pościg trwał jednak dalej, ale to już ukraińska policja przejęła śledzenie samochodu. Porywacze ruszyli w kierunku Łucka i Równego. W końcu zostali zatrzymani w rejonie Równego. Rozpoczęły się negocjacje.
Przełomowym momentem było przekazanie porywaczom telefonu komórkowego. Po kilkudziesięciu minutach druga zakładniczka odzyskała wolność. Trzej mężczyźni poddali się.
Cały dramat trwał około 21 godzin.
Od Wrestedt do miejsca zatrzymania na Ukrainie przejechali około 1600-1700 kilometrów. Obie kobiety przeżyły.
KIM BYLI PORYWACZE?
Po zakończeniu akcji szybko okazało się, że wcześniejsze informacje dotyczące pochodzenia napastników były nieprecyzyjne. Wszyscy trzej mieli niemieckie obywatelstwo. Byli przesiedleńcami z terenów byłego Związku Radzieckiego. Głównym organizatorem napadu był 24-letni Artur F. Co ciekawe, wcześniej pracował jako praktykant w tej samej Sparkasse w Wrestedt, którą później obrabował. Miał poważne problemy finansowe i długi, m.in. związane z hazardem. Do napadu namówił dwóch znajomych.
Początkowo napastnicy twierdzili, że planowali jedynie obrabować bank i uciec, a zakładniczki zabrali dopiero wtedy, gdy na miejscu pojawiła się policja. Po zatrzymaniu porywacze trafili do aresztu na Ukrainie. Następnie zostali przekazani Niemcom.
W sierpniu 2002 roku rozpoczął się ich proces w Lüneburgu. Wszyscy przyznali się do winy. Artur F. został uznany za inicjatora i głównego organizatora napadu. Sąd skazał go na 8 lat i 3 miesiące więzienia. Jego dwaj wspólnicy otrzymali po 6 lat i 9 miesięcy. Wyroki obejmowały m.in. wzięcie zakładników, rozbój i przestępstwa związane z bronią.
Oskarżeni nie odwoływali się. Podczas procesu przed sądem pojawiły się także obie porwane kobiety. Opowiadały o kilkunastu godzinach strachu i o tym, że przez cały czas liczyły się z możliwością śmierci. 39-letnia kobieta, która uciekła w Bystrzejowicach, mówiła, że chciała, aby oskarżeni usłyszeli, co przeżyły. Druga z zakładniczek pozostawała z bandytami aż do końca pościgu na Ukrainie.
Dla starszej z nich momentem przełomowym pozostała zwykła stacja benzynowa pod Lublinem. I decyzja, żeby pobiec. Tego dnia właśnie te kilka sekund uratowało jej życie.

Komentarze