Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama
Dziewczyny z Kaliny, chłopaki z Krochmalnej

Małpi Gaj, „Maryśka” i piwo w Księżycowej

Pod koniec lat 80. XX wieku przyjechałem do Lublina i zacząłem studia na UMCS. Dla mnie – chłopaka z podlubelskiej wsi – to był inny świat. Miasteczko Akademickie stało się moim drugim, a z czasem nawet pierwszym domem. Wiedziałem, że chcę tu zostać – wspomina Marek Ulężałek.
Małpi Gaj, „Maryśka” i piwo w Księżycowej

Autor: FOTOPOLSKA

Dostałem trzyosobowy pokój w akademiku Helios. To był jeden z nowszych akademików, jak dla mnie – luksusowy hotel. Dlaczego Helios? Dowiedziałem się tego po kilku miesiącach, jak zacząłem drążyć temat. Pierwszy był Amor, potem Babilon, Cebion, Dodek, Eskulap – i tak po kolei zgodnie z alfabetem. Ja jednak tę nazwę traktowałem jak znak. Helios - bóg Słońca oznaczał dla mnie nową drogę i nieograniczone możliwości. 

Bimber do rana

Pokój był niewielki, a nas trzech wielkich chłopów. Łazienka jedna na dwa pokoje, a kuchnia na całe piętro. Zapachy rozchodziły się różne, raczej mało przyjemne. Na korytarzu był aparat telefoniczny, jeden na piętro. Zawsze ktoś wisiał na słuchawce i wybuchały o to co rusz awantury. Dla mnie to akurat nie był problem, bo rodzice nie mieli telefonu, więc nie mogłem do nich dzwonić. Byliśmy umówieni, że dzwonią do mnie od księdza z plebanii w każdą sobotę o 12.00. W weekendy akademik częściowo pustoszał i można było spokojnie porozmawiać. 

Do domu miałem 70 km, ale jeździłem tylko raz w miesiącu. Szkoda mi było pieniędzy na bilety PKS, tym bardziej że na początku zachłysnąłem się studenckim życiem. Helios słynął z hucznych imprez, choć nie dorównywał w tym względzie Babilonowi i Ikarowi, które uchodziły za najbardziej rozrywkowe „lokale”. Piliśmy głównie bimber przywieziony z domu. I bawiliśmy się do rana.

Drzemka na trawniku i spotkania „pod Maryśką”

O godzinie 22.00 zaczynała się cisza nocna i portierka zamykała drzwi do akademika. Nie można było wejść ani wyjść. Goście z innych akademików spali u nas na podłodze, zbici jak śledzie w beczce. Gorzej, jak ktoś imprezował na zewnątrz i chciał się dostać w nocy do swojego pokoju. Akademik był zamknięty na cztery spusty, a portierka spała w najlepsze. Jedynym sposobem na nocleg we własnym łóżku było wejście przez okno na parterze, co nie zawsze się udawało. W lecie zostawała opcja drzemki na trawniku pod oknami. Chłopaki zrzucali koce i jakoś udawało się przekimać. Choć było to surowo karane. 

Z Miasteczka Akademickiego z tego okresu najbardziej zapamiętałem AOS (Akademicki Ośrodek Sportu), bo na basenie nauczyłem się pływać kraulem i skakać na główkę. No i Maryśkę (Pomnik Marii Skłodowskiej-Curie), pod którą wszyscy się umawiali. Gdzie się spotykamy? Pod Maryśką! AOS i Maryśka – tyle mi wystarczyło na początek.

Ci z Lublina i ci ze wsi

Studiowałem prawo, a na moim roku było ponad 300 osób. Podział był prosty: ci z Lublina trzymali się razem, ci przyjezdni trzymali się razem. Ci z Lublina nas nie zauważali, dla nich byliśmy „ludźmi ze wsi”, a my wiedzieliśmy, że musimy pracować dwa razy ciężej od nich, żeby coś osiągnąć. Ci, którzy o tym zapominali odpadali już po pierwszym roku. Nie było zmiłuj. Tamci mieszkali u rodziców i niczym się nie martwili, a my walczyli każdego dnia o przetrwanie. 

Rodzice opłacali mi akademik i dostawałem od nich dodatkowo 200 zł. Musiałem za to przeżyć cały miesiąc. Jedzenie, książki (to były czasy, że uczyło się z książek), bilety autobusowe. Na nic innego nie starczało. Jak zabalowałem to już nie jadłem kilka dni. Takie to były czasy. 

Ale nie narzekałem, bo wszyscy mieliśmy mniej więcej podobnie. Nikomu się nie przelewało i człowiek zawsze ratował drugiego w potrzebie. 

Pierwszy rok to była nauka dniami i nocami, żeby nie wylecieć ze studiów. Imprezy tylko w Heliosie, w gronie najbliższych kolegów. Dopiero w połowie drugiego roku zacząłem się rozglądać wokół i poznawać uroki Miasteczka Akademickiego. 

Pamiętny 1991

Moim pierwszym odkryciem była Chatka Żaka. W lecie przesiadywałem na schodach z kumplami, w zimie chodziłem na herbatę z cytryną. Tu ciągle coś się działo – koncerty, seanse filmowe, teatr alternatywny, spotkania ze znanymi ludźmi. A w 1991 roku zadebiutowały Mikołajki Folkowe. Już nie pamiętam jak, ale wkręciłem się w prace organizacyjne przy tej imprezie. Było niesamowicie! Koncerty kapel z całej Polski trwały do 1 w nocy, a ludzie oblegali scenę. Joszko Broda wymiatał! To było coś innego, coś nowego, byłem zafascynowany tą muzyką i tymi ludźmi – trochę z innego świata. Już do końca studiów pomagałem przy tej imprezie, kręcąc się przy kultowej Orkiestrze św. Mikołaja. 

Rok 1991 zapamiętałem jeszcze z jednego powodu. W styczniu zaginęła jedna ze studentek z naszego akademika. Jej ciało policjanci znaleźli po tygodniu w Małpim Gaju – tak nazywaliśmy park w Miasteczku Akademickim, przy Al. PKWN (od 1993 r. ul. Głęboka). 

Nikt nam niczego oficjalnie nie powiedział, internetu wtedy nie było, gazety pisały niewiele. Wiadomości przekazywaliśmy sobie pocztą pantoflową. Wiedzieliśmy, że doszło do brutalnego mordu, że ciało dziewczyny było zmasakrowane i brakowało części. Zaczęły krążyć straszne historie, dziewczyny opowiadały, jak tego dnia też zostały napadnięte. Nikt nie wiedział co jest prawdą, a co plotką. Potem okazało się, że prawda była nawet gorsza niż plotki. 

Wiosna w Księżycowej

Po akademiku krążyli tajniacy, a niektórzy z moich kolegów wylądowali na komendzie. Po powrocie nie chcieli gadać, byli mocno wystraszeni. Na nas wszystkich padł blady strach, bo wszyscy byliśmy podejrzani, a morderca wciąż chodził na wolności. Dziewczyny chodziły parami na zajęcia, a Małpi Gaj omijaliśmy szerokim łukiem. 

Na wiosnę sprawa przycichła, a ja się zakochałem w dziewczynie z – nomen-omen – Amora. I tak zostałem stałym bywalcem Małpiego Gaju. No bo gdzie zabrać dziewczynę na spacer? Do parku, na ławeczkę. A potem do Księżycowej na piwo i fasolkę po bretońsku. W tamtych czasach to był lokal kultowy. W ładnej, kameralnej okolicy, z dobrą muzyką i piwem, które nie wszędzie było wtedy dostępne. Księżycowa była nieco oddalona od Miasteczka Akademickiego, więc nie było ryzyka, że spotkam tam wszystkich moich kolegów. 

Z czasem zaczęliśmy zataczać coraz szersze kręgi i poznawać nowe lokale. Tak krok po kroku odkrywałem Lublin, nabierając przekonania, że to już na zawsze będzie moje miasto. 

DALSZY CIĄG ZA TYDZIEŃ

Wysłuchała Magdalena Bożko-Miedzwiecka

Fot. FOTOPOLSKA

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Komentarze

Reklama