Polska od kuchni
- Jesteście pierwszymi i ostatnimi dziennikarzami z Polski, którzy tuż przed przyjazdem naszej drużyny mają wstęp do tego ośrodka - przywitał nas kucharz polskiej ekipy - Robert Sowa. On i dwóch działaczy Polskiego Związku Piłki Nożnej
- Zdzisław Kręcina oraz Władysław Puchalski, a także drugi trener kadry - Edward Klejdinst jako pierwsi
zjawili się w luksusowym ośrodku Samsung w ponadmilionowym mieście Daejeon, gdzie swoją bazę podczas mistrzostw świata będą mieli Polacy
- 22.05.2002 14:29
- Nasza trójka miała plan, by w samolocie zachować się \"po polsku”. Wiadomo, lot długi. Chcieliśmy łyknąć jakieś piwko, drinka. Ale byliśmy zmęczeni i w sumie nic nie wyszło z zaplanowanego bankieciku. Całe szczęście, bo na lotnisku czekało na nas pięćdziesiąt kamer telewizyjnych i setka dziennikarzy. Udzieliliśmy mnóstwo wywiadów i aż strach pomyśleć, co by było gdybyśmy wytoczyli się z samolotu \"tanecznym” krokiem - opowiada Sowa.
Robert Sowa nazywany przez piłkarzy \"królem łososia”, bo tę rybę potrafi przepysznie przyrządzić, zaprosił na przechadzkę po ośrodku Samsung. Logiczne, że rozpoczęliśmy od kuchni.
- Szef kucharzy z koreańskiej strony przedstawił mi po przyjeździe jakieś 15 osób. Okazało się, że jeden jest specjalistą od jarzyn, drugi od mięsa, trzeci od ryb i tak dalej. Niby armia ludzi, ale i tak musiałem wiele rzeczy zmienić, zamówić. Z USA sprowadziłem kawę i lody, z Tajlandii - przysmak trenera Engela - ulubione krewetki \"Czarny tygrys”, rozmiar 16 na 20 centymetrów. Po przyjeździe okazało się, że w Korei nie jada się chleba. Przeraziłem się, ale znalazłem piekarnię w Seulu, skąd przywożą do nas bagietki. Napoje przygotowała Coca-Cola, ale z kolei nie ma tu czarnej herbaty. Na szczęście po raz kolejny pospieszyli z pomocą ludzie z Seulu. Nie wiem, co powiedziałby Józek Młynarczyk, który każdy posiłek zaczyna od herbaty, gdyby jej zabrakło.
Za jego \"reprezentacyjnej kadencji”, podniebienia piłkarzy są rozpieszczane. Bramkarz Jerzy Dudek przyznał, że lepiej nie jada nawet w Liverpoolu, podobnie twierdzą zawodnicy, którzy grają w Bundeslidze. - Gdyby Jurek załatwił mi posadę w Liverpoolu, to pewnie zgodziłbym się pracować za mniejszą pensję miesięczną, niż on ma tygodniową - mówi ze śmiechem Sowa. Tygodniówka Dudka, jak nieoficjalnie się mówi wynosi 30 tysięcy funtów.
Szef kuchni polskiej ekipy został podjęty w Daejeon przez mera miasta.
- To było typowe koreańskie przyjęcie. Siedzieliśmy bez butów, \"po turecku” na podłodze. Najbardziej smakowały cielęce chrząstki, ale pod koniec imprezy podano, ponoć najlepszy przysmak Koreańczyków. Dla mnie to była zwykła wodzianka, która ohydnie śmierdziała szmatą do podłogi. Wytłumaczono mi, że jest to wywar z przypalonego ryżu, który zostaje po gotowaniu w garnku. Stary ryż zagotowany w wodzie! Gdyby Polacy to jadali, restauracje zbiłyby fortunę, bo koszt takiej \"potrawy” jest bardzo niski. Na szczęście tę wodziankę szybko zapiłem miejscową, dwudziestopięcioprocentową wódeczką zwaną soczu - opowiada Sowa.
Piłkarze, którzy przylecą jutro po południu miejscowego czasu zastaną te same, ulubione przez siebie potrawy, które jadali w trakcie reprezentacyjnych zgrupowań. - Nie będzie żadnych wynalazków. Uprzedzając pytanie - psów też nie planuję serwować. Zresztą to jedzenie psiaków to mity. Marzena - tłumaczka polskiej ekipy, przez cztery lata mieszka w Korei i ani razu jej nie proponowali zjedzenia psa, ani też nie widziała restauracji, która by je podawała. Mówiono mi tylko, że porcja psa kosztuje około 200 dolarów - tłumaczy Sowa.
Jak mawiają: \"Nie samym jedzeniem człowiek żyje”. Na naszych reprezentantów w ośrodku Samsung (w tłumaczeniu na polski oznacza to luksus) czeka... wszystko. Pobieżne obejście ośrodka zajmuje godzinę. Kilometr przed nim wisi wielki transparent: \"Witamy piłkarską reprezentację Polski”.
W tygodniu Samsung jest miejscem szkoleń pracowników. W weekendy mogą odpoczywać w nim z rodzinami. Teraz jest to królestwo 55-osobowej ekipy biało-czerwonych, choć chrapkę mieli na zamieszkanie tu Hiszpanie, którzy również mają bazę w Daejeon, ale ponoć droższą i... gorszą od naszej.
Samsung położony jest przy górskim zboczu, otoczony lasami. Wejścia pilnuje kilku ochroniarzy.
Po przekroczeniu bram wydaje się, że człowiek trafił do posesji miliardera. Trawa równiuteńko przystrzyżona, z głośników płynie spokojna muzyczka. Jeśli Polacy odniosą sukces będzie pewnie głośniej i każdy będzie mógł zaśpiewać ulubiony przebój, bo w ośrodku nie zabrakło nawet karaoke! Nasi reprezentanci bez kłopotów będą mieli dostęp do \"świata”. W pokoju informatycznym czeka na nich kilkanaście komputerów z Internetem.
Są sale do ping-ponga, bilarda, salon gier komputerowych. Jeśli ktoś ma ochotę idzie do centrum fitness, siłowni lub na basen, albo robi zakupy w sklepie, który funkcjonuje w ośrodku. - Nie, nie. Nie ma w nim ani alkoholu, ani prezerwatyw - informuje \"przewodnik” Sowa.
Być może któryś z zawodników da odpocząć panu Robertowi, bo w dwuosobowych pokojach znajdują się kuchenki. O takich detalach jak telewizor, wideo czy klimatyzacja szkoda wspominać. W kącie, gdzie jest prysznic stoją małe miseczki. - Za małe, by wymyć nogi, za duże, by z nich jeść, ale nie będę zgrywać mądrali. Koreańska obsługa wyjaśniła mi, że w dawnych czasach ludzie kąpali się wylewając wodę z miseczki na głowę. Co prawda teraz są prysznice, ale ze względu na poszanowanie tradycji stawia się je w kącie - mówi Sowa. Na korytarzu mijamy Koreanki, które kłaniają się i witają łamaną polszczyzną \"Dzień dobry!”. Krzątają się w pomieszczeniach, polerując podłogi, które i tak już lśnią. Przed pokojami stoją buty sprzątających pań, ale już jutro pojawi się sportowe obuwie reprezentantów. - Na pewno Tomek Hajto będzie narzekać, że taki tu zwyczaj - mówi Sowa i z pamięci wymienia, kto z kim zamieszka: Hajto ze Świerczewskim, Jacek Bąk z Majdanem, Wałdoch z Koźmińskim, Dudek z Rząsą, Olisadebe z Arkiem Bąkiem, \"Żewłaki” razem, Matysek z Kłosem, Żurawski z Głowackim, Kałużny z Kryszałowiczem, Kucharski z Murawskim, Sibik z Krzynówkiem.
Wypada na to, że sam będzie w pokoju Zieliński. •
Reklama













Komentarze